
Około 21.00 naszym oczom ukazało się siedmiu facetów i wszystko, co było dotąd, przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. AM pojawili się na dwóch amsterdamskich koncertach po, w co aż trudno uwierzyć, jedenastu latach nieobecności w Holandii, nic więc dziwnego, że bilety zniknęły błyskawicznie. Do teraz nie wiem, czy nazwałbym ten występ magicznym, ale z pewnością był wściekle profesjonalny, po prostu znakomity.
REKLAMA
*
Napisałem w poprzednim wpisie, że amsterdamska mission impossible była podwójna. Zakup biletów na Vermeera to jedno, a drugim było to, z czego niezdobyciem już zdążyłem się pogodzić: wejściówki na drugi z dwóch od dawna wyprzedanych amsterdamskich koncertów Arctic Monkeys. Mieliśmy z żoną miejsca już nie obok siebie, ale cóż to znaczy wobec faktu usłyszenia kapeli na żywo.
*
Blogując, nigdy dotąd chyba nawet o Małpach się nie zająknąłem. Zacząłem ich poznawać może z pięć lat temu. Późno. Dziś, ze skompletowaną dyskografią, jestem wyznawcą dość powszechnej opinii, że to najlepsza brytyjska kapela XXI wieku.
Napisałem w poprzednim wpisie, że amsterdamska mission impossible była podwójna. Zakup biletów na Vermeera to jedno, a drugim było to, z czego niezdobyciem już zdążyłem się pogodzić: wejściówki na drugi z dwóch od dawna wyprzedanych amsterdamskich koncertów Arctic Monkeys. Mieliśmy z żoną miejsca już nie obok siebie, ale cóż to znaczy wobec faktu usłyszenia kapeli na żywo.
*
Blogując, nigdy dotąd chyba nawet o Małpach się nie zająknąłem. Zacząłem ich poznawać może z pięć lat temu. Późno. Dziś, ze skompletowaną dyskografią, jestem wyznawcą dość powszechnej opinii, że to najlepsza brytyjska kapela XXI wieku.
Ziggo Dome
znajduje się nieco za miastem. Z naszej miejscówki w południowej części Amsterdamu ruszyliśmy do hali tramwajem, potem metrem, by w nim zorientować się, że razem z fanami AM w tę samą stronę zmierzają kibice Ajaksu. W tym samym bowiem czasie, tuż obok, bo Ziggo od Johan Cruijff Arena dzieli chyba nawet nie sto metrów, najsłynniejszy klub Holandii rozgrywał ligowy mecz. Trochę nas to zaniepokoiło, ale okazało się, że niepotrzebnie. Tylko przez moment wylewający się z metra tłum został zatrzymany, by przepuścić dwóch czy trzech konnych policjantów, a potem już droga do, a potem z hali wolna była od jakichkolwiek zawirowań. Gdy koncert się skończył, mecz jeszcze trwał.
Kiedy weszliśmy do hali, swój set zaczął właśnie support, irlandzki
Inhaler,
taka gitarowa poprockowa papka do wyłączenia po kwadransie. Panienki jednak, a była ich w siedemnastotysięcznej hali większość (w proporcjach jakieś 60:40), śpiewały po kolei wszystko. Przerwa na przemontowanie sceny niestety nie pozwoliła się wyciszyć, bo z głośników cały czas waliła w nas głośna miazga, krótkimi tylko momentami ;przypominająca muzykę.
Około 21 naszym oczom ukazało się siedmiu facetów (koncertowy skład zespołu jest większy) i wszystko, co było dotąd, przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. AM pojawili się na dwóch amsterdamskich koncertach po, w co aż trudno uwierzyć, jedenastu latach nieobecności w Holandii, nic więc dziwnego, że bilety zniknęły błyskawicznie. Do teraz nie wiem, czy nazwałbym ten występ magicznym, ale z pewnością był wściekle profesjonalny, po prostu znakomity. Absolutnym mistrzem ceremonii był
Alex Turner,
niemal cały czas skupiający na sobie uwagę charyzmatyczny wokalista i gitarzysta, lider całego tego superbajzlu z Sheffield. Mógł z nastolatkami zrobić wszystko, wdzięczyć się do nich i mówić raz po raz, jak bardzo je kocha. Mógł wziąć parę co ładniejszych dziewczyn na scenę, by zrobiły chórek w tym czy innym kawałku. Nic takiego nie miało miejsca, żadnego wdzięczenia się do publiczności, tylko konkret: muzyka.
O parę galaktyk lepsza od supportu, pochodząca z gwiazd dostępnych naprawdę nielicznym w historii rock’n’rolla. Pozornie proste, gitarowe piosenki w gruncie rzeczy mają tak zakręconą fakturę, że nie sposób nie pomyśleć o gigantach sprzed lat: The Beatles (choć moc gitar przywodzić też może na myśl Rolling Stones), elegancja w kompozycjach i stroju to oczywiście Bryan Ferry i Roxy Music. Jednak, pewnie z racji barwy głosu, a i najmniej odległych w czasie klimatów, dostrzegam szczególne powinowactwo z Blur i Damonem Albarnem. Małpy są wielkie, zarówno we wcieleniu ostrym, rockowym, jak i tym z ostatnich dwóch albumów, stonowanych, smakowitych, wyrafinowanych. Jeśli słuchając płyt można odnieść wrażenie, że to dwóch różnych wykonawców, to na żywo wszystko układa się w spójną, logiczną całość.
Gdyby żył, pewnie zwróciłby na nich uwagę. Grzegorz Ciechowski przed laty wymyślił sobie, że jego zespół, Republika, nie będzie grał solówek. Podczas osiemdziesięciopięciominutowego seta AM solówki były dwie, niezbyt zresztą długie. Niełatwa, jak już napisałem, faktura kolejnych utworów, rodem z McCartneyowskich cudeniek, wystarczała aż nadto, by znaleźć się w muzycznym niebie, by poczuć się spełnionym. Rock’n’roll nie umarł, póki są tacy, jak Dave Matthews Band, jak Queens of the Stone Age czy na Starym Kontynencie Arctic Monkeys.
Setlista:
https://www.setlist.fm/setlist/arctic-monkeys/2023/ziggo-dome-amsterdam-netherlands-bb841be.html
https://www.setlist.fm/setlist/arctic-monkeys/2023/ziggo-dome-amsterdam-netherlands-bb841be.html
(Amsterdam, Ziggo Dome, 6 maja 2023)
