REKLAMA
W niedzielę rano, w Dzień Kobiet, Manhattan wyglądał niby tak samo, ale przecież jakby inaczej, niż zazwyczaj. Mogłoby się wydawać, że to dlatego, że o raz pierwszy od niemal tygodnia zza chmur wyjrzało słońce. I że śnieg stopniał. Ale to nie dlatego.
Rankiem ósmego marca z miasta nagle zniknęły…kobiety! Nie wszystkie , oczywiście, bo na ulicach było ich nawet więcej niż zazwyczaj. A to dlatego, że na obchody Dnia Kobiet zjechało tutaj wiele przedstawicielek organizacji feministycznych z całego świata i z innych rejonów Stanów Zjednoczonych. Bo trzeba wiedzieć, że choć w Polsce Święto Kobiet uchodziło, i pewnie nadal uchodzi, za relikt Peerelu, do kalendarza trafiło ono za sprawą wydarzeń, które miały miejsce w Ameryce, i to na długo przed epoką goździków z rozdzielnika. To ulicami Nowego Jorku przeszła – w 1908 roku – krwawo stłumiona manifestacja pracownic tutejszych szwalni, zorganizowana pod hasłami sprawiedliwości socjalnej i przyznania kobietom praw wyborczych . Po stu latach cele manifestantek zostały – wydawałoby się – osiągnięte, przynajmniej w Ameryce. Ale to tylko w teorii.
W związku ze szczególną rolą jaką odegrał Nowy Jork w historii walki o równouprawnienie, Manhattan stał się „genderową” stolicą świata, więc jak co roku, także i tym razem przeszła przez miasto „manifa”. Zamiast kwiatów panie nosiły więc dziś po mieście transparenty wzywające do naprawienia tego wszystkiego, co w „kwestiach kobiecych” trzeba jeszcze koniecznie naprawić w Stanach i na świecie. A zamiast wznosić kieliszki z szampanem, wznosiły okrzyki wzywające do większej równości. Pochód wyruszył w południe spod siedziby Organizacji Narodów Zjednoczonych w kierunku Time Square ,wzbudzając oczywiste niezadowolenie kierowców – głównie mężczyzn – z powodu utrudnień w ruchu. A utrudnienia były, bo przemarsz trwał niemal cztery godziny, choć w kolumnie nie było tłumów. W pochodzie szło nie więcej niż kilka tysięcy uczestników.
Jednak pomimo że – w związku z manifą – przedstawicielek „piękniejszej płci” kręciło się po mieście więcej niż zazwyczaj, nieobecność kobiet była na Manhattanie wyjątkowo wręcz dojmująca.
By ją dostrzec wystarczyło tylko podnieść głowę. Nie było ich! Zniknęły!
Dziewczyny, te bezimienne i te sławne, poznikały nagle z wielkich billboardów na Times Square, z plakatów, którymi na co dzień wyklejone są przystanki autobusowe, z witryn sklepowych, a nawet z okładek kolorowych magazynów. Tam, gdzie jeszcze w sobotę Padma Lakshmi w błękitnej, obcisłej sukience mierzyła w kierunku przechodniów wielkim nożem kuchennym, zachęcając do oglądania kulinarnego reality show, w niedzielę został już tylko sam nóż. Oraz – jakby zniknięcie Padmy nie było dostatecznie oczywiste – lakoniczna informacja „NotThere.org”.
Ten sam „ podpis” porywacze zostawili w miejscu, gdzie dopiero co stała – na Times Square – gromadka dziewczyn w samej bieliźnie, biorących udział w kampanii reklamowej kosmetyków marki „Dove”. Ofiarą „genderowego kidnapingu” padła tancerka Misty Copeland, aktorka Scarlett Johansson, modelka Kendall Jenner i jeszcze wiele innych celebrytek znanych z wybiegów i ekranów. Po niektórych zostały puste ławki i porzucone torebki i buty. Po innych jedynie puste miejsca na plakatach reklamowych i okładkach kolorowych magazynów.
Czego zażądali kidnaperzy za zwrot porwanych kobiet? Po pierwsze – rozbicia „szklanego sufitu”, bo do porwania przyznała się organizacja pod nazwą Clinton Foundation, która po brawurowej akcji publicznie ogłosiła swoje postulaty. Fundacja, założona przez byłego prezydenta a prowadzona przez Hillary i Chelsea Clinton, od lat stara się o aktywizację zawodową kobiet, a przede wszystkim o zniesienie barier utrudniających im awans do stanowisk kierowniczych. W teorii dostęp do nich jest w Stanach równy dla wszystkich. W praktyce jednak aspirujące do nich panie napotykają na szereg utrudnień natury – nazwijmy to – pozamerytorycznej. Chodzi o „zmowę mężczyzn”. Tutaj mówi się na to „szklany sufit”, bo z jednej strony są to ograniczenia nieformalne, więc dla prawa „niewidzialne”, a z drugiej – nie do przebicia.
Do spisku skutkującego zniknięciem kobiet z Manhattanu przystąpiły liczne domy wydawnicze, agencje reklamowe i tytuły prasowe, na czele z „Vogue”, a efekt był naprawdę szokujący. Jakby nagle ziścił się w praktyce zapowiadany kiedyś przez Agnieszkę Graff „Świat bez kobiet”. Na szczęście koszmar „Seksmisji” na opak trwał krócej, niż planowano, bo akurat w Dzień Kobiet nastąpiła w Stanach zmiana czasu. W ten sposób walka o prawa kobiet – bo oprócz szklanego sufitu pilnego załatwienia wymaga jeszcze kwestia dostępu do bezpłatnych przedszkoli, płatnych zwolnień lekarskich na dzieci i urlopów macierzyńskich – skróciła się w praktyce o całą godzinę. A jest o co walczyć, bo zwolnienia i urlopy w Ameryce… nie istnieją w ogóle. A chodzi o to, żeby – jak w całym cywilizowanym świecie – wreszcie zaistniały.
Przypomnieniu katalogu tych wszystkich nierozwiązanych dotąd spraw miała posłużyć kampania „Not There”. I rzeczywiście, posłużyła. Choć krócej, niż powinna, w związku z niefortunną zmianą czasu. A tak swoją drogą, za tym pomysłem stoi Benjamin Franklin. „Męski szowinista”?