Jak wygląda worek na śmieci, każdy widzi. Amerykański worek, w odróżnieniu od niebiskiego worka polskiego, zazwyczaj jest czarny. Ale wszystkie te czarne worki, są – w zasadzie – identyczne. Z tym, że jednak nie zawsze. Prawidłowa odpowiedź na pytanie: „czym różni się amerykański worek?” od tygodnia jest warta 120 000 dolarów.
REKLAMA
Za taką właśnie kwotę w ubiegłą niedzielę został sprzedany w Nowym Jorku „American Bag”, dzieło Gavina Turka, artysty z Wielkiej Brytanii. „Worek” trafił na tegoroczną edycję najbardziej prestiżowych targów sztuki współczesnej na Manhattanie – The Armory Show. Targi co roku gromadzą tłumy ubranych w zawsze modne czernie (w tym roku z czerwonymi dodatkami) „ludzi sztuki”, ale nie jest to impreza ściśle branżowa.
Według danych organizatorów, w tym roku dwa metalowe baraki w dokach nad Hudsonem, gdzie odbywają się targi, odwiedziło ponad 70 000 zwykłych amerykańskich Kowalskich.
Czemu sztuka najnowsza, uchodząca w powszechnej opinii za trudną w odbiorze, budzi tak wielkie zainteresowanie amerykańskiej publiczności? Tym bardziej, że – może poza Manhattanem – Stany nie wyglądają raczej na zamieszkałe przez wyrafinowanych estetycznie wielbicieli awangardy?
Między innymi przez te worki właśnie. Bo podobne obiekty artystyczne od lat stanowią łatwy cel szyderców, zrywających boki z „ekscesów” awangardy. Sama zaś wystawa stanowi świetną ściągawkę z tego, co jeszcze – obok już oswojonych puszek z zupą, kartonów po druciakach Brillo i nadmuchiwanych hamburgerów – w nadchodzącym sezonie zostanie oficjalnie włączone do kategorii sztuki.
Inna sprawa, że artyści rzeczywiście bardzo ułatwiają robotę szydercom, jednocześnie dając też widoki na światową karierę artystyczną tłumom anonimowych majsterkowiczów dłubiącym coś tam po swoich garażach . Lista eksponatów w stylu „zrób to sam” to dobrych kilkadziesiąt eksponatów. Nie licząc arcydzieła gatunku –wspomnianego wyżej czarnego wora na odpadki, którzy nawet zawodowi krytycy brali za … wór na odpadki.
Przykłady? A, choćby żółty, plastikowy pojemnik na kruszywo, identyczny z tymi, z których korzystają tu na co dzień tutejsze służby komunalne. W tym roku wyjątkowo obrodziły też kwiaty : sztuczne, cięte oraz doniczkowe, które wyglądały jak – no cóż – po prostu zwykłe kwiaty doniczkowe..
Liczną reprezentację miały jeszcze meble (patchworkowa sofa, sekretarzyk), sprzęt oświetleniowy, lustra ( w tym również zmatowiałe i rozbite), ceramika i szkło użytkowe (wazy, flakony, kieliszki, słoiki, retorty, imbryki) , a nawet plastikowe skrzynki i stare materace.
Eksponatem okazał się też stelaż na wieszaki, identyczny z tymi, które stały w szatni, oraz dwie maszyny do gier losowych, dokładnie takie, jakie spotkać można w każdym pubie z New Jersey. Dwie takie, stojące w boksie galerii „Pierogies” w charakterze dzieła „Slots”, nawet działały na podobnej zasadzie, bo zanim któraś „wypluła” kartkę papieru z sygnaturą artysty – Andrew Chanesiana – zwykle „połykała” trzy razy więcej drobnych, niż powinna.
Silną reprezentację miał również „biały montaż”, ale to już tradycja, bo to trend obecny na podobnych imprezach od ponad stulecia. Amerykańska kariera artystyczna sanitarnego fajansu rozpoczęła się już na pierwszej Armory Show, od pisuaru Duchampa.
Teraz do umywalek i muszli klozetowych dołączyły jeszcze rury z pcv. W tej sytuacji nie mogło też zabraknąć narzędzi monterskich, choć tym razem zamiast kluczy francuskich pokazano głównie piły. Takie tradycyjne, ręczne, ale za to od razu w ilościach hurtowych.
W charakterze eksponatów wystąpiły także torby na zakupy (tote bags) i poduszki jaśki (The Moving Museum). Z tekstyliów , niezłą reprezentacje miały popularne w Ameryce kołdry typu quilt, zszywane ze skrawków tkanin. A także sznurówki. „Oprama” – zamknięty w podwieszanym pojemniku zapas tych ostatnich w różnych kolorach, długościach i deseniach, została wyceniony na 65 000 dol. Niby niemało, ale taka ilość sznurówek wystarczy przecież na całe życie. I to nawet jeśli – jak Amerykanie – nosi się wyłącznie adidasy. W ten sposób artystce Nari Ward udało się stworzyć nową kategorię artystyczną , bo to chyba „czysta sztuka użytkowa”?
A tak a porpos akcesoriów, i – generalnie – konfekcji, to targi Armory wyraźnie robiły tym razem konkurencję New York Fashion Week, bo w charakterze eksponatów wystąpił nie tylko stelaż na wieszaki, na którym – jako integralny element instalacji – wisiał szary kardigan i jeszcze jakaś sukienka. Dało się też widzieć parę złoconych crocsów i złote szpileczki. Na jednym ze stoisk (Aanant & Zoo) piętrzyły się zaś eleganckie torby z logo niemal identycznym ze znakiem firmowym LV. A bezpruderyjny manekin promował – zapewne w związku z niedawaną premierą „ Pięćdziesięciu twarzy Greya” – bieliznę SM.
W ten sposób publiczność otrzymała komunikat, że sztuka ciągle – choć inaczej, niż za czasów pop-artystów sprzed pół wieku – naśladuje „prawdziwe” życie. Życie zaś – sztukę.
Ta myśl stanowiła zresztą ideę przewodnią tegorocznych targów, wyrażoną wprost w specjalnie zamówionej pracy Hanka Willisa Thomasa : „Art. imitates life imitates ads…”.
„American Bag” to także taka imitacja. Worek na śmieci to praca Gavina Turka, przedstawiciela niezwykle wpływowej w świecie sztuki współczesnej grupy Young Brtish Artists (Young Brits), z której wywodzi się też Tracey Emin i Damien Hirst. Młodzi Brytole,od kiedy powstali, zajmują się właśnie kopiowaniem „samego życia”.. Jak dokładnie je naśladują, dowodzi anegdota (podobno oparta na faktach) związana z londyńską wystawą Hirsta, która wylądowała na śmietniku. Ekipa sprzątająca galerię wzięła ponoć elementy instalacji –puste butelki, niedopałki etc. – za odpadki i zapakowała do kontenera. „Worek na śmieci” to też jest „rzeczywista rzeczywistość”. Takie worki ułożone w sterty na skraju chodników, to codzienne doświadczenie nowojorczyków. Tak właśnie naprawdę wygląda Manhattan. Istnieje nawet teoria, że tutejsze wieżowce powstały po to, żeby przechodnie patrzyli w niebo, zamiast pod nogi…
Jak widać – awangardyści z Europy już od ponad stulecia otwierają Ameryce oczy na to, czego sama nie dostrzega.
Taką rolę spełniła zresztą historyczna The Armory Show – wystawa zorganizowana na Manhattanie w 1913 roku, na której Nowy Kontynent po raz pierwszy zobaczył europejską awangardę. „Mit założycielski” amerykańskiej awangardy, mówi zresztą wprost, że wszystko, co w amerykańskiej sztuce najnowszej najbardziej wartościowe i oryginalne zdarzyło się właśnie dzięki tamtej szokującej dla Ameryki konfrontacji . W związku z czym Armory jest traktowana jak wizytówka wszystkiego, co warte zainteresowania w sztuce najnowszej na świecie.
Organizatorzy targów bardzo starają się, by podtrzymać to przekonanie, choć większość wystawców to już od dawna galerie z Nowego Jorku i innych centrów artystycznych Ameryki.
Tak więc – publiczność spoza branży tłoczy się w dokach nad Hudsonem po to, żeby być „na bieżąco”. Żeby nie pozostawać w ignorancji w kwestii najnowszych trendów. I żeby nie dać się sztuce sprowokować ani zaskoczyć, jak w roku 1913.
A o to – jak widać – ciągle nietrudno, pomimo, że Amerykanie od półwiecza odrabiają już przecież terenowe, praktyczne zajęcia z pop-artu. Wystarczy, że jakiś Młody Brytyjczyk wystawi na Armory amerykański worek na śmieci.
Amerykański worek
Według danych organizatorów, w tym roku dwa metalowe baraki w dokach nad Hudsonem, gdzie odbywają się targi, odwiedziło ponad 70 000 zwykłych amerykańskich Kowalskich.
Czemu sztuka najnowsza, uchodząca w powszechnej opinii za trudną w odbiorze, budzi tak wielkie zainteresowanie amerykańskiej publiczności? Tym bardziej, że – może poza Manhattanem – Stany nie wyglądają raczej na zamieszkałe przez wyrafinowanych estetycznie wielbicieli awangardy?
Między innymi przez te worki właśnie. Bo podobne obiekty artystyczne od lat stanowią łatwy cel szyderców, zrywających boki z „ekscesów” awangardy. Sama zaś wystawa stanowi świetną ściągawkę z tego, co jeszcze – obok już oswojonych puszek z zupą, kartonów po druciakach Brillo i nadmuchiwanych hamburgerów – w nadchodzącym sezonie zostanie oficjalnie włączone do kategorii sztuki.
Inna sprawa, że artyści rzeczywiście bardzo ułatwiają robotę szydercom, jednocześnie dając też widoki na światową karierę artystyczną tłumom anonimowych majsterkowiczów dłubiącym coś tam po swoich garażach . Lista eksponatów w stylu „zrób to sam” to dobrych kilkadziesiąt eksponatów. Nie licząc arcydzieła gatunku –wspomnianego wyżej czarnego wora na odpadki, którzy nawet zawodowi krytycy brali za … wór na odpadki.
Przykłady? A, choćby żółty, plastikowy pojemnik na kruszywo, identyczny z tymi, z których korzystają tu na co dzień tutejsze służby komunalne. W tym roku wyjątkowo obrodziły też kwiaty : sztuczne, cięte oraz doniczkowe, które wyglądały jak – no cóż – po prostu zwykłe kwiaty doniczkowe..
Liczną reprezentację miały jeszcze meble (patchworkowa sofa, sekretarzyk), sprzęt oświetleniowy, lustra ( w tym również zmatowiałe i rozbite), ceramika i szkło użytkowe (wazy, flakony, kieliszki, słoiki, retorty, imbryki) , a nawet plastikowe skrzynki i stare materace.
Eksponatem okazał się też stelaż na wieszaki, identyczny z tymi, które stały w szatni, oraz dwie maszyny do gier losowych, dokładnie takie, jakie spotkać można w każdym pubie z New Jersey. Dwie takie, stojące w boksie galerii „Pierogies” w charakterze dzieła „Slots”, nawet działały na podobnej zasadzie, bo zanim któraś „wypluła” kartkę papieru z sygnaturą artysty – Andrew Chanesiana – zwykle „połykała” trzy razy więcej drobnych, niż powinna.
Silną reprezentację miał również „biały montaż”, ale to już tradycja, bo to trend obecny na podobnych imprezach od ponad stulecia. Amerykańska kariera artystyczna sanitarnego fajansu rozpoczęła się już na pierwszej Armory Show, od pisuaru Duchampa.
Teraz do umywalek i muszli klozetowych dołączyły jeszcze rury z pcv. W tej sytuacji nie mogło też zabraknąć narzędzi monterskich, choć tym razem zamiast kluczy francuskich pokazano głównie piły. Takie tradycyjne, ręczne, ale za to od razu w ilościach hurtowych.
W charakterze eksponatów wystąpiły także torby na zakupy (tote bags) i poduszki jaśki (The Moving Museum). Z tekstyliów , niezłą reprezentacje miały popularne w Ameryce kołdry typu quilt, zszywane ze skrawków tkanin. A także sznurówki. „Oprama” – zamknięty w podwieszanym pojemniku zapas tych ostatnich w różnych kolorach, długościach i deseniach, została wyceniony na 65 000 dol. Niby niemało, ale taka ilość sznurówek wystarczy przecież na całe życie. I to nawet jeśli – jak Amerykanie – nosi się wyłącznie adidasy. W ten sposób artystce Nari Ward udało się stworzyć nową kategorię artystyczną , bo to chyba „czysta sztuka użytkowa”?
A tak a porpos akcesoriów, i – generalnie – konfekcji, to targi Armory wyraźnie robiły tym razem konkurencję New York Fashion Week, bo w charakterze eksponatów wystąpił nie tylko stelaż na wieszaki, na którym – jako integralny element instalacji – wisiał szary kardigan i jeszcze jakaś sukienka. Dało się też widzieć parę złoconych crocsów i złote szpileczki. Na jednym ze stoisk (Aanant & Zoo) piętrzyły się zaś eleganckie torby z logo niemal identycznym ze znakiem firmowym LV. A bezpruderyjny manekin promował – zapewne w związku z niedawaną premierą „ Pięćdziesięciu twarzy Greya” – bieliznę SM.
W ten sposób publiczność otrzymała komunikat, że sztuka ciągle – choć inaczej, niż za czasów pop-artystów sprzed pół wieku – naśladuje „prawdziwe” życie. Życie zaś – sztukę.
Ta myśl stanowiła zresztą ideę przewodnią tegorocznych targów, wyrażoną wprost w specjalnie zamówionej pracy Hanka Willisa Thomasa : „Art. imitates life imitates ads…”.
„American Bag” to także taka imitacja. Worek na śmieci to praca Gavina Turka, przedstawiciela niezwykle wpływowej w świecie sztuki współczesnej grupy Young Brtish Artists (Young Brits), z której wywodzi się też Tracey Emin i Damien Hirst. Młodzi Brytole,od kiedy powstali, zajmują się właśnie kopiowaniem „samego życia”.. Jak dokładnie je naśladują, dowodzi anegdota (podobno oparta na faktach) związana z londyńską wystawą Hirsta, która wylądowała na śmietniku. Ekipa sprzątająca galerię wzięła ponoć elementy instalacji –puste butelki, niedopałki etc. – za odpadki i zapakowała do kontenera. „Worek na śmieci” to też jest „rzeczywista rzeczywistość”. Takie worki ułożone w sterty na skraju chodników, to codzienne doświadczenie nowojorczyków. Tak właśnie naprawdę wygląda Manhattan. Istnieje nawet teoria, że tutejsze wieżowce powstały po to, żeby przechodnie patrzyli w niebo, zamiast pod nogi…
Jak widać – awangardyści z Europy już od ponad stulecia otwierają Ameryce oczy na to, czego sama nie dostrzega.
Taką rolę spełniła zresztą historyczna The Armory Show – wystawa zorganizowana na Manhattanie w 1913 roku, na której Nowy Kontynent po raz pierwszy zobaczył europejską awangardę. „Mit założycielski” amerykańskiej awangardy, mówi zresztą wprost, że wszystko, co w amerykańskiej sztuce najnowszej najbardziej wartościowe i oryginalne zdarzyło się właśnie dzięki tamtej szokującej dla Ameryki konfrontacji . W związku z czym Armory jest traktowana jak wizytówka wszystkiego, co warte zainteresowania w sztuce najnowszej na świecie.
Organizatorzy targów bardzo starają się, by podtrzymać to przekonanie, choć większość wystawców to już od dawna galerie z Nowego Jorku i innych centrów artystycznych Ameryki.
Tak więc – publiczność spoza branży tłoczy się w dokach nad Hudsonem po to, żeby być „na bieżąco”. Żeby nie pozostawać w ignorancji w kwestii najnowszych trendów. I żeby nie dać się sztuce sprowokować ani zaskoczyć, jak w roku 1913.
A o to – jak widać – ciągle nietrudno, pomimo, że Amerykanie od półwiecza odrabiają już przecież terenowe, praktyczne zajęcia z pop-artu. Wystarczy, że jakiś Młody Brytyjczyk wystawi na Armory amerykański worek na śmieci.
Amerykański worek
