Skoro już zdecydowała się startować, to ani stare afery, ani nowy „skandal e-mailowy”, ani brak sukcesów na stanowisku Sekretarza Stanu ani nawet wszyscy pozostali kandydaci z prawa i z lewa, razem wzięci, raczej nie staną Hillary Clinton na przeszkodzie w drodze do Białego Domu.
REKLAMA
Zarówno aktualny klimat społeczny jak i wyborcza arytmetyka wskazują, że nieoficjalna kandydatka Demokratów sukces wyborczy już w tej chwili ma w kieszeni. Dlaczego jest to niemal pewne, właśnie objaśniają światu wszystkie amerykańskie periodyki. Już wcześniej było zresztą wiadomo, że Hillary jest kompetentna, doświadczona, słynie z ambicji i silnego charakteru, jest też rozpoznawalna i stosunkowo popularna, i to nie tylko wśród elektoratu Demokratów. No i – jak piszą gazety – amerykańskie społeczeństwo „jest już gotowe na prezydenta – kobietę”. No, może niekoniecznie całe, ale jednak.
W tej sytuacji nic nie powinno przeszkodzić Billowi Clintonowi w powrocie do Białego Domu w charakterze Pierwszego Dżentelmena (w tym wypadku tytularnie jednak – prezydenta). Bo jest jeszcze coś, o czym nie piszą amerykańskie gazety. Otóż początek kampanii sugeruje, że Hillary nareszcie pokonała swojego największego Potwora, i nie chodzi tu o Jeba Busha ani nawet nie o Partię Republikańską, samą w sobie.
W przypadku byłej Pierwszej Damy chodzi o Potwora Ciasteczkowego, bardziej znanego jako Cookie Monster.
Co to za jeden? Otóż każde dziecko wychowane na „Ulicy Sezamkowej” – a w Stanach wszystkie dzieci od kilku dekad wychowuje Ulica – wie, że to dziki stwór pokryty futrem koloru indygo, który w najmniej stosownych momentach pojawia się w centrum wydarzeń, robiąc wiele zamieszania i niezależnie od okoliczności wykrzykując tylko jedno słowo: „Cookies!”.
Co ma Ciasteczkowy Potwór do byłej Pierwszej Damy i Sekretarz Stanu USA? Otóż za każdym razem, kiedy zostanie przywołany, narzuca jej temat debaty. Bez względu na to, w jakim charakterze występuje w mediach była Sekretarz Stanu, z pojawieniem się Potwora uwaga wszystkich koncentruje się – na dłuższą chwilę – na ciasteczkach właśnie. I w tym cały kłopot.
Tym bardziej, że odniesione do osoby Hillary Clinton stały się one symbolem wszystkich tradycyjnie szanowanych w Stanach wartości, których ona sama rzekomo nie uosabia. I mało, że nie uosabia. Ona te wartości dyskredytuje samą swoją obecnością. Ba – stanowi dla nich zagrożenie bez mała śmiertelne, godząc przy tym w najcenniejsze dobro Ameryki – dobro rodziny! Przez te nieszczęsne ciasteczka w narracji Partii Republikańskiej i sprzyjających jej mediów Hillary Clinton urosła w ostatnich dekadach do rangi demonicznego symbolu antykobiecości.
Jak do tego doszło? Cóż – sama przyznała, że żadnych ciasteczek nie piecze!
Problem kandydatki na prezydenta z ciastkarstwem datuje się od 1992 roku, od kampanii jej małżonka, Billa Clintona. To wtedy wypłynęła kwestia „cookies”. Przyszła Pierwsza Dama zapytana, czy zamierza kontynuować swoją karierę prawniczą po ewentualnej wygranej Billa, wypaliła w obecności reporterów, że „mogłaby wprawdzie siedzieć w domu i wypiekać ciasteczka”, ale nawet jako lokatorka Białego Domu nie zamierza rezygnować ze swoich osobistych ambicji i planów zawodowych.
Tymczasem co symbolizują dla Amerykanów te nieszczęsne cookies? Otóż mniej więcej to samo, co domowy obiad nad Wisłą. Ponieważ z różnych powodów (długo by o nich pisać, swoją drogą) w amerykańskich domach domowych obiadów nie gotuje się od dawna, do rangi symbolu „ogniska domowego” (które podtrzymuje matka przy dzieciach, podczas gdy ojciec zarabia na rodzinę), urosły ciastka owsiane według rodzinnego przepisu.
To nic, że już w latach pięćdziesiątych w Stanach zdecydowana większość kobiet pracowała zarobkowo. To nic, że w tej chwili liczba wykształconych pań przewyższa liczbę panów z dyplomami wyższych uczelni. I to nic, że rośnie (choć powoli) ilość kobiet na wysokich stanowiskach w biznesie i polityce. Wszyscy doskonale wiedzą też, choćby z seriali takich, jak emitowane także w Polsce „Gotowe na wszystko”, że niepracujące zawodowo matki z klasy średniej wyręczają w pracach domowych wynajęte niańki i gosposie, a „domowe ciasteczka” już od dawna mają postać mrożonego gotowca z kartonu, więc wypiekanie sprowadza się do ułożenia gotowego ciasta na blasze i wsunięcia do piecyka.
Tego wszystkiego nie wypada jednak mówić publicznie. Bo jeśli powie się głośno to, co wszyscy i tak wiedzą, to środowiska konserwatywne zrobią z takiej osoby zimną feministkę, występującą przeciwko naturalnemu porządkowi rzeczy i amerykańskiej rodzinie.
Toteż rzucona niedbale uwaga Hillary na temat ciastek wystarczyła politycznym przeciwnikom Demokratów, by zbudować na niej całą negatywną kampanię wyborczą. Obojgu Clintonom zarzucono na tej podstawie dążenie do obalenia tradycji i zamach na rodzinę. A przychylne Republikanom media zrobiły resztę.
Kampanię zdominowały talenty kulinarne Hillary, która zamiast dyskutować o niezałatwionych problemach społecznych Ameryki, musiała się w mediach tłumaczyć z niechęci do gotowania domowych obiadów i – w ramach ratowania wizerunku – dzielić się z publicznością przepisami na domowe wypieki.
Od tamtej pory za aktualną (choć wciąż nieoficjalną) kandydatką Demokratów ciągnie się opinia kobiety chorobliwie ambitnej. Wiecznej prymuski, która wprawdzie idealnie przystosowała się do funkcjonowania w świecie opartym na męskich zasadach, ale za cenę utraty kobiecości. Media bardziej koncentrowały się na kroju jej marynarek (fakt, że typowo męskim) i kształcie okularów (zbyt surowym), niż na kolejnych inicjatywach ustawodawczych w dziedzinie ochrony zdrowia, prawa pracy, zapobiegania nierównościom ekonomicznym i przemocy domowej. Zdeklarowana feministka zbierała zaś publiczne cięgi nie za wypowiedzi o „szklanym suficie” i forsowanie idei równości, ale za „stalowy” głos i zimne spojrzenie, za rozbudowane „ego”, za oczywiste ambicje, za stanowczość w przeprowadzaniu kolejnych projektów i za agresywne forsowanie swoich przekonań w Kongresie, a potem na stanowisku Sekretarza Stanu. Bo to przecież takie niekobiece…
Model rodziny pielęgnowany przez środowiska konserwatywne jest już wprawdzie mało aktualny w codziennej praktyce, i to od co najmniej półwiecza, ale deklaracja Hillary na temat ciasteczek posłużyła też przeciwnikom kandydatki do skonfliktowania Clintonów z elektoratem kobiecym.
Bo jednak połowa amerykańskich kobiet rzeczywiście „siedzi w domu”. I to właśnie im sprzedano niefortunną wypowiedź Hillary jako dowód na lekceważenie, a kto wie, czy i nawet nie pogardę elit dla trudu Matki Amerykanki, która woli dbać o dom i dzieci zamiast wyrywać się z niego do pracy.
I kobiety to kupiły. W trakcie prawyborów w 2008, w których Demokraci ostatecznie poparli Baracka Obamę przeciwko Hillary, szanse byłej Pierwszej Damy na nominację pogrzebały właśnie kobiety. Nawet niektóre jej koleżanki z Kongresu głosowały wtedy za Obamą. Powód? Wizerunek medialny kandydatki jako zimnej prymuski, zawziętej i zdolnej do poświęcenia dla swoich chorych ambicji wszystkich innych wartości, z rodziną na czele.
W pierwszej rundzie zmagań o Biały Dom, Hillary przegrała w ten sposób z Cookie Monster.
Ale teraz będzie inaczej, czego dowodzi już sam początek aktualnej kampanii. Bo kandydatka przemawia do „zwyczajnych Amerykanów” językiem, który rozumieją najlepiej, stawiając na rodzinę (cokolwiek to znaczy, bo rzecz dotyczy także par jednopłciowych, jak to u Demokratów). Sztab odrobił lekcję. Bo choć z inicjatywy Hillary uchwalono dotąd szereg ustaw chroniących rodzinę, samej byłej senator nikt szczególnie nie kojarzył dotąd w kontekstach prorodzinnych. „Ocieplono” także wizerunek kandydatki, odbierając jej po kolei nazwisko panieńskie (dotąd występowała publicznie jako Hillary Rodham Clinton), męskie marynarki, druciane okulary oraz spodnie. I teraz była Pierwsza Dama wygląda jak dobrze utrzymana, aktywna i elegancka przedstawicielka pokolenia baby boomers, do którego skądinąd należy. Przypomina jedną ze wciąż aktywnych zawodowo i życiowo „nowych babć”, dla których siedemdziesiątka to nowa czterdziestka. No, najdalej pięćdziesiątka. Cookie Monster został w ten sposób zapędzony do ciemnego kąta, co znacznie poszerzyło potencjalny elektorat byłej Pierwszej Damy.
Teraz oprócz tradycyjnych wyborców Demokratów będzie też mogła liczyć na młode matki bez zasiłków i urlopów macierzyńskich (choć ma na sumieniu niekorzystną reformę systemu pomocy społecznej), oraz na słabo zarabiające przedstawicielki amerykańskiej working class (chociaż głosowała za ograniczeniem praw związków zawodowych) . No i na swoje rówieśniczki.
Bowiem najstarsze roczniki Amerykanów do tej pory zwykle głosowały na Republikanów. Teraz jednak panie w wieku emerytalnym deklarują, że jeśli wystartuje, to ją poprą, bo boomersi we wszystkim chcą być pierwsi. Więc dlaczego nie mieliby być pierwsi także i w wyborze pierwszej kobiety na prezydenta USA?
Więc o ile nie zdarzy się jakaś nieprzewidziana katastrofa, a zdarzyć się może, bo do wyborów zostało jeszcze półtora roku, Hillary Clinton dopnie swego i zasiądzie w Białym Domu za najważniejszym biurkiem.
Inna sprawa, że wielu Amerykanów jest przekonanych, że tak naprawdę, to już tam siedziała, i to przez dwie kadencje. Jest nawet taki dowcip, jak Bill i Hillary zatrzymują się na stacji benzynowej w Arkansas, której właścicielem okazuje się były chłopak pani Clinton. Na co Bill: – „Kochanie, gdybyś z nim została, byłabyś teraz żoną właściciela stacji benzynowej”. A Hillary odpowiada: – „Mylisz się kotku. Gdybym z nim została, to on byłby teraz prezydentem Stanów Zjednoczonych”.
I niezależnie od aktualnego wizerunku kandydatki Clinton, większość Amerykanów po cichu uważa, że coś tu jest na rzeczy…
W tej sytuacji nic nie powinno przeszkodzić Billowi Clintonowi w powrocie do Białego Domu w charakterze Pierwszego Dżentelmena (w tym wypadku tytularnie jednak – prezydenta). Bo jest jeszcze coś, o czym nie piszą amerykańskie gazety. Otóż początek kampanii sugeruje, że Hillary nareszcie pokonała swojego największego Potwora, i nie chodzi tu o Jeba Busha ani nawet nie o Partię Republikańską, samą w sobie.
W przypadku byłej Pierwszej Damy chodzi o Potwora Ciasteczkowego, bardziej znanego jako Cookie Monster.
Co to za jeden? Otóż każde dziecko wychowane na „Ulicy Sezamkowej” – a w Stanach wszystkie dzieci od kilku dekad wychowuje Ulica – wie, że to dziki stwór pokryty futrem koloru indygo, który w najmniej stosownych momentach pojawia się w centrum wydarzeń, robiąc wiele zamieszania i niezależnie od okoliczności wykrzykując tylko jedno słowo: „Cookies!”.
Co ma Ciasteczkowy Potwór do byłej Pierwszej Damy i Sekretarz Stanu USA? Otóż za każdym razem, kiedy zostanie przywołany, narzuca jej temat debaty. Bez względu na to, w jakim charakterze występuje w mediach była Sekretarz Stanu, z pojawieniem się Potwora uwaga wszystkich koncentruje się – na dłuższą chwilę – na ciasteczkach właśnie. I w tym cały kłopot.
Tym bardziej, że odniesione do osoby Hillary Clinton stały się one symbolem wszystkich tradycyjnie szanowanych w Stanach wartości, których ona sama rzekomo nie uosabia. I mało, że nie uosabia. Ona te wartości dyskredytuje samą swoją obecnością. Ba – stanowi dla nich zagrożenie bez mała śmiertelne, godząc przy tym w najcenniejsze dobro Ameryki – dobro rodziny! Przez te nieszczęsne ciasteczka w narracji Partii Republikańskiej i sprzyjających jej mediów Hillary Clinton urosła w ostatnich dekadach do rangi demonicznego symbolu antykobiecości.
Jak do tego doszło? Cóż – sama przyznała, że żadnych ciasteczek nie piecze!
Problem kandydatki na prezydenta z ciastkarstwem datuje się od 1992 roku, od kampanii jej małżonka, Billa Clintona. To wtedy wypłynęła kwestia „cookies”. Przyszła Pierwsza Dama zapytana, czy zamierza kontynuować swoją karierę prawniczą po ewentualnej wygranej Billa, wypaliła w obecności reporterów, że „mogłaby wprawdzie siedzieć w domu i wypiekać ciasteczka”, ale nawet jako lokatorka Białego Domu nie zamierza rezygnować ze swoich osobistych ambicji i planów zawodowych.
Tymczasem co symbolizują dla Amerykanów te nieszczęsne cookies? Otóż mniej więcej to samo, co domowy obiad nad Wisłą. Ponieważ z różnych powodów (długo by o nich pisać, swoją drogą) w amerykańskich domach domowych obiadów nie gotuje się od dawna, do rangi symbolu „ogniska domowego” (które podtrzymuje matka przy dzieciach, podczas gdy ojciec zarabia na rodzinę), urosły ciastka owsiane według rodzinnego przepisu.
To nic, że już w latach pięćdziesiątych w Stanach zdecydowana większość kobiet pracowała zarobkowo. To nic, że w tej chwili liczba wykształconych pań przewyższa liczbę panów z dyplomami wyższych uczelni. I to nic, że rośnie (choć powoli) ilość kobiet na wysokich stanowiskach w biznesie i polityce. Wszyscy doskonale wiedzą też, choćby z seriali takich, jak emitowane także w Polsce „Gotowe na wszystko”, że niepracujące zawodowo matki z klasy średniej wyręczają w pracach domowych wynajęte niańki i gosposie, a „domowe ciasteczka” już od dawna mają postać mrożonego gotowca z kartonu, więc wypiekanie sprowadza się do ułożenia gotowego ciasta na blasze i wsunięcia do piecyka.
Tego wszystkiego nie wypada jednak mówić publicznie. Bo jeśli powie się głośno to, co wszyscy i tak wiedzą, to środowiska konserwatywne zrobią z takiej osoby zimną feministkę, występującą przeciwko naturalnemu porządkowi rzeczy i amerykańskiej rodzinie.
Toteż rzucona niedbale uwaga Hillary na temat ciastek wystarczyła politycznym przeciwnikom Demokratów, by zbudować na niej całą negatywną kampanię wyborczą. Obojgu Clintonom zarzucono na tej podstawie dążenie do obalenia tradycji i zamach na rodzinę. A przychylne Republikanom media zrobiły resztę.
Kampanię zdominowały talenty kulinarne Hillary, która zamiast dyskutować o niezałatwionych problemach społecznych Ameryki, musiała się w mediach tłumaczyć z niechęci do gotowania domowych obiadów i – w ramach ratowania wizerunku – dzielić się z publicznością przepisami na domowe wypieki.
Od tamtej pory za aktualną (choć wciąż nieoficjalną) kandydatką Demokratów ciągnie się opinia kobiety chorobliwie ambitnej. Wiecznej prymuski, która wprawdzie idealnie przystosowała się do funkcjonowania w świecie opartym na męskich zasadach, ale za cenę utraty kobiecości. Media bardziej koncentrowały się na kroju jej marynarek (fakt, że typowo męskim) i kształcie okularów (zbyt surowym), niż na kolejnych inicjatywach ustawodawczych w dziedzinie ochrony zdrowia, prawa pracy, zapobiegania nierównościom ekonomicznym i przemocy domowej. Zdeklarowana feministka zbierała zaś publiczne cięgi nie za wypowiedzi o „szklanym suficie” i forsowanie idei równości, ale za „stalowy” głos i zimne spojrzenie, za rozbudowane „ego”, za oczywiste ambicje, za stanowczość w przeprowadzaniu kolejnych projektów i za agresywne forsowanie swoich przekonań w Kongresie, a potem na stanowisku Sekretarza Stanu. Bo to przecież takie niekobiece…
Model rodziny pielęgnowany przez środowiska konserwatywne jest już wprawdzie mało aktualny w codziennej praktyce, i to od co najmniej półwiecza, ale deklaracja Hillary na temat ciasteczek posłużyła też przeciwnikom kandydatki do skonfliktowania Clintonów z elektoratem kobiecym.
Bo jednak połowa amerykańskich kobiet rzeczywiście „siedzi w domu”. I to właśnie im sprzedano niefortunną wypowiedź Hillary jako dowód na lekceważenie, a kto wie, czy i nawet nie pogardę elit dla trudu Matki Amerykanki, która woli dbać o dom i dzieci zamiast wyrywać się z niego do pracy.
I kobiety to kupiły. W trakcie prawyborów w 2008, w których Demokraci ostatecznie poparli Baracka Obamę przeciwko Hillary, szanse byłej Pierwszej Damy na nominację pogrzebały właśnie kobiety. Nawet niektóre jej koleżanki z Kongresu głosowały wtedy za Obamą. Powód? Wizerunek medialny kandydatki jako zimnej prymuski, zawziętej i zdolnej do poświęcenia dla swoich chorych ambicji wszystkich innych wartości, z rodziną na czele.
W pierwszej rundzie zmagań o Biały Dom, Hillary przegrała w ten sposób z Cookie Monster.
Ale teraz będzie inaczej, czego dowodzi już sam początek aktualnej kampanii. Bo kandydatka przemawia do „zwyczajnych Amerykanów” językiem, który rozumieją najlepiej, stawiając na rodzinę (cokolwiek to znaczy, bo rzecz dotyczy także par jednopłciowych, jak to u Demokratów). Sztab odrobił lekcję. Bo choć z inicjatywy Hillary uchwalono dotąd szereg ustaw chroniących rodzinę, samej byłej senator nikt szczególnie nie kojarzył dotąd w kontekstach prorodzinnych. „Ocieplono” także wizerunek kandydatki, odbierając jej po kolei nazwisko panieńskie (dotąd występowała publicznie jako Hillary Rodham Clinton), męskie marynarki, druciane okulary oraz spodnie. I teraz była Pierwsza Dama wygląda jak dobrze utrzymana, aktywna i elegancka przedstawicielka pokolenia baby boomers, do którego skądinąd należy. Przypomina jedną ze wciąż aktywnych zawodowo i życiowo „nowych babć”, dla których siedemdziesiątka to nowa czterdziestka. No, najdalej pięćdziesiątka. Cookie Monster został w ten sposób zapędzony do ciemnego kąta, co znacznie poszerzyło potencjalny elektorat byłej Pierwszej Damy.
Teraz oprócz tradycyjnych wyborców Demokratów będzie też mogła liczyć na młode matki bez zasiłków i urlopów macierzyńskich (choć ma na sumieniu niekorzystną reformę systemu pomocy społecznej), oraz na słabo zarabiające przedstawicielki amerykańskiej working class (chociaż głosowała za ograniczeniem praw związków zawodowych) . No i na swoje rówieśniczki.
Bowiem najstarsze roczniki Amerykanów do tej pory zwykle głosowały na Republikanów. Teraz jednak panie w wieku emerytalnym deklarują, że jeśli wystartuje, to ją poprą, bo boomersi we wszystkim chcą być pierwsi. Więc dlaczego nie mieliby być pierwsi także i w wyborze pierwszej kobiety na prezydenta USA?
Więc o ile nie zdarzy się jakaś nieprzewidziana katastrofa, a zdarzyć się może, bo do wyborów zostało jeszcze półtora roku, Hillary Clinton dopnie swego i zasiądzie w Białym Domu za najważniejszym biurkiem.
Inna sprawa, że wielu Amerykanów jest przekonanych, że tak naprawdę, to już tam siedziała, i to przez dwie kadencje. Jest nawet taki dowcip, jak Bill i Hillary zatrzymują się na stacji benzynowej w Arkansas, której właścicielem okazuje się były chłopak pani Clinton. Na co Bill: – „Kochanie, gdybyś z nim została, byłabyś teraz żoną właściciela stacji benzynowej”. A Hillary odpowiada: – „Mylisz się kotku. Gdybym z nim została, to on byłby teraz prezydentem Stanów Zjednoczonych”.
I niezależnie od aktualnego wizerunku kandydatki Clinton, większość Amerykanów po cichu uważa, że coś tu jest na rzeczy…
