Muppety wracają. Do kin, ale też - raz po raz - w moich wspomnieniach. Zwłaszcza te kilka, kilkanaście szczególnie ulubionych postaci.

REKLAMA
„Lepiej to już było”. To takie pieprzenie starego zgreda, który tęskni do czasów, w których był młody. Młodość każdy ma bądź miał jedną. I przecież nie było tak, że przed 1989 rokiem bolała każda przeżyta godzina, że parszywość była wszechogarniająca. Tym bardziej nie umiem oprzeć się wrażeniu, że jeśli zdarza się stawiać znak równości między telewizją a sztuką wysoką, znacznie częściej dotyczy to czasu dawno (tym niemniej słusznie) minionego.
W połowie lat 70. władza ludowa dała narodowi wolne soboty. Żeby jednak przypadkowego społeczeństwa nie rozpuścić, po jednej w miesiącu. I stało się tak, że grupa ludzi wymyśliła, by w taki gratisowy dzień karmić ludzi godziwą rozrywką. O „Studiu 2” już inni, bardziej kompetentni, wypowiadali się wielokrotnie, ja pozwolę sobie wspomnieć o jego małym, acz bardzo istotnym fragmencie. Ze zgniłego Zachodu pozwolono mianowicie zaimportować program z pacynkami, Muppet Show.
Było wielu perkusistów. Trudno nie pamiętać o Gingerze Bakerze, o Johnie Bonhamie z Moby Dickiem na czele i o wielu, wielu innych. W Spodku kilkanaście lat temu Carl Palmer w czasie okładania swojego zestawu instrumentów zdejmował tiszerta, cyrkową sztuczką budząc nie tylko moje uznanie. Ale żadnego bębniarza nie kochałem tak jak tego. Nie było magnetowidów, nagrywarek, internetu, więc mogłem go podziwiać tylko raz w miesiącu. I na jego pojawienie się przed kamerą czekałem z niecierpliwością. Grał nie tylko górnymi i dolnymi kończynami, grał całym sobą. I jakby tego było mało, czasami śpiewał. Animal, Zwierzak.