O autorze
Bogdan Adam Klich – polski lekarz, polityk, politolog, od 2004 do 2007 poseł do Parlamentu Europejskiego, poseł na Sejm IV kadencji, w latach 2007–2011 minister obrony narodowej, senator VIII i IX kadencji. Wykładowca w Instytucie Europeistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie.

Czy „taśmy Kaczyńskiego” to gruba afera, czy „mokry kapiszon”?

Zdumiewają mnie ci komentatorzy, którzy są zawiedzeni zawartością nagrań negocjacji Jarosława Kaczyńskiego z austriackim biznesmenem. Nie chodzi mi oczywiście o reakcję polityków PiS-u i tych dziennikarzy, którzy są ślepo wierni tej partii. Oni powtarzają „przekaz dnia”, takie dostali zadanie i wykonują je tak, jak umieją. Choć i tu są rzeczy interesujące, o czym później. Zdumiewa mnie reakcja niektórych obserwatorów, o których sądzę, że naprawdę piszą to, co myślą.


Zacznę od sprawy podstawowej. Jarosław Kaczyński jest posłem zawodowym i nie wolno mu prowadzić działalności gospodarczej. Tymczasem wiemy już, że odbył co najmniej 20 biznesowych rozmów z Geraldem Birgfellnerem. W jednej z tych rozmów uczestniczył też prezes Banku Pekao S.A. Michał Krupiński. Banku, który – jak zapewniał Jarosław Kaczyński Birgfellnera – miał udzielić 1,3 mld zł kredytu na sfinansowanie inwestycji. Banku kiedyś włoskiego, ale za rządów PiS „repolonizowanego”. Teraz jest to bank państwowy, a jego prezesa mianowały władze PiS, czyli po prostu Jarosław Kaczyński. Po to właśnie ten bank został „zrepolonizowany”. W czasie tych rozmów biznesowych Jarosław Kaczyński zawsze był najważniejszym rozmówcą przedsiębiorcy i decydował o wszystkim, łącznie z najmniejszymi szczegółami.


Sprawa druga. Jarosław Kaczyński mówi wprost o tym, że wybudowane dwie 190-metrowe wieże będą komercyjnie wynajmowane. Ustawa o partiach politycznych mówi, że „Partia polityczna nie może prowadzić działalności gospodarczej” oraz ściśle wylicza: „Partia polityczna może użyczać posiadane przez siebie nieruchomości i lokale jedynie na biura poselskie, senatorskie oraz biura radnych gminy, powiatu albo województwa”. Spółka Srebrna służy do ominięcia tego zakazu. Ale nagrania pokazują, że Srebrna, PiS i Jarosław Kaczyński to jedno.


Sprawa trzecia. Oficjalnie spółka Srebrna należy do Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego, którym rządzi dwuosobowy zarząd w składzie: Barbara Czabańska i Adam Lipiński. Jarosław Kaczyński jest tylko członkiem Rady Fundacji, a w organach decyzyjnych spółki nie zasiada.. Formalnie nie ma więc prawa wydawać poleceń zarządowi. Musiałby mieć pisemne pełnomocnictwo do reprezentowania Srebrnej na zewnątrz. Ale gdyby miał – złamałby prawo o zakazie działalności gospodarczej posła zawodowego. Kółko się zamyka.


Największym skandalem jest to, że Jarosław Kaczyński w ogóle się nie przejmuje takim formalnościami. Troszczy się jedynie o to, by szczegóły jego operacji biznesowych nie przedostały się do opinii publicznej. Budowę wstrzymuje, bo nie ma gwarancji, że w wyborach samorządowych wygra Patryk Jaki. „Powrót projektu jest możliwy, tylko jeżeli będzie bardzo dobry zbieg okoliczności” – mówi austriackiemu biznesmenowi. A więc interesy prowadzone w Warszawie przez Jarosława Kaczyńskiego okazują się jedną z głównych motywacji PiS do zaangażowania w wyborach.

Na szczęście dla Polski nie było takiego „bardzo dobrego zbiegu okoliczności”. Dopiero teraz w pełni wiemy, jak ważne były te wybory samorządowe i jak dobrze się stało, że wygrał kandydat opozycji.

Teraz kilka zdań o reakcji na tę aferę polityków PiS. Świadectwo uczciwości natychmiast wystawił Kaczyńskiemu premier Mateusz Morawiecki. Mianowany premierem właśnie przez Jarosława Kaczyńskiego.

PiS uderzył w ton, że Kaczyński jest uczciwymi i skutecznym menedżerem, któremu PO (bo rządzi Warszawą) rzuca kłody pod nogi. Brakuje tylko oskarżenia prezydenta Rafała Trzaskowskiego o spowodowanie strat finansowych przez Srebrną. Bo wygrał wybory samorządowe i pokrzyżował biznesowe plany Kaczyńskiego.

W tym tonie wypowiada się też rzeczniczka PiS Beata Mazurek. Ta sama, która dwa tygodnie temu informację o planach budowy dwóch wieżowców nazwała „fake newsem”!
Lizusowscy komentatorzy z dumą piszą, że na nagraniach nie ma przekleństw, za to słychać dbałość prezesa Kaczyńskiego o to, by „wszystko było legalne”.

Przekleństw istotnie nie ma. Ale obrażać ludzi i opinię publiczną można i bez przekleństw. Jarosław Kaczyński nazwał Pawła Śpiewaka „ostrym żydowskim profesorem”. Co to za kategoria? Naukowa (jak „profesor nadzwyczajny” i „profesor zwyczajny”)? Zawsze mi się wydawało, że Paweł Śpiewak jest po prostu profesorem. Byłem w błędzie? Te słowa Kaczyńskiego zyskały dodatkowe, złowrogie, znaczenie przez to, że taśmy zostały ujawnione akurat w rocznicę wyzwolenia obozu koncentracyjnego Auschwitz i że po raz pierwszy w historii obchodów tej rocznicy dopuszczono tam do haniebnej demonstracji antysemickiej. To był oczywiście przypadek, ale znamienny przypadek.

A już zupełnie nie wiadomo, śmiać się, czy płakać na argumentację o uczciwości dewelopera Jarosława Kaczyńskiego. Przecież przytłaczająca większość afer, kantów, finansowych przekrętów polega na tym, że w papierach wszystko się zgadza. Tylko w rzeczywistości jest inaczej.

Ta afera pokazuje, że z polską demokracją i praworządnością jest dużo gorzej, niż się nam wydawało po tym, jak PiS zaczął demolować polski system sprawiedliwości. Ujawnione przez Gazetę Wyborczą nagrania pokazują, że Jarosław Kaczyński stworzył gigantyczny układ oligarchiczny jak w Rosji czy krajach Ameryki Łacińskiej. A wygląda on w największym uproszczeniu tak: Jarosław Kaczyński ma partię. Partia ma państwo. Państwo ma bank. Można więc robić rodzinno-partyjne interesy za pieniądze obywateli. Wbrew prawu, bo ma się jeszcze prokuraturę i służby. To już nie jest Budapeszt, ale Moskwa w Warszawie.

Dlatego ten układ trzeba rozmontować i przywrócić praworządność przy pomocy kartki wyborczej na jesieni tego roku, bo inaczej cała Polska stanie się folwarkiem jednego człowieka.