W cieniu Marszu Niepodległości prezydent Andrzej Duda podpisał „Deklarację o restytucji Pałacu Saskiego w Warszawie”. Pomysł odbudowy pałacu powracał od lat, mając swoich zwolenników przede wszystkim pośród prawicy, choć trzeba przyznać, że nie tylko. Obecnie idea dostała swój najwyższy patronat, wsparty także pozytywną opinią Komitetu Narodowych Obchodów Setnej Rocznicy Odzyskania Niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej.
REKLAMA
Brzmi bardzo poważnie. Niestety jest to kolejne działanie „na hura”. Przede wszystkim, mimo że pomysł jest w obiegu od dawna, nadal nie jest jasne, czemu odbudowany budynek miałby służyć. Z dokumentu podpisanego przez prezydenta wynika wyłącznie, że pałac miałby być „trwałym pomnikiem niepodległości, symbolem ciągłości państwowej” – co miałoby się mieścić w tym pomniku? Komu miałby służyć na co dzień? Nie wiadomo.
Dziś pamiętamy przede wszystkim wysadzenie Pałacu Saskiego przez Niemców w 1944 r., jednak już wcześniej losy tego obiektu były skomplikowane – był przebudowywany, zmieniał właścicieli i funkcje. Przez lata był po prostu XIX-wiecznym biurowcem, by wreszcie stać się siedzibą jednego z dowództw rosyjskiej armii carskiej, a po odzyskaniu niepodległości zajął go Sztab Generalny polskiego wojska. Krótko mówiąc, nawet w pamięci najstarszych warszawiaków nigdy Pałac Saski nie był rezydencją królewską.
Świadomi tego byli też architekci i urbaniści, kierujący odbudową stolicy po II wojnie światowej. Odbudowano liczne budynki – także Zamek Królewski – natomiast prawie pusty pl. Piłsudskiego pozostawiono jako swego rodzaju symbol wyrwy, spowodowanej przez nazistowską hekatombę.
Nie zliczę, przy ilu okazjach składałem wieniec przed Grobem Nieznanego Żołnierza, i zawsze było to duże przeżycie – w historycznym miejscu, pośród pustego placu, a jednocześnie w centrum Warszawy. Niestety, obecna władza niszczy charakter tego miejsca, najpierw przez postawienie dwóch pomników nijak związanych z pl. Piłsudskiego, a teraz nieprzemyślanymi pomysłami odbudowy Pałacu Saskiego.
Koszty ogromne (choć na razie nie ma żadnej kalkulacji, ani choćby wskazania źródeł finansowania), efekt niewiadomy, przeznaczenie nieznane, cel niezrozumiały. A chodzi tak naprawdę o rekonstrukcję historyczną. Rząd PiS-u, nie mając zbyt dobrych pomysłów na przyszłość Polski, stara się kopiować przeszłość. Sięga do tych momentów polskiej historii, które mają pozytywne konotacje w pamięci zbiorowej. To zrozumiałe i uzasadnione, ale wyłącznie podczas uroczystości historycznych, a nie w ramach planowania przyszłości Polski.
Jest przy tym charakterystyczne, że obecne władze, dla których historia jest deklaratywnie tak ważna, chyba nie do końca ją rozumieją. Wszechogarniająca rekonstrukcja historyczna, obejmująca mechaniczne kopiowanie praw, zwyczajów, zachowań, także budynków z zupełnie innych czasów i kontekstów historycznych, jest pozbawiona sensu i skazana na porażkę. Nawet jeśli przez chwilę władzy uda się zdobyć poklask części elektoratu.
