Warto sobie co jakiś czas zafundować - zwłaszcza że za jedyne pięć złotych - trzy godziny takiego grania. Utwierdzam się w przekonaniu, że coraz bardziej lubię być zaskakiwany. Czymś dla siebie nowym. I, oczywiście, pozytywnie.
REKLAMA
Tape Reels
To z powodu tych tarnogórskich młodziaków znalazłem się wczoraj na widowni Chorzowskiego Centrum Kultury. Jakiś czas temu bardzo mi przypadł do gustu materiał z ich pierwszej EPki. Skonfrontowanie tego, co znałem z czterech nagrań studyjnych, z graniem na żywo dostarczyło mi wyłącznie pozytywnych wrażeń.
Eric Clapton, gdy - wraz z Jackiem Bruce'em i Gingerem Bakerem - formował superskład Cream, miał zaledwie dwadzieścia jeden lat. Gdy trio przestało istnieć, w 1968 roku, był tylko dwie wiosny starszy i u szczytu sławy. Tu co prawda nie Wyspy Brytyjskie i nie koniec lat 60., ale...
To z powodu tych tarnogórskich młodziaków znalazłem się wczoraj na widowni Chorzowskiego Centrum Kultury. Jakiś czas temu bardzo mi przypadł do gustu materiał z ich pierwszej EPki. Skonfrontowanie tego, co znałem z czterech nagrań studyjnych, z graniem na żywo dostarczyło mi wyłącznie pozytywnych wrażeń.
Eric Clapton, gdy - wraz z Jackiem Bruce'em i Gingerem Bakerem - formował superskład Cream, miał zaledwie dwadzieścia jeden lat. Gdy trio przestało istnieć, w 1968 roku, był tylko dwie wiosny starszy i u szczytu sławy. Tu co prawda nie Wyspy Brytyjskie i nie koniec lat 60., ale...
Oj, nasłuchali się chłopaki starej muzy - i to całkiem sporo. I, co niezmiernie ważne, co słychać - spędzili ze sobą na próbach już wiele, wiele godzin. Bardzo mocna sekcja - Iwo Nowak i Adam Budziński - to świetny punkt wyjścia dla frontmana. Pod jednym wszakże warunkiem - że ma się coś do powiedzenia. Porządny wokal i takaż, niezwykle stylowa gitara Bartosza Pokrywki budzą spore nadzieje na przyszłość.
Pokrywka może kojarzyć się z coverem, ale to mylny trop. Muzyka, choć cała upstrzona cytatami, jest oryginalną propozycją kapeli. Trzy kwadranse soczystego, gitarowego grania upewniło mnie, że ten zespół ma sporo do zaproponowania. I szkoda byłaby wielka, gdyby - z tych czy innych powodów - ci młodzi ludzie rozeszli się do innych w życiu zajęć. Klimaty starego grania, tego z przełomu lat 60. i 70., mają się dobrze jak nigdy - i to zarówno w pełnym zanurzeniu w przeszłości, jak i wtedy, gdy klasyczny rock stanowi "jedynie" punkt wyjścia.
Tape Reels to solidna, równa sekcja i gitara, w której mnóstwo jest Hendriksa i Page'a. Stąd zamiast równo odgrywanych akordów, palce wciąż znajdują nuty z sąsiedztwa. Faktura jest przez to gęstsza, ale że Bartek robi to ze znajomością tematu i smakiem, wszystko cały czas swinguje.
Można uśmiechać się oczywiście, widząc, jak lider zapatrzony jest nie tylko w klasycznych mistrzów rockowej gitary, ale też ich sceniczne przed laty zachowanie. Jednak jego młodzieńcza nonszalancja (oj, dziewczyny, przystojny to młodzian) jest pełna uroku. Gdy w czasie grania solówki otwiera butelkę z wodą albo klęka przed wzmacniaczem, nie sposób się nie wzruszyć.
To jednak dodatki, najważniejsza jest muzyka, a ta jest zdecydowanie O.K. Panowie, oby tak dalej. Są nowe numery, najwyraźniej kształtuje się materiał na debiutancki album. Trzymam kciuki!
Lugozi
Parę dekad temu - mowa przede wszystkim o latach 80. - by zagrać taką muzykę, potrzeba było ze trzech ludzi na scenie i baterii syntezatorów. Te wszystkie Ultravox, Spandau Ballet, Soft Cell, Yazoo, a nieco wcześniej Kraftwerk (choć tu było bardziej industrialnie) - czytelne są u cieszyńskiego samotnika ukrywającego się pod pseudonimem Lugozi. A cały jego arsenał to laptop i parę innych niedużych zabawek.
Od dawna nie jestem miłośnikiem syntetycznych brzmień. Muzyka lat 80. już wtedy, gdy była nowa, znacznie częściej przyprawiała mnie o drgawki niż budziła cieplejsze emocje, ale jest coś, co - mniej lub bardziej - Lugoziego broni. Zdecydowanie na plan pierwszy wysuwa się melodia, a nie ogłupiający komputerowy rytm. Nie moja to bajka, ale muzykalności młodemu artyście odmówić nie sposób.
Od dawna nie jestem miłośnikiem syntetycznych brzmień. Muzyka lat 80. już wtedy, gdy była nowa, znacznie częściej przyprawiała mnie o drgawki niż budziła cieplejsze emocje, ale jest coś, co - mniej lub bardziej - Lugoziego broni. Zdecydowanie na plan pierwszy wysuwa się melodia, a nie ogłupiający komputerowy rytm. Nie moja to bajka, ale muzykalności młodemu artyście odmówić nie sposób.
Milcz Serce
Wjeżdżanie samochodem do Mysłowic od strony Katowic przez kilka lat doprowadzało kierowców do bólu głowy. Czy jazda po dziurawych i nieoświetlonych ulicach wydobywała i wciąż wydobywa z młodych ludzi tam mieszkających artystyczne zacięcie szybciej niż w innych miastach? Od dawna nie mogę się nadziwić, jaki ferment muzyczny ma miejsce w Mysłowicach, ile się dzieje w tym nie największym w warunkach aglomeracji śląskiej mieście.
Jeśli chodzi o najważniejszych wczoraj wykonawców, moje serce nie może milczeć - brać ich! Do radia, na duże sceny muzyczne, te czy inne festiwale, albo gdzie tam jeszcze. Tych pięciu facetów jest na to gotowych. Sam wokalista powiedział w pewnej chwili, że ten skład jest ostateczny, a jeśli coś się zmieni, to zespół się rozpadnie. Nie mi oceniać monolityczność kapeli, ale przyznam, że z każdym wysłuchanym kawałkiem stawałem się większym fanem zespołu.
Skojarzenia - z tych odleglejszych w czasie, za sprawą wykorzystywanego w niektórych piosenkach saksofonu: Mr. Z'oob - i to ten najlepszy, z samego początku (Mój jest ten kawałek podłogi), a dalej Blenders (Kupiłem czarny ciągnik) - ta sama dobra energia na scenie. Wreszcie bardziej oczywiste i współczesne: muzyka sytuująca się gdzieś między Myslovitz i Muchami. Zaryzykuję twierdzenie, że Milcz Serce są w tej chwili ciekawszą propozycją niż nowe wcielenie Myslovitz. I równie ciekawą jak Muchy.
Ten kwintet to już zawodowcy. Świetne piosenki skrzące się od dobrych tekstów lub co najmniej wersów (np. o kawałku żony zawiniętym w papier śniadaniowy). Dobry tekst w języku polskim zawsze przyjmiemy z radością i wzmożoną uwagą, a jeśli włożony jest w dobrą i dobrze zagraną muzykę, do pełni szczęścia słuchacza już naprawdę niedaleko. Mamy niby pop, ale szlachetny, gitarowy, a w każdej piosence kilka pomysłów, kilka wolt linii melodycznej. Mnóstwo pomysłów aranżacyjnych i mocnych gitarowych riffów raz po raz wyprowadzających na manowce nasze myślenie, że mamy do czynienia z bezpretensjonalną i prostą muzyką. Otóż nie - i bardzo dobrze!
Dawno temu ta sztuka udawała się Oddziałowi Zamkniętemu i Lady Pank. Do mistrzostwa na rodzimym gruncie doprowadzili ją pod koniec XX wieku panowie z Myslovitz, a jeśli talentu i sił do zmagań starczy, to Milcz Serce ma wszelkie dane, by zawojować zarówno listy przebojów (np. Trójkową), jak i dotrzeć do serc bardziej wymagających słuchaczy.
Płyta, którą nabyłem tuż po koncercie, została dziś trzykrotnie przepuszczona przez domowy odtwarzacz. I jest tak, jak być powinno. Przy pierwszym słuchaniu: kurde, gdzie jest ta energia ze sceny? Przy drugim: no, no, jest nieźle. Przy trzecim: hm, wchodzi do głowy. Wiem, bo znam ten stan u siebie - że tak już zostanie.
Powtórzę więc na koniec: brać ich!
Powtórzę więc na koniec: brać ich!
