
Mateusz Kijowski snuje fantazje o wspólnym marszu z ONR i opowiada brednie o siekierach na marszu antyfaszystów. Ryszard Petru chce delegalizować anarchistów, a gejom radzi się nie obnosić ze swoją orientacją. Grzegorz Schetyna chce wpisać „kompromis” aborcyjny do konstytucji. Władysław Kosiniak-Kamysz próbuje przelicytować Prawo i Sprawiedliwość w gorliwości w zaostrzaniu ustawy antyaborcyjnej. Co różni liderów parlamentarnej i ulicznej opozycji od partii rządzącej, poza kwestią Trybunału Konstytucyjnego?
REKLAMA
Jakby przed 11 listopada ktoś mi powiedział, że największe spustoszenie uczynią nie narodowcy, a Mateusz Kijowski, nie uwierzyłbym. Jednak to właśnie lider KOD-u dokonał symbolicznego „rzutu kostką brukową”. Forsując Dmowskiego, szkalując wolnościową demonstrację, wypraszając lewaków i snując fantazje o budowaniu wspólnoty z ONR, Kijowski wymierzył policzek wszystkich zwolennikom Polski otwartej. Przewodniczący KOD-u (choć żadnych wyborów nie było) zignorował fakt, że Dmowski był rasistą, admiratorem faszyzmu i nazizmu oraz wrogiem polskich robotników i chłopów, którego działalność przyczyniła się do aresztowań i wyroków śmierci podczas rewolucji 1905 roku (Ostolski, Cała, 2006). Kijowskiego nie obchodzi, że kilka lat temu narodowcy zaatakowali squot Przychodnia tworząc zagrożenie dla zdrowia i życia, przebywających tam mieszkańców. Wreszcie lider KOD-u nie zauważa haseł jakie pojawiają się co chwilę na manifestacjach antyuchodźczych organizowanych przez Ruch Narodowy. Miesza się tam nienawiść rasowa i etniczna z wzywaniem do fizycznego rozprawienia się z ludźmi, którzy uciekają do Europy przed wojną.
Na demonstracje KOD-u wychodzą dziesiątki tysięcy osób. Adrian Zandberg, członek zarządu Partii Razem, dał w jednym z wywiadów do zrozumienia, że zdaje sobie sprawę z faktu, iż przeciętna uczestniczka demonstracji KOD-u to raczej nauczycielka WOS-u w średnim wieku, a nie opozycjonista z kitką, który spóźnił się na rewolucję. Niemniej – do tego przeciętnego kodersa trafia dziś przekaz Kijowskiego (moderacja w grupie facebookowej dopuszcza pewne głosy, inne wycisza, podobnie zresztą jest z wystąpieniami na demonstracjach). Reakcyjną twarz Komitetu było widać już na samym początku, gdy w jednym z założycielskich dokumentów przeczytaliśmy o powoływaniu się na dziedzictwo Jana Pawła II (zadeklarowanego wroga antykoncepcji i twarzy kościoła konserwatywno-ludowego) i Margaret Thatcher (bliżej znanej ze współorganizowania zawodów w pałowaniu górników i rywalizacji w tej materii z Wojciechem Jaruzelskim – jak ponure dla pracowników były czasy Pani Thatcher możecie zobaczyć chociażby w filmie „Pride”).
Mogliśmy też sobie poczytać z jaką pogardą do zwykłych ludzi odnosi się Andrzej Miszk – inny założyciel KOD-u, pisał o ruchu „to wspaniale, że polska klasa średnia, która z bólem powstała i urosła przez ostatnie ćwierć wieku Polski niepodległej i demokratycznej, tak rozkwitła i stała się kluczową liczną siłą polityczną, awangardą walki o demokrację liberalną i ład konstytucyjny w Polsce. Możemy być dumni, że najbardziej produktywna, świadoma, wykształcona i zasobna grupa społeczna w Polsce poświęca swój czas, energię, myślenie i działanie w obronie zagrożonego dobra wspólnego, czyli demokratycznej i praworządnej Polski”. (Piotr Ikonowicz, 2016) Miłe mieszczaństwo buduje swój kult na oznaczeniu swojej dziejowej roli i podkreśleniu swojej „lepszości” nad tymi, którym nie powiodło się tak dobrze. Inny zabawny przykład to moment, gdy KOD chciał budować think-tank i na jego czele postawić Władysława Frasyniuka. Były przewodniczący Unii Wolności żadną światłą i błyskotliwą myślą na temat problemów współczesnego świata (niezależnie czy mówimy o skutkach globalizacji, nierównościach społecznych czy modelu demokracji) nie zasłynął. Za to zdążył już np. zagrozić przeniesieniem swoich firm do Niemiec (bo złe państwo zabiera mu za dużo pieniędzy z podatków). Jak w takim think-tanku mógłby się narodzić inny program niż będący spełnieniem projekcji Balcerowicza czy Henryki Bochniarz?
Tam, gdzie prawa człowieka i sprawiedliwość społeczna były zagrożone KOD-u z reguły nie było (z drobnymi wyjątkami – Komitet zorganizował np. demonstrację przeciwko ustawie o policji). Umowy handlowe między Stanami Zjednoczonymi i Kanadą i ich skutki dla rolnictwa, demokracji i budżetów publicznych nie przyciągnęły zainteresowania Kijowskiego. W sprawie reprywatyzacji, setek ludzi eksmitowanych na bruk z powodu przestępczej działalności mafii reprywatyzacyjnej, też nie usłyszeliśmy ani jednego zdania. Prawa uchodźców, przemoc skrajnej prawicy również były gdzieś na odległym miejscu, jako temat, który warto podjąć. Przypomnienie przez przewodniczących Zielonych – Małgorzatę Tracz i Marka Kossakowskiego – że transformacja nie wszystkim przyniosła poprawę jakości życia, skończyło się gwizdami.
Dziś są dwie drogi. Albo przyjmiemy agendę Kijowskiego, Schetyny i Petru, gdzie dostajemy neoliberalizm ekonomiczny, puszczanie oka do skrajnej prawicy, miękką homofobię i mizoginię i zagryzając zęby utorujemy Platformie, Nowoczesnej i pogrobowcom ZCHN-u, KLD i Unii Wolności (dziś zakładającym partię) drogę do władzy. Albo zrobimy coś trudniejszego, wymagającego więcej wysiłku, za to na dłuższą metę bardziej pożytecznego. Zadamy sobie pytanie jakiej Polski chcemy. Jak połączyć wolność z emancypacją tych, o których ani KOD ani PIS nie pamięta. Poszukamy szerokiego ruchu, który w centrum uwagi ma sprawiedliwość społeczną, solidarne państwo i szacunek dla różnorodności. Który rozumie globalne problemy i pamięta o tym, że „na martwej planecie” nie będzie żadnych miejsc pracy. Nie dajmy sobie wmówić, że alternatywą dla narodowej demokracji jest demokracja burżuazyjna, służącą interesom niewielu.
