W Ameryce nowego polskiego prezydenta mamy już od soboty i jest nim… Andrzej Duda!

REKLAMA
Doktor Duda będzie rządził Polonią już po pierwszej turze, choćby dlatego, że drugiej już w Stanach nie będzie. Ale to szczegół techniczny, bowiem – niezależnie od uzyskanych w wyborach 65 procent poparcia – rząd dusz prezydent elekt sprawuje tutaj już od dnia, kiedy został nominowany przez Prezesa Kaczyńskiego. Sam Prezes jest bowiem „na Polonii” niekoronowanym królem, choć postulat odnowienia monarchii nad Wisłą ma w programie nie PiS, lecz – zdaje się – Korwiniści.
Polonia już tak ma, że zawsze głosuje na prawicę. Im bardziej skrajną – tym tłumniej. To nie jest kwestia kandydata. To nie jest kwestia programu. To nie jest kwestia argumentów. „Bo tutaj jest, jak jest. Po prostu”…
Chociaż tym razem nastąpiło jednak niewielkie odstępstwo od tej odwiecznej reguły, ponieważ w Chicago, gdzie zresztą głosowało najwięcej rodaków, drugie miejsce w rankingu zajął kandydat „antysystemowy”, co w Ameryce z definicji oznacza „ podejrzany” – Paweł Kukiz. Inna sprawa, że zdobył tam raptem około 10 procent poparcia, czyli niecałe osiemset pięćdziesiąt głosów.
Urzędującego prezydenta pozostawiliby na zajmowanym dotąd stanowisku jedynie wyborcy z San Francisco i ze stolicy USA, Waszyngtonu, gdzie głosują głównie pracujący w Stanach naukowcy, dziennikarze i dyplomaci, z reguły popierający PO (bo oni – w przeciwieństwie do większość Polonusów z innych regionów Ameryki, zamierzają kiedyś wrócić do kraju?)
Podobnie jak nad Wisłą, także w Stanach frekwencja wyborcza tym razem nie dopisała, i w rezultacie kolejek pod konsulatami zdecydowanie nie było. Głosować wybrało się o niemal połowę mniej chętnych, niż przed pięciu laty.
Niemniej jednak, choć wyścigi do polskiej prezydentury nie wzbudziły szczególnego zainteresowania polonijnego elektoratu, w poniedziałkowy ranek napisały o nich wszystkie ważniejsze nowojorskie dzienniki. Nawet sam „The New York Times”! Oczywiście jedynie w zakładce „Europe”, ale zawsze.
Zwycięstwo Andrzeja Dudy zostało skomentowane przez NYT – za komunikatem Aassociated Press – jako „zaskakująco wysokie”, choć uznano je nie tyle za zapowiedź radykalnych zmian na polskiej scenie politycznej, co „ostrzeżenie” dla urzędującego prezydenta Bronisław Komorowskiego, którego czeka w ten sposób „ciężka kampania” o potencjalną reelekcję. Sam zaś zwycięzca pierwszej tury został określony jako kandydat „opozycji nacjonalistycznej” i zdefiniowany jako przeciwnik Unii Europejskiej (co chyba oznacza, że jego ostateczne zwycięstwo jest – zdaniem redakcji – mało prawdopodobne).
Triumf Dudy został uznany za wyraz rozczarowania wyborców dotychczasowymi rządami nie tyle samego prezydenta, co reprezentowanej przez niego „centrowej i probiznesowej” Platformy Obywatelskiej. To samo rozczarowanie przyniosło też ponad 20-procentowe poparcie „gwieździe rocka” – Pawłowi Kukizowi, którego antysystemowy program zdaniem redakcji koncentrował się głównie na krytyce rządu.
NYT – powołując się na opinię analityka, Antoniego Dudka – sugerował również, że wynik wyborów oznacza dla Bronisława Komorowskiego „gigantyczne tarapaty”, i że jeśli myśli o przetrwaniu na urzędzie musi się przygotować na morderczą walkę, tym bardziej, że jego dotychczasowa kampania była marna, co jeszcze przyczyniło się do spadku udzielanego mu wcześniej poparcia. Błędem sztabu urzędującego prezydenta było też – zdaniem NYT – niedocenianie innych kandydatów.
Tymczasem – jak zwróciła uwagę gazeta – Andrzej Duda okazał się wyjątkowo trudnym, dynamicznym przeciwnikiem, a jego kampania była prowadzono wzorowo, co w sytuacji przejęcia głosów oddanych na Pawła Kukiza może mu dać w drugiej turze wynik przekraczający 50 procent.
Komentarz trafnie definiuje też wyścig między kandydatami Dudą i Komorowskim, jako kolejne starcie dwóch głównych sił politycznych w Polsce i coś w rodzaju ostatniego testu przed ostatecznym starciem PiS i PO, jakim będą jesienne wybory parlamentarne. Dziennik zwraca także uwagę, że wynik pierwszej tury stanowi poważne ostrzeżenie dla całej rządzącej klasy politycznej, ponieważ, choć programy obu prawicowych partii co do podstawowych kwestii gospodarczych i kierunków polityki zagranicznej wydają się zbieżne, to jednak PiS, określany jako ugrupowanie znacznie bardziej konserwatywne od rządzącej Platformy, lepiej reprezentuje w tej chwili pilną potrzebę reform zmierzających do poprawy sytuacji w wielu dziedzinach życia gospodarczego i społecznego w Polsce. Wydaje się też być bardziej niż PO zdeterminowany w szybkim rozwiązaniu problemu młodzieży, przez wysokie bezrobocie i brak perspektyw zawodowych masowo wybierającej emigrację.
NYT pisze również, że o ile wynik wyborów pozostaje wciąż nierozstrzygnięty, to już teraz wiadomo, że największym przegranym została w nich polska lewica, która – sądząc z rezultatu Magdaleny Ogórek – już nad Wisłą nie istnieje.
I że chociaż – inaczej niż w Stanach – obowiązki prezydenta w Polsce polegają głównie na udziale w ceremoniach i obchodach (w taki oto elegancki sposób nowojorski dziennik określa to, co w kraju bez ogródek nazywa się „pilnowaniem żyrandola”), to jednak głowa państwa pozostaje zwierzchnikiem sił zbrojnych i posiada prawo wetowania ustaw parlamentu. Więc – w domyśle – jednak jest o co powalczyć.
NYT nie podejmuje natomiast wątku, który podkreślają inne amerykańskie dzienniki, upatrujące przyczyn wyborczej klęski Bronisława Komorowskiego w mnogości i „egzotyce” pozostałej dziesiątki kandydatów.
Na przykład „The Guardian” (w amerykańskim wydaniu) pisze o kontrkandydacie urzędującego prezydenta – Januszu Korwin-Mikkem, prezentując go jako MSP (czyli męską szowinistyczną nierogaciznę) oraz – bez mała – kłamcę oświęcimskiego (ponieważ usiłuje zdjąć z Hitlera odpowiedzialność za Holocaust, tłumacząc to samowolą podwładnych). A „The Wall Street Journal” – za Associated Press – czyni uwagę, że „arystokrata” Komorowski stanął w prezydenckie szranki z byłą gwiazdą rocka o nazwisku „Ciasteczka” (Kukiz brzmi dla amerykańskiego ucha jak cookies, czyli ciasteczka właśnie), byłym producentem alkoholi wysokoprocentowych oraz blondynką w halce.
Większość dzienników powtarza też – znów za Associated Press – że główni kandydaci do drugiej tury reprezentują partie prawicowe, których programy są – w gruncie rzeczy – podobne, przynajmniej w zakresie problemów podlegających prezydenckiej kompetencji, a więc głównie tych dotyczących polityki zagranicznej (zwłaszcza konfliktu na Ukrainie)
Tak, czy inaczej, wybory w Polsce jednak zainteresowały poważnych amerykańskich komentatorów. To po pierwsze. Po drugie –doniesienia mediów odnoszące się do aktualnych wyników tychże wyborów dowodzą , że amerykańscy komentatorzy mają niezłe rozeznanie, co do sytuacji w Polsce. Czasami wręcz lepsze (bo bardziej obiektywne?) niż niektórzy nadwiślańscy publicyści.
A po trzecie… Amerykanie też wybrali „swojego” prezydenta RP, choć trzeba przyznać, że były to wybory niereprezentatywne. Inaczej niż w przypadku głosującej Polonii, nie wygrał ich też Andrzej Duda.
Prezydenckiemu wyścigowi nad Wisłą mocno kibicowała otóż amerykańska prasa z sektora „dla panów”, na czele z wyjątkowo tutaj popularnym i opiniotwórczym magazynem „GQ”. I to jego czytelnicy polskim prezydentem„na Amerykę” obwołali („głosując oczami”) kandydatkę Magdalenę Ogórek.