
Próba wytyczenia granicy między bluesem a rokendrolem jest zadaniem równie karkołomnym, jak ustalanie - bez wątpienia znacznie bardziej brzemiennych w skutki - różnic dzielących ostatniego zbawionego od pierwszego potępionego na Sądzie Ostatecznym.
REKLAMA
Sprawa jest o tyle prosta, iż wiadomo, "z których krwi krew moja" i że wszystko zostaje w rodzinie. Blues ma syna, któremu na imię rokendrol, a rokendrol ma ojca, który zwie się blues. I nie ma tutaj potrzeby wykonywania badań DNA.
Bluesowe klimaty, w które zapuszczają się czasem zdrowo łojące kapele, są w takich razach tym istotniejsze, im rzadziej i - co tu dużo mówić - lepiej są eksplorowane. Na każdej z trzech pierwszych płyt AC/DC, które dotarły do polskich rockfanów niedługo po światowych premierach, znajduje się po jednym takim właśnie kawałku.
Koncertowa If You Want Blood You've Got It (1978) zawiera, nomen omen,
numer The Jack.
Nie jest to pieśń opowiadająca o grzecznych dzieciach. Nie o tych na przykład, które nie interesują się jeszcze szczegółami anatomicznymi płci przeciwnej. I nie o tych, które znają tylko jedną grę karcianą - w piotrusia, zaś o pokerze na przykład nie mają bladego pojęcia. The Jack to utwór o kobiecie, która już dawno przestała być niewiastą. Nie ukrywa żadnego asa w rękawie, atutem w talii kart jest raczej walet. Czyli rzeżączka mająca stały adres zameldowania nieco poniżej jej talii. Taki Jack może stanowić wielki problem dla niejednego Little Red Roostera.
Ostatni utwór na ostatniej płycie z Bonem Scottem jako wokalistą (Highway To Hell, 1979) - to Night Prowler. Zanurzamy się głębiej w
mroczne rejony ludzkiej duszy.
Tu role się odwracają - bohaterem jest typ spod ciemnej gwiazdy toczony potrzebami niemieszczącymi się w powszechnie dopuszczalnej normie. Z nałogowego podglądacza jest w stanie zamienić się w okrutnego gwałciciela.
Rok później, Back In Black, i znów utwór ostatni. Zostawiam na boku rozważania na temat zawartości cukru w cukrze, czyli ile dokładnie jest bluesa w tym kawałku. Brian Johnson zwraca się do takich mężczyzn jak ja dzisiaj:
"Hey there all you middle men".
Niby jeszcze nie czas, bym stwierdzał jak główny bohater Wielkiego piękna: "Mam sześćdziesiąt pięć lat. W moim wieku piękna kobieta to za mało". Jednak podmiot nie do końca liryczny sugeruje, że faceci około pięćdziesiątki na kobietę mogą sobie popatrzeć przez otwarte drzwi jej sypialni, ale tak naprawdę powinni ruszyć dupy i posłuchać ciężkich gitar. Bo jedyne, co ma znaczenie, to rokendrol. Rock and roll ain't noise pollution.*
Jest to z pewnością jakieś wyjście także dziś, w znów niespokojnych czasach. Trzykrotnie - w rewelacyjnej formie - Prąd Zmienny/Prąd Stały. Niech i Was trochę popieści.
_____________________
* Tłumaczenie: "Rock and roll nie zamieczyszcza atmosfery" należy do Piotra Kaczkowskiego. Co mógł więcej powiedzieć na antenie Polskiego Radia w 1980 roku?
