Wrocławski plan rozwoju zieleni miejskiej powstał już w połowie lat 90., zatwierdzony w 1996 r. - bardzo ambitny, niestety zarzucony.
Wrocławski plan rozwoju zieleni miejskiej powstał już w połowie lat 90., zatwierdzony w 1996 r. - bardzo ambitny, niestety zarzucony. archiwum

Pierwsza dekada XXI wieku zapisała się dla wielu miast lekceważącym stosunkiem do pracy urbanistów. Liczyli się deweloperzy, wybiórczo ekolodzy, czasami cykliści. Inwestycje powstawały przeważnie bez uwzględniania kontekstu, przyszłych skutków dla otoczenia, w oderwaniu od skomplikowanych mechanizmów społecznych, a także gospodarczych. Zapomniano, że miasta to zbiór naczyń połączonych, w których wiele rozmaitych elementów oddziałuje na siebie.

REKLAMA
Ponieważ brakuje prawdziwych, rzetelnych, interesujących dyskusji w obszarze publicznym, ucieszył mnie bardzo interesujący głos architekta, miłośnika miast, zainteresowanego urbanistyką i estetyką przestrzeni - Łukasza Szymanowicza, w #NaTemat, poświęcony pozornie jedynie planom zagospodarowania przestrzennego placu Społecznego we Wrocławiu, a faktycznie pewnym zasadom tworzenia ładu przestrzennego. Polecam.
Korzystając z dobrego pretekstu do debaty, w niezwykle skrótowy sposób, spróbuję odnieść się do kilku tez postawionych przez autora, traktując je jako punkt wyjścia także do innych, kluczowych rozważań dot. Miasta - w tym wypadku przede wszystkim Wrocławia.
1. Nie ma miast identycznych, choć bywają liczne wspólne mianowniki rozwoju. Szacunek do przestrzeni, lokalizacji, uwarunkowań historycznych, potencjału gospodarczego, adekwatne (optymalne) reagowanie na zjawiska, zdarzenia niezależne (wojny, pandemie, katastrofy naturalne) to najważniejszy warunek sukcesu.
2. Znawcy historii miast wiedzą, skąd brały się sukcesy i porażki takich miast jak Ateny, Pompeje, Aleksandria, Wenecja, Asyż, Amsterdam, Sevilla czy np. Kioto. I dlaczego tak późno pojawiły się tak mocne, światowe centra, jak np. N.Y, Berlin, Tokio, LA, czy Szanghaj. Jak też wiele miast zostało naznaczonych siłą wynikającą np. z kultury.
3.Mamy świadomość rozmaitych atutów miast: położenie (Sopot, Zakopane), naturalne bogactwa (miedź, węgiel), posiadane zabytki (Kraków, Malbork), atrakcje turystyczne (Wieliczka, Częstochowa) czy też silne ośrodki naukowe (Oxford, Cambridge, California, Stanford, Harvard, Yale, a w Polsce Uniwersytet Jagielloński).
Podałem ilustracyjnie kilka przykładów, by zastrzec, że w omawianym konkretnym przypadku, należy mieć świadomość i atutów i ograniczeń, a przede wszystkim rozmaitych uwarunkowań, na które przeważnie nie można mieć wpływu. Przechodząc do Wrocławia, nie wymienię ograniczeń, lecz raczej scharakteryzuję atuty, wymieniając także istotne elementy, wynikające z historii, a przede wszystkim z obecnych uwarunkowań.
1. Wrocław to bez wątpienia miasto o długiej, bogatej, interesującej historii. Ponad 1000 lat dziejów miasta to okresy rozwoju, upadku, ale też wielu znaczących zmian, w tym przynależności państwowej (uwidocznione w obecnym herbie miasta z 1525 roku).
2. Jest jedynym miastem na świecie, które w niezwykle krótkim okresie przeżyło (w tej skali) całkowitą wymianę ludności.
3. Usytuowanie Wrocławia w obszarze Odry. Ma ono o tyle gigantyczne znaczenie, że wraz z innymi rzeczkami, odnogami, tworzy niezwykle istotny zespół uwarunkowań rozwojowych i to w samym centrum miasta. Wrocław znajduje się w czołówce miast na świecie pod względem ilości przepraw mostowych (ponad 100, nie licząc wiaduktów kolejowych, ani też kładek).
4. Wielkim atutem miasta jest ilość, jakość i zróżnicowanie dziedzictwa materialnego (Katedra św. Jana Chrzciciela, Ratusz, Hala Stulecia Maxa Berga, Aula Leopoldina, Most Grunwaldzki, WUWA, ale też wiele obiektów takich twórców, jak np. Hans Poelzig czy Erich Mendelsohn).
5. Brak monokultury przemysłowej (Wrocław jest ważnym węzłem komunikacyjnym, posiada zróżnicowany przemysł, jest ważnym ośrodkiem akademickim, a także miastem wielu aktywności usługowych).
6. Bliskość dwóch istotnych granic, a w szczególności Pragi, Drezna, Berlina.
7. Ważna jest polityczna funkcja Wrocławia, jako stolicy atrakcyjnego i zróżnicowanego Dolnego Śląska.
W 1990 roku, zostając prezydentem Wrocławia, dostrzegałem zarówno atuty, jak i niestety liczne mankamenty stolicy Dolnego Śląska. Z jednej strony miasto było jak wymarzona dla wielu AMERYKA, ze społecznością, która przybyła z różnych stron, ale też kompletnie nie identyfikowała się z obecnym miejscem zamieszkania (około 70% deklarowało możliwość wyjazdu). Za to była niezwykle otwarta, egalitarna, mobilna. Wrocław przedstawiał się tak, jak wyglądała wówczas ulica Kiełbaśnicza – swoisty symbol stanu miasta: zamkniętego, zapuszczonego, pozbawionego żyjących atrakcji, bez gospodarza od wielu dekad. Niestety także z dwoma fałszywymi, propagandowymi mitami: „Tu każdy kamień mówi po polsku” oraz to „miasto na wskroś i wyłącznie niemieckie”, z wiszącymi hasłami: „Piastowski Wrocław wita”, „Powrót Ziem Zachodnich do macierzy”, etc. Jedynym żywym, istotnym atutem był mit kultury przełomu lat 60/70-tych z postaciami Grotowskiego, Tomaszewskiego, Markowskiego czy też Tadeusza Różewicza. Stan techniczny centrum miasta, rynku, placu Solnego i przyległych uliczek był agonalny. Ostrów Tumski, w wyniku aktywności władz komunistycznych, upstrzony był instytucjami, które miały zamazać historię, a zwłaszcza sakralny charakter miejsca (Instytut Niskich Temperatur, Szpital, Przychodnia, Poczta, liczne komunalne, zaniedbane mieszkania). Inwestycje drogowe miasta utknęły na dekadę przeważnie przy wiaduktach kolejowych (Legnicka, Hallera, Karkonoska, etc.). Prawie każdy most nadawał się do kapitalnego remontu, podobnie jak torowiska tramwajowe. Na cmentarzach kończyły się miejsca na pochówki. Wrocław nie posiadał oczyszczalni ścieków, a pola irygacyjne dogorywały. Ogrom nielegalnych wysypisk śmieci, problem jakości wody, ogromna ilość awarii, zdewastowane tereny zielone to jedynie przykłady stanu rzeczy. Przy tej skali problemów kluczowa była kolejność prac (remont rynku realizowany był w drugiej kolejności, w latach 1994-1998, pierwszeństwo miała gospodarka komunalna).
Tyle wstępu. To, co stało się dla miasta kluczowe to praca trzech zespołów: urbanistów (Ossowicz, Kapelko, Hubicka, …) i architektów (Zaporowski, Műller, Rozpędowski), wspieranych silną grupą radnych (Wdowiak -urbanista, Sawa-Borysławski, Poniewierka, Frejtag –architekci), ekspertów ds. gospodarki komunalnej (Olszewski, Najnigier, Guzowski, Bieńko, Sumisławski) i specjalistów od komunikacji i przepraw mostowych (Kmita, Komar, Żabiński, Piasecki, …). Spory w obrębie zespołów nie przeszkodziły w rozwiązywaniu kolejnych problemów, a Wrocław jako jedno z pierwszych miast, posiadał wysyp planów miejscowych, z szybko - bo już w 1997r. - uzgodnionym pierwszym studium zagospodarowania przestrzennego miasta.
Łukasz Szymanowicz słusznie zaczyna swój artykuł od słów „nie możemy stosować reguł, które obowiązywały dwadzieścia lat temu”. Podobnie w 1990r. odrzuciłem projekty powstałe w latach siedemdziesiątych (zakładały one np. Wrocław ponad milionowy, z granicami aż do Środy Śląskiej). Trzeba wyprzedzać czas, antycypować sytuację i zmiany w technologiach.
Po co więc powyższy wstęp? By pokazać, że od co najmniej dekady Wrocław może sobie pozwolić na aktywności wyprzedzające. Powinien to czynić, bo zasadnicze problemy zostały rozwiązane. Niestety, trudno nie zgodzić się też z kolejnym zdaniem autora: dziś jesteśmy na etapie rozwiazywania problemów, które w ostatnim czasie sami stworzyliśmy („destrukcyjne inwestycje ostatnich dziesięciu lat”). Zgadzam się także z poniższymi opiniami:
1. Brakuje rzeczywistej rewolucji w planowaniu przestrzennym.
2. Marnuje się zbyt wiele niezwykle cennych obszarów miasta.
3. Wiele zrealizowanych ostatnio inwestycji jest wątpliwej jakości.
4. Na wielu, nowych osiedlach brakuje niezbędnych usług, zieleni.
5. Zakłócony został proces zrównoważonego rozwoju.
6. Zyski deweloperów stały się ważniejsze od interesów miasta.
7. To ostatni moment na zmianę polityki miasta i wykorzystanie nielicznych, pozostałych, wolnych obszarów, w tym np. placu Społecznego.
8. Ostatnie propozycje zagospodarowania niezwykle ważnego miejsca w centrum miasta to gwarancja katastrofy.
9. Są w Europie dobre przykłady (podane przez autora: Antwerpia tak, Utrecht nie), gdzie niemalże wzorcowo rozwiązano podobne problemy.
Podzielam także krytycyzm sugerowania, iż propozycje zagospodarowania placu Społecznego są na kształt „paryskiego La Défense” (rzeczywiście - ani w skali, ani w jakości, ani w koncepcji ). To istotnie dobry przykład „wybujałych ambicji wielkiego niezrozumienia, jakim miastem na świecie jest Wrocław”, a jakim Paryż.
Z satysfakcją odnotowałem uwagę autora, że szansą Wrocławia na posiadanie „własnego downtown” był obszar centrum południowego. Niestety, zmarnowano ją „koncertowo” (najbardziej kosztowny błąd władz miasta), prawdopodobnie na zawsze! Przypomnę, że dużo wcześniej, ze względu na niewystarczającą jakość proponowanego projektu, miasto nie przyjęło oferty Claude Vasconi’ego. Już wówczas uznano konieczność wyprzedzania czasu, choć z dzisiejszej perspektywy tamten projekt był o dwie, trzy dekady wyżej od tego, który mamy dziś. Vasconi, obok najczęściej prezentowanego projektu, proponował trzy wieżowce (z założeniem , że nigdzie więcej we Wrocławiu, w obszarze centrum więcej ich nie powstanie), a przede wszystkim dobrze zbilansowane usługi, z funkcjami apartamentowymi. Dziś dokonano zbrodni na mieście: zniweczono szansę na wspomniane „downtown”, a wielkie, wysokie obiekty postawiono nawet w obszarze Starego Miasta (ostatni błąd: przytłaczający nowy obiekt na wyspie Słodowej).
Kolejnym ważnym spostrzeżeniem autora jest docenienie znaczenia czasu „żywotności” atrakcyjnych miejsc. Wspomniane La Défense ma piętę achillesową, ze względu na monofunkcyjność. Walka o wrocławski salon, czyli rynek z przyległościami, sprowadza się właśnie do konieczności zapewnienia ciągłości zainteresowania tym obszarem. Urzędy pracują do ok. godz. 15.00, gastronomia głównie po godz. 14.00. Banki posiadają mało atrakcyjne witryny, a czas pracy odbywa się w nich maksimum do godz. 18.00. Usługi powinny wzajemnie się uzupełniać, a przede wszystkim być atrakcyjne z punktu widzenia samej lokalizacji (rzemiosło, antykwariaty, kultura, kwiaty). Dobra równowaga, a zwłaszcza zróżnicowana oferta hotelowo-gastronomiczna to klucz do sukcesu. Ważne jest także, by ilość ogródków kawiarnianych i ich powierzchnia posiadała dobre odwzorowanie w ilości „oczek” w toaletach! Ale - niestety, we Wrocławiu, w tym systemie naczyń połączonych zaczęto popełniać wręcz kuriozalne błędy.
Przykładowe: sprzedaż całodobową kwiatów zablokowano ograniczeniami komunikacyjnymi - plac Solny jest dostępny w ½ i tylko w przejeździe jednokierunkowym. Zwiększoną ilość ogródków letnich nie uwarunkowano ofertą funkcjonujących w nich toalet. Kilkakrotnie zwiększono ilość miejsc sprzedaży alkoholu, a zredukowano kontrolę nad bezpieczeństwem (wyprowadzono straż miejską z Sukiennic). Wizytówka Wrocławia poddana została pewnej redukcji. Trudniej o bezpieczeństwo, zachowanie czystości, a zwłaszcza efektywność ulokowanego tam biznesu.
Słusznie autor zwraca też uwagę na konieczność zachowania właściwych proporcji pomiędzy funkcjami mieszkalnymi, usługowymi i biznesowymi. Najważniejszą grupą każdej przestrzeni są stali lokatorzy. To oni są najbardziej wartościowymi stróżami porządku. W centrach miast wymaga to nadzwyczajnej wrażliwości, wzajemnego szacunku i właściwych relacji (oczekiwań).
Podzielam pogląd autora w kwestii SKALI. To niezwykle ważne pojęcie w urbanistyce, architekturze, ale przede wszystkim w finalnych konsekwencjach społecznych. Stopień zurbanizowania każdego miasta, a zwłaszcza konkretnego miejsca musi posiadać właściwą skalę, stosowne proporcje. Nie wchodząc w zbyt dużą ilość detali - musi mieć klarowną logikę, funkcjonalność, możliwość obsługi komunikacyjnej, przyjazność, a przede wszystkim dawać szansę na „dobre samopoczucie”, chęć przebywania.
Dla każdego, silnie zurbanizowanego terenu kluczowe są partery i ostatnie piętra. Zgadzam się, co do zapisów sugerujących otwartość przyziemia. Parter to przede wszystkim obszar społecznych interakcji, kontaktów, relaksu. Posługiwanie się wyłącznie „funkcjami budynków, wydaje się archaiczne”, mało tego: dewastuje znaczenie całego projektu. Ostanie piętra to ekskluzywność, szansa na ciekawe aranżacje, restauracje, apartamenty. Ważne, by realizować je w dobrych proporcjach.
Trzeci kluczowy element oceny to pojęcie elastyczności. Przyznam, że dla mnie najbardziej trudny do oceny. Zawsze dopuszczałem możliwość korekty, dostosowania nabytej przestrzeni do zmieniających się okoliczności biznesowych. Dziś przyznam, że pojęcie elastyczności, wolności biznesowej jest po prostu nadużywane. Nie mam zaufania do braku społecznego nadzoru nad zmianami w funkcjach obiektów, dużych przestrzeni, nad skutkami określonych działalności na części wspólne, ogólnodostępne. Wolność w prowadzeniu biznesu ma jednak swoje ograniczenia, wynikające z sąsiedztwa, skutków wtórnych zmian w rozmaitych aktywnościach. To jednak odpowiedzialność miasta.
W artykule poświęconym projektowi zagospodarowania placu Społecznego najbardziej ucieszyły mnie oceny zawarte w pojęciach „nudy”, „gigantomanii”, w skutku „Mordoru”. Już w 1997 roku pierwsze przymiarki do zagospodarowania placu Społecznego zakładały konieczność zaprojektowania traktów „oddechu” (ulica Kujawska). Później wyraźnego wydzielenia obszarów usług urzędowych (Urząd Wojewody, Marszałka, z dodanym nowym „ratuszem” i USC) od tych rekreacyjnych, uczęszczanych po godzinie 16.00. Ważne były pomysły ulokowania tam instytucji kultury (np. Muzeum Sztuki Współczesnej, jak i również wzmocnienia Impartu). Niestety, rok 2001 zakończył tę debatę, a strach przed ocenami projektów dotyczących lokalizacji dodatkowego obiektu UM doprowadził do zakopania tej dyskusji i ocen na kolejne dekady. Plany i nowe koncepcje (tych nie brakowało) koncentrowały się niestety na maksymalnym stopniu zurbanizowania całego terenu. Nawet interesujące fragmenty krytycznych recenzji pozostawiano bez odpowiedzi lub ignorowano.
By właściwie wykorzystać przestrzeń placu, potrzebne jest spełnienie kilku warunków:
1. Uwzględnienia konieczności wypełnienia określonych usług komunikacyjnych (dwie niezwykle istotne przeprawy mostowe).
2. Zachowania perspektywy mostu Grunwaldzkiego (piękny obiekt).
3. Docenienia znaczenia, atrakcyjności styku z Odrą.
4. Uszanowania znaczenia obiektów i funkcji instytucji artystycznych (gmachu ASP, Muzeum Narodowego, Impartu).
5. Konieczności zaprojektowania przestrzeni atrakcyjnej wizualnie (zróżnicowanej), budzącej zaciekawienie, ale nie przytłaczającej.
6. Uwzględnienia najważniejszej perspektywy przechodnia, a nie (jak pisze słusznie autor) gołębia.
7. Zbudowania oferty dla stabilnego podatnika (to nie miejsce na akademiki).
8. Uzupełnienia w tym obszarze funkcji kultury (przykładem może być nowy gmach Muzeum Sztuki Współczesnej).
Czas także na pewną polemikę. Nie z każdą tezą się bowiem zgadzam, a w kilku przypadkach uważam, że mamy do czynienia z niezamierzoną raczej niekonsekwencją.
1. Uznaję prawa indywidualnych użytkowników dróg (kierowców), a przede wszystkim ich istotny wkład w kondycję ekonomiczną każdej aglomeracji.
2. Konfliktowanie kierowców, pieszych, rowerzystów traktuję jako największy błąd wielu włodarzy miast.
3.Jestem zwolennikiem budowy tras rowerowych, ale nie przez „namalowanie symboli rowerów” na pełnowartościowych, kosztownych w realizacji, dotychczasowych ciągach komunikacji drogowej.
4. Komunikację zbiorową uznaję za priorytet, ale z koniecznością zapewnienia jej najwyżej klasy jakości.
5. W przypadku Wrocławia za najważniejsze osiągnięcia proponuję uznać realizację i usytuowanie AOW (przebieg, ilość i miejsca zjazdów, bezpłatność).
6. Konieczność szybkiej realizacji mostu wschodniego (Krakowska-Wróblewskiego).
7. Opowiadam się za ograniczeniami poruszania się aut w wielu obszarach, lecz z wyczuciem skali (wielkości obszaru).
Zaprzeczam tezie, że Wrocław w ostatnich dwóch dekadach postawił na „transport indywidualny” („złego konia”). Mam pewność, że w przypadku komunikacji Wrocław nie postawił na żadnego „konia”. Jeśli już, to na komunikację rowerami. Niestety, także niekonsekwentnie i ze skutkiem skonfliktowania rowerzystów z innymi użytkownikami drogi.
Chcąc rozwiązać problemy z przemieszczaniem się w obszarze miasta należy przede wszystkim:
1.Postawić na komunikację zbiorową, dbając o jakość, koszty, kompatybilność, a zwłaszcza perspektywę usług (Wrocław posiada dziś najbardziej niekonsekwentnie realizowany projekt usług transportu publicznego, patrząc na wybór taboru, budowanych przystanków, usług towarzyszących).
2. Podejmując decyzję o realizacji nowych osiedli, trzeba uwzględniać konieczność obsługi komunikacyjnej (Maślice, Stabłowice, Jagodno, osiedla po wschodniej części Odry).
3. Należy skończyć z polityką likwidacji zatoczek autobusowych. Wręcz odwrotnie - projektować je w wersjach jakościowych najwyższych (dłuższe, z zadaszonymi przystankami, oddalonymi od jezdni dla bezpieczeństwa i komfortu pasażerów).
4. Zmienić politykę lewoskrętów. Tam gdzie to niezbędne utrzymać zakazy, w pozostałych przypadkach budować odrębne, wydzielone pasy ruchu.
5. Wprowadzić ponownie obowiązek posiadania parkingów dla realizacji określonych, nowo projektowanych usług. Zrezygnować z wielkich parkingów „płaskich”, na rzecz większej ilości małych, o dużej dyslokacji, ale też wielopoziomowych.
Podzielam wyrażony w artykule pogląd, iż wielkość podziemnego parkingu pod placem Społecznym budzi wątpliwości. Ich właściwa dyslokacja, a przede wszystkim analiza przepustowości w określonych godzinach najwyższej popularności powinna zostać zweryfikowana.
Najbardziej krytycznie odnoszę się do części poświęconej możliwości wykorzystania wrocławskiego węzła kolei państwowej. Znam ten obszar z doświadczenia bycia mł. maszynistą trakcji elektrycznej stacji Wrocław Brochów. Również w czasie pełnienia funkcji prezydenta miasta poświęciłem temu zagadnieniu sporo czasu. Dlatego wiem, że to najtrudniejszy, mało efektywny, ale warty zainteresowania temat. Z jedną kluczową uwagą: spore koszty, efekt niezwykle skromny.
Na koniec, jeszcze słów kilka o ulubionych przeze mnie tematach, dotyczących alarmu klimatycznego i terenów zielonych.
Wrocław, który w okresie przedwojennym uchodził za miasto „zielone”, w wyniku wojny, a następnie polityki władz komunistycznych został ograbiony z wartościowej zieleni. Stan parków (Kleciński, Brochowski, Leśnicki, Stabłowicki, Wschodni, etc.) był dramatyczny. Ogromna zaś ilość rozmaitych lokalnych kotłowni, pieców w mieszkaniach komunalnych stawiała nas w czołówce tzw. „kopciuchów”. W ciągu jednej dekady Wrocław uporządkował istniejące tereny zielone, wymienił umierające powojenne topole na wartościowe drzewa, zrealizował nowe projekty (park Milenijny, Ogród Japoński, nowa część parku Stabłowickiego, etc.), ale też zadbał o lepsze proporcje nowych terenów zielonych na przyszłość. Niestety, zwłaszcza w tym ostatnim elemencie nastąpiła niezrozumiała redukcja. Plany miejscowe ostatniej dekady to systematyczne ograniczanie miejsc rekreacji, w tym zielonych, na rzecz terenów nadmiernie zurbanizowanych.
Wrocław to rozległe miasto. Ma wciąż szansę na wyższy stopień urbanizacji. Niestety projekty, takie jak np. WUWA 2 nie mają nic wspólnego z pierwowzorem, a zwłaszcza z wymogami zrównoważonego, proekologicznego rozwoju. Podobnie plac Społeczny - proponowany projekt jest raczej z lat osiemdziesiątych, a nie nadchodzącej perspektywy. Podzielam pogląd, że sposób zagospodarowania placu Społecznego to dziś swoisty test dla stolicy Dolnego Śląska. Warto ponownie pochylić się nad tym obszarem, niż - podobnie jak w przypadku Centrum południowego - zdegradować ten teren na wiele dekad.
Na pytanie: czy Wrocław stać na projekty wyprzedzające czas?, odpowiem: TAK. Wierzę w to. Dziś jednak musi zwyciężyć myślenie kategoriami ekologicznymi, przyjaznymi, szanującymi rozmaitych użytkowników i nie dyskredytującymi nikogo.