
Czy John Scofield jest gitarzystą jazzowym, funkowym, bluesowym, czy też rockowym - nie wiem. Bo taka wiedza do niczego nie jest potrzebna. Jest gitarzystą znakomitym. Będąc wirtuozem swego instrumentu, porusza się w bardzo szeroko pojętej materii jazzowej, czerpiąc obficie ze wszystkich gatunków muzycznych, nie wyłączając reggae oraz elektroniki.
REKLAMA
Gitara
nie jest moim ulubionym instrumentem jazzowym. Nie lubię George'a Bensona, mam bardzo niechętny stosunek do Pata Metheny'ego. Natomiast zachwycił mnie kiedyś Kenny Burrell. Podobnie jak John Scofield i piątkowy występ jego Überjam Band w katowickim Rialcie.
nie jest moim ulubionym instrumentem jazzowym. Nie lubię George'a Bensona, mam bardzo niechętny stosunek do Pata Metheny'ego. Natomiast zachwycił mnie kiedyś Kenny Burrell. Podobnie jak John Scofield i piątkowy występ jego Überjam Band w katowickim Rialcie.
Jazz to, przepraszam za tę odkrywczą myśl, muzyka improwizowana. JS w każdym utworze serwuje wielominutowe
solówki.
Jeśli przenieść to na grunt muzyki rockowej, mamy z jednej strony Hendriksa, Claptona, Page'a czy Knopflera, a z drugiej Satrianiego, Vai'a lub Malmsteena. Czyli - albo swing, puls i blues, albo gryf gitary potraktowany jak tor bobslejowy. Tylko to pierwsze powoduje szybszy obieg krwi w moich żyłach.
Scofield, tak jak Burrell, jest mi bardzo bliski. Bo jego olśniewająca biegłość w poruszaniu się wśród sześciu strun służy tylko i wyłącznie muzyce. Blues w równym stopniu stanowi źródło tak dla rocka, jak dla jazzu. I wczoraj mogliśmy tego doświadczyć. Ileż w grze mistrza było nawiązań do B.B. Kinga, Hendriksa czy Cream (finał jednego z utworów nieodparcie kojarzył się z White Room)!
solówki.
Jeśli przenieść to na grunt muzyki rockowej, mamy z jednej strony Hendriksa, Claptona, Page'a czy Knopflera, a z drugiej Satrianiego, Vai'a lub Malmsteena. Czyli - albo swing, puls i blues, albo gryf gitary potraktowany jak tor bobslejowy. Tylko to pierwsze powoduje szybszy obieg krwi w moich żyłach.
Scofield, tak jak Burrell, jest mi bardzo bliski. Bo jego olśniewająca biegłość w poruszaniu się wśród sześciu strun służy tylko i wyłącznie muzyce. Blues w równym stopniu stanowi źródło tak dla rocka, jak dla jazzu. I wczoraj mogliśmy tego doświadczyć. Ileż w grze mistrza było nawiązań do B.B. Kinga, Hendriksa czy Cream (finał jednego z utworów nieodparcie kojarzył się z White Room)!
JS, który ma w swoim CV grę praktycznie z wszystkimi największymi w jazzie, sam od lat jest
bandliderem,
wokół którego pojawiają się następne pokolenia wybitnych instrumentalistów. W Rialcie fantastycznie zagrali Avi Bortnick na drugiej, najczęściej funkującej gitarze i keyboadzie, czarnoskóry Louis Cato na perkusji oraz szara eminencja tego składu - basista Andy Hess.
Zespół zagrał m. in. kilka numerów
z ostatniej płyty
Überjam Deux - wskrzeszonego po jedenastu latach projektu Überjam - Al Green Song, Curtis Knew czy porywający Boogie Stupid. Lider uśmiechał się raz po raz, wyraźnie czerpiąc przyjemność z grania, zagadywał, a w fantastycznym bisie I Don't Need No Doctor pochodzącym z albumu That's What I Say, zawierającego interpretacje utworów Raya Charlesa, zachęcał publiczność do chóralnego śpiewu. Świetny wokal w tym kawałku należał do perkusisty, Louisa Cato.
bandliderem,
wokół którego pojawiają się następne pokolenia wybitnych instrumentalistów. W Rialcie fantastycznie zagrali Avi Bortnick na drugiej, najczęściej funkującej gitarze i keyboadzie, czarnoskóry Louis Cato na perkusji oraz szara eminencja tego składu - basista Andy Hess.
Zespół zagrał m. in. kilka numerów
z ostatniej płyty
Überjam Deux - wskrzeszonego po jedenastu latach projektu Überjam - Al Green Song, Curtis Knew czy porywający Boogie Stupid. Lider uśmiechał się raz po raz, wyraźnie czerpiąc przyjemność z grania, zagadywał, a w fantastycznym bisie I Don't Need No Doctor pochodzącym z albumu That's What I Say, zawierającego interpretacje utworów Raya Charlesa, zachęcał publiczność do chóralnego śpiewu. Świetny wokal w tym kawałku należał do perkusisty, Louisa Cato.
Całość trwała dwie godziny. Przyznam, że dawno już czas koncertu nie upłynął mi tak szybko i, mimo pozycji stojącej, zupełnie bezboleśnie. Może dlatego, że bezustannie
kołysałem się i bujałem
w rytm muzyki. Zaś John Scofield po niespełna kwadransie, jaki upłynął od zakończenia występu, wyszedł raz jeszcze do nas, by podpisywać płyty. Znów uśmiechnięty, jakby zupełnie niezmęczony występem, a ma już przecież sześćdziesiąt dwa lata. Okazało się, że nikt nie wyposażył artysty w coś, czym mógłby składać swoje autografy. Podałem więc swój cienkopis, podsunąłem płytę i - odszedłem, nie śmiąc oczywiście wyrwać mu pisadła z ręki.
kołysałem się i bujałem
w rytm muzyki. Zaś John Scofield po niespełna kwadransie, jaki upłynął od zakończenia występu, wyszedł raz jeszcze do nas, by podpisywać płyty. Znów uśmiechnięty, jakby zupełnie niezmęczony występem, a ma już przecież sześćdziesiąt dwa lata. Okazało się, że nikt nie wyposażył artysty w coś, czym mógłby składać swoje autografy. Podałem więc swój cienkopis, podsunąłem płytę i - odszedłem, nie śmiąc oczywiście wyrwać mu pisadła z ręki.
(Oklaski i gwizdy: John Scofield Überjam Band, Festiwal Muzyki Improwizowanej Jazz i okolice, Katowice, Rialto, 22 listopada 2013)
