Miałem dziewiętnaście lat, gdy w 1981 roku do świadomości wielu fanów rocka, także i mojej, wdarły się dwa nazwiska: amerykańskiego, jazzowego gitarzysty Ala Di Meoli (rocznik 1954) i hiszpańskiego wirtuoza sześciu strun - Paco de Lucii (1947).

REKLAMA
Ci panowie, razem z lepiej znanym szerszemu ogółowi Anglikiem Johnem McLaughlinem (1942), współpracownikiem Milesa Davisa oraz twórcą The Mahavishnu Orchestra, zagrali 5 grudnia 1980 roku w Warfield Theatre w San Francisco koncert. Został on zarejestrowany i kilka miesięcy później wydany na krążku Friday Night In San Francisco. W ten sposób niejedno ucho po raz pierwszy zostało wystawione na tyleż brawurową, co niełatwą próbę przyswojenia sobie zupełnie nierockowego brzmienia gitar, w tym i rytmów flamenco.
Jazda była bez trzymanki i pozostaje taką nadal. Trzy znakomitości, jeden wielki popis umiejętności, kunsztu, niezwykle efektowny i w paru miejscach efekciarski (zwłaszcza w Short Tales of The Black Forest, w którym akurat de Lucia nie gra). Czterdzieści minut muzyki, która nic a nic się nie zestarzała.
Paco de Lucia zmarł 25 lutego w Meksyku, w czasie rodzinnego urlopu. Bardziej ode mnie obeznani z muzyką gitarową, hiszpańską, z flamenco i dorobkiem mistrza napisali o nim w ostatnich dniach sporo oraz kompetentnie. Cóż powiedzieć tak od serca? Że po ludzku żal, że to przedwczesna śmierć? Że przed kilku laty miałem szczęście być na jego koncercie w Bielsku-Białej?
Oraz to, że zostaje z nami mnóstwo płyt, ogrom muzyki, którą stworzył.