
Czterdzieści jeden lat temu ukazała się najsłynniejsza płyta w dorobku Pink Floyd. Taka "Kind of Blue" muzyki rockowej. Numer dwa na liście najlepiej sprzedających się albumów w historii. Jak pisał w "Książce twarzy" Marek Bieńczyk, każdy ma swoje Wembley - to z 1973 roku i pamiętnego remisu polskich piłkarzy dającego przepustkę do mistrzostw świata w Niemczech Zachodnich. Każdy fan rocka ma też swoją "Ciemną stronę księżyca".
REKLAMA
Nieziszczalny zdawałoby się koncept – zjeść ciastko i mieć ciastko – w prosty i fantastyczny sposób realizuje się na gruncie sztuki. W sierpniu 2012, w wiedeńskim Belvederze, oczarowany oglądanymi z bliska pracami Gustava Klimta wracałem kilkakrotnie w ciągu dwóch godzin do sal z dziełami robiącymi na mnie szczególnie mocne wrażenie. Do świetnego wiersza też można sięgać wielokrotnie. Płytę, która wpada w ucho, jeśli tylko czas na to pozwala, już w dniu zakupu można skonsumować parokrotnie.
Moje dochodzenie do rozbrajającej w swej oczywistości (przynajmniej dla pewnych roczników) prawdy objawionej, iż to Ciemna strona księżyca jest najlepszym krążkiem Floydów i
rockowym albumem wszechczasów,
trwało jednak ładnych parę lat.
Jak uczniowi mówią, że Słowacki wielkim poetą był, to ten zaczyna się bronić całym sobą. Zamiast jak dziecko szukać własnych, świeżych wrażeń, albo ucieka gdzie pieprz rośnie, albo przyjmuje cudzy sąd i wytwarza w sobie mechanizm uniemożliwiający normalną percepcję. Na kolanach źle odbiera się sztukę.
Ucho bezustannie ćwiczone w końcu sobie jednak poradzi. Wszystko z miłości do muzyki, tych godzin spędzonych na uważnym trawieniu nuty po nucie. Miałem trochę takich wspaniałych momentów w życiu młodego rockfana, gdy nagle, niespodziewanie, nieoczekiwanie – przy którymś tam z kolei odsłuchiwaniu tej czy innej płyty, tego czy innego wykonawcy – nagle czułem, że zakochuję się w tych dźwiękach na zabój. Do grobowej deski. Tak, bo wszystkie te miłości zostały we mnie do dzisiaj (sztuka pod jeszcze jednym względem jest fantastyczna: nie karze za poligamię, a wręcz nagradza – najszerszym z możliwych wachlarzem doznań). A że do młodziaków już niestety nie należę, wiem, że pozostaną ze mną do końca.
I The Dark Side Of The Moon jest takim właśnie cudownym ciastkiem. Czasem myślę sobie: „Znów mam tego słuchać? Przecież znam wszystko na pamięć”. Wrzucam do szufladki. Mija minuta, dwie – i kolejny raz wpadam w tę muzykę bez reszty. Arcydzieło, które na przestrzeni lat robi ze mną dziwne rzeczy: przesuwa akcenty, zwraca na siebie uwagę wciąż inaczej - jak obraz oglądany w różnym świetle, pod różnym kątem. W różnych momentach życia.
Łączenie utworów
ze sobą stało się znakiem rozpoznawczym PF w latach 70. Z czasem trochę wątpliwym, wręcz pretensjonalnym. W przypadku tego albumu jest ono – kto wie, czy nie ten właściwy, jeden jedyny raz w historii muzyki – tak bardzo na miejscu. Opus magnum, pełnia, zamknięta całość. Nie każcie mi wymieniać tytułów szczególnie ulubionych fragmentów, ale - przyparty do muru – podam dwa: The Great Gig In The Sky i Us And Them.
Jeśli dzieła genialne wymykają się prostym definicjom, nie całkiem pozwalają opisać poprzez znany nam aparat poznawczy – to, nie wpadając bynajmniej w zbędny patos, zaczynam przypuszczać, że jest w nich odciśnięty palec Boga. Krzysztof Kieślowski, nieżyjący już niestety jeden z najwybitniejszych reżyserów w historii polskiego kina, powiedział kiedyś, że Bóg odwraca się do nas plecami, abyśmy nie widzieli, że śpi. Czyżby Stwórca wypoczywał po ciemnej stronie księżyca?
(tekst po raz pierwszy opublikowałem 9.01.2013
Na talerzu lub w szufladce: Pink Floyd, The Dark Side Of The Moon, 1973)
Na talerzu lub w szufladce: Pink Floyd, The Dark Side Of The Moon, 1973)
