
To był już trzeci koncert amerykańskiej wokalistki w Miejskim Domu Kultury w Chorzowie. Znów - po prostu - bardzo dobry.
REKLAMA
Dziś do
brzmień sprzed bez mała półwiecza
nawiązują już wykonawcy urodzeni w latach 80. i później, a więc ci, którzy nijak nie mogą z autopsji pamiętać tamtej muzyki. Nawet ci starsi, roczniki siedemdziesiąte, też nie do końca. Zgoda, wciąż jeszcze żyją rodzice i dziadkowie, którzy skutecznie zarażają niejedną młodą duszę, wciąż aktywnych jest wielu znaczących artystów sprzed lat. Ale wydaje się, że nawet gdy jednych i drugich zabraknie, gdy pozostanie już tylko samotne penetrowanie dźwięków z przeszłości - wciąż dla wielu będą one wielką fascynacją i inspiracją. Widać bowiem coraz wyraźniej, że choć lwia część rynku opanowana jest przez wielkie koncerny, to w dłuższej perspektywie ich repertuarowa dyktatura nie ma większych szans. Jest gęsto, wykonawców zatrzęsienie, ale ci, którzy szczególnie dobrze nawiązują do najlepszych tradycji, całkiem nieźle sobie radzą.
Tak jak Beth Hart (kobiecie wieku wypominać nie wypada, ale dodam dla porządku: rocznik 1972),
L.A. Woman,
współczesna Janis Joplin.
Nie wiem, czy - posłużę się cytatem z The Doors - jest szczęśliwą (bo na pewno nie małą) damą w Mieście Światła, czy tylko jeszcze jednym zagubionym aniołem. Ale na pewno jej włosy płoną. A jeszcze bardziej płonie gardło.
Nie wiem, czy - posłużę się cytatem z The Doors - jest szczęśliwą (bo na pewno nie małą) damą w Mieście Światła, czy tylko jeszcze jednym zagubionym aniołem. Ale na pewno jej włosy płoną. A jeszcze bardziej płonie gardło.
Hart nie jest kruchą niewiastą - to duża kobieta o wielkim głosie. Mocnym od początku do samego końca koncertu - podobnie jak przed rokiem, trwającego godzinę i czterdzieści pięć minut.
Nie mieliśmy innej możliwości, jak tylko
w biegu wskoczyć do pociągu,
bo ten nie zatrzymał się, a tylko zwolnił na stacji Chorzów Batory - występ zaczął się od Can't Let Go z drugiej wspólnej płyty Hart z Joe'em Bonamassą. Wskoczyć dali radę chyba wszyscy, bo reakcja liczącej około pięćset osób widowni była cały czas gorąca i niezwykle, jak na Słowian, żywiołowa. Sprzężenie zwrotne między słuchaczami a sceną kolejny raz okazało się w tym miejscu niesamowite - i uniosło wszystkich nad ziemię.
Po drugim w kolejności Sinner's Prayer, gdy wszyscy już dobrze się rozgrzaliśmy, Hart zasiadła do swojej Yamahy. Zrobiło się delikatniej i
bardziej lirycznie
- w I'll Take Care Of You weszliśmy po raz pierwszy tego wieczoru w Joplinowskie klimaty. I tak się to przeplatało - raz mocno, gitarowo, z ciągłym przenikaniem się bluesa i rocka, aż po skynardowską w klimacie Delicious Surprise czy zeppelinowskie, potężne riffy w Waterfalls, a czasem przejmująco jak w LA Song czy kończącym część zasadniczą Caught Out In the Rain.
Po pięciu kwadransach kwintet zszedł (na chwilę) ze sceny, a pojawił się na niej Andrzej Matysik, redaktor naczelny kwartalnika "Twój Blues" i zakomunikował, że Beth Hart w opinii czytelników uznana została za
najlepszą wokalistkę bluesową
w ubiegłym roku na świecie. Przy niemilknących brawach wręczył gwieździe wieczoru nagrodę, a z kolei dla nas wielką nagrodą było to, że otrzymaliśmy jeszcze dwudziestominutową porcję muzyki na bis - m.in. z Bang Bang Boom Boom, największym przebojem artystki, oraz Everything Must Change na koniec.
Świetny, znów świetny koncert tego kwintetu w Chorzowie. Głos Hart powalający - niesłabnący ani przez moment, wszystkie dźwięki zaśpiewane zostały dokładnie tak, jak wymyśliła jej głowa, a to robi olbrzymie wrażenie. Ponadto solidna sekcja i znani nam już dwaj bardzo dobrzy gitarzyści - Jon Nichols i PJ Barth, wspomagający frontmankę także w chórkach.
Muzykom, co wyraźnie było widać, też się podobało. Więc niech przyjeżdżają kolejny raz za rok, bo przy takich dźwiękach rośnie każde bluesowe serce. Beth Hart: BEauTHiful HeART.
(Beth Hart, Miejski Dom Kultury, Chorzów, 28 marca 2014)
