Temat emigracji budzi w Polsce wielkie emocje co najmniej do czasów Wielkiej Emigracji, więc nic dziwnego, że niedawna wypowiedź Anny Komorowskiej w tej kwestii poruszyła liczne grono polityków i wywołała burzliwą dyskusję w Internecie. Tym bardziej, że dwa miliony obywateli, których ubyło w ostatnich latach z list wyborczych, to morderczy argument w rękach krytyków aktualnego rządu.

REKLAMA
Ale jest na świecie kraj, fakt, że znacznie od Polski większy, ale też o wiele bogatszy, który na stałe opuściło około 10 milionów obywateli, a rok w rok wyjeżdża (na dłużej niż kilka miesięcy) aż trzy miliony mieszkańców, nie licząc tych w delegacjach służbowych i na placówkach dyplomatycznych. Następne półtora miliona już poczyniło pierwsze kroki, żeby zamieszkać na przynajmniej kilka lat za granicą, a kolejne dwa właśnie się do tego szykuje. Następne zaś 7, 7 miliona „poważnie się nad taką opcją zastanawia”. Przy czym większość z tych aktualnych i potencjalnych emigrantów to nie żadni tam rentierzy i bogaci emeryci, ale „ młodzi, wykształceni, z wielkich miast”, między 25 a 34 rokiem życia.
Te dane pochodzą z badania przeprowadzonego w latach 2005-2007 na zlecenie New Global Initiatives, ale wielkości przytaczane w raporcie potwierdzają także aktualne statystyki,prowadzone na bieżąco przez The Association of American Residents Overseas. Tak jest – Americans, bo te liczby dotyczą… Stanów Zjednoczonych.
Rzadko się o tym wprawdzie mówi i pisze, ale Ameryka to nie tylko Kraj Imigrantów. Co roku opuszcza ją, na kilka miesięcy lub na resztę życia, więcej obywateli, niż Polskę w ciągu dekady.
Oczywiście dwa miliony nad Wisłą oznaczają zupełnie co innego, niż dwa miliony między Hudsonem i Potomakiem, Tym bardziej, że na miejsce wyjeżdżających w USA zaraz pojawia się tłum świeżych imigrantów. Niemniej jednak pojęcie i zjawisko emigracji nie jest obce nawet Stanom Zjednoczonym, tyle tylko, że za oceanem, inaczej niż w Polsce, wydaje się ono nie stanowić większego problemu ani w wymiarze społecznym ani – tym mniej – politycznym. Świadczy o tym choćby fakt, że rządowa instytucja zajmująca się zbieraniem podobnych danych – The Office of Immigratuion Statistics (przy Department of Homeland Security) – nie ma obowiązku rejestrowania wyjeżdżających, więc nie dysponuje żadną wiedzą na temat wielkości amerykańskiej emigracji.
Czemu? Głównie dlatego, że „oficjalnym czynnikom” nic do tego, gdzie życzy sobie mieszkać i żyć obywatel Ameryki. To jego prywatna sprawa. I tyle „w tym temacie”.
Oczywiście, zjawisko dobrowolnego porzucania Amerykańskiego Raju zauważa i odnotowuje socjologia. Piszą o tym, często i z niejakim zaniepokojeniem, amerykańscy publicyści. Już ponad dekadę temu tematowi przyjrzał się opiniotwórczy magazyn „US News”, publikując wyczerpujący materiał o amerykańskiej emigracji. Powstało też kilka głośnych książek analizujących zjawisko ekspatriacji, bo w Stanach na emigranta mówi się „ expat”, czyli „opuszczający ojczyznę”. Jedną z najbardziej istotnych jest w tym zakresie praca Johna R. Wennerstena – „Leaving America: The New Expatriate Generation”. Inną szeroko dyskutowaną publikacją była wydana jeszcze w poprzedniej dekadzie książka „Bad Money” Kevina Phillipsa.
Z tych i jeszcze innych publikacji dotyczących zjawiska ekspatriacji wynika, że…trudno powiedzieć, dlaczego Amerykanie opuszczają rodzinne strony by zamieszkać gdzieś na antypodach. Ale wśród najczęściej wymienianych motywów ekonomia miesza się z polityką społeczną, choć nie brakuje także przyczyn bardziej – by tak to ująć – osobistych. Takich, jak chęć poznania świata, rozwoju, poszukiwania nowych doświadczeń czy „rozpoczęcia wszystkiego na nowo”.
Wyjeżdżają specjaliści, żyjąc tam, gdzie poślą ich wielkie korporacje. Wyjeżdżają – za pracą, ale też w poszukiwaniu nowych wrażeń, inspiracji i wyzwań – artyści. Wyjeżdżają naukowcy na kontrakty i studenci po naukę, bo choć amerykańskie szkoły wyższe nie bez racji uchodzą za najlepsze na świecie, to są to również szkoły na świecie najdroższe. A tak po prawdzie, to uczelni na światowym poziomie jest zaledwie garstka w porównaniu z tysiącami wyższych szkół tego i owego, za które też trzeba płacić, jak za zboże. W tej sytuacji studiowanie za granicą wypada znacznie taniej, z czego korzysta coraz liczniejsza grupa młodzieży.
Wyjeżdżają też młodsi i starsi idealiści, zasilając szeregi wolontariatu (to z nich rekrutuje się globalna armia nauczycieli angielskiego) lub poszukując – gdzieś w Azji – „własnej tożsamości”. W tym gronie zdarzają się też nieliczni „emigranci polityczni” ,którzy opuszczają kraj w proteście przeciw aktualnej ekipie rządzącej. Snowden bynajmniej nie jest jedyny, choć akurat o nim z wiadomych powodów było ostatnio najgłośniej.
Młodzi Amerykanie wyjeżdżają też z kraju „za chlebem”, choć w tym przypadku należałoby raczej napisać „za miską krewetek”. Jak syn moich znajomych, doktor historii po CUNY, który najpierw dostał stypendium w Niemczech, by później (już z rodziną, którą założył w Europie) wyjechać do Arabii Saudyjskiej, gdzie oboje z żoną za bajeczne pensje uczą Saudyjczyków angielskiego. Podobne historie powtarzają się w co którejś tam amerykańskiej rodzinie. Kiedyś może w co tysięcznej, Teraz już w co setnej.
Sporą i wciąż rosnącą grupę amerykańskich ekspatów stanowią też emeryci, których kurczące się świadczenia zmuszają do szukania alternatyw dla Florydy W przypadku seniorów jest to rzeczywiście emigracja z ekonomicznej konieczności, a ów trend ma tendencję wzrostową, choć i tak jest zresztą skromniejszy, niż wskazywałaby logika rachunku ekonomicznego. Na przeszkodzie w przekształceniu się tej tendencji w zjawisko bardziej niż dotąd masowe, stoją zaś ubezpieczenia zdrowotne. O ile bowiem emerytura to prawo nabyte, przysługujące niezależnie od miejsca zamieszkania, o tyle Medicare – program zapewniający wszystkim amerykańskim seniorom bezpłatne leczenie – obowiązuje tylko na terenie USA, co dla starszych obywateli, zwykle cierpiących już na jakieś schorzenia chroniczne, oznacza niejaką komplikację. To się jednak zmieni, i to zapewne wkrótce, bo politycy już zauważyli, że „eksport” pacjentów za granicę, gdzie koszty są znacznie niże, niż na miejscu, pozwoli Medicare zaoszczędzić znaczne kwoty. Więc wzrost fali emeryckiej emigracji to tylko kwestia niedługiego czasu.
Na razie jednak w grupie ekspatów-emerytów przeważają „dwupaszportowcy” z Meksyku i innych krajów Ameryki Łacińskiej, choć na stare lata wielu naturalizowanych Amerykanów wraca też do Polski.
Fala amerykańskiej emigracji to się wznosi, to znów opada, ale tendencja wydaje się stała, bo – jak już była o tym mowa wyżej— tak czy inaczej każdego roku kraj opuszcza jakieś trzy miliony obywateli, choć na tle pozostałych 320 milionów mieszkańców ten ubytek nie robi aż takiego wrażenia, jak dwa miliony, których w ostatniej dekadzie zabrakło w Polsce.
Niemniej – ludzie wyjeżdżają, także z Ameryki. Jadą w świat z różnych powodów, ale głównie dlatego, że … jest. I że pojawiły się po temu odpowiednie możliwości. Ta zasada dotyczy zapewne także Polski, bo czemu miałaby nie dotyczyć. Polska to w przecież normalny kraj europejski.
W tym, co tutaj piszę, nie chodzi o usprawiedliwianie polityków, którzy robią niewiele żeby poprawić sytuację ekonomiczną w kraju i dać ludziom więcej szans na poprawę warunków życia, oczywiście w granicach aktualnych możliwości. Te jednak – patrząc na sprawę obiektywnie – są raczej niewielkie, bo bezrobocie wśród starych i młodych, podobnie jak zamknięte drogi awansu zawodowego oraz brak perspektyw – to problem nie tylko Polski, ale też Hiszpanii, Włoch, Grecji, Korei Południowej, Wenezueli, a nawet Stanów Zjednoczonych. Dla Polaków pokusa szybkiego awansu jest zaś tym łatwiejsza, że sąsiedzi wokół są znacznie bogatsi od nas, także w zakresie przywilejów socjalnych, pracy jest tam więcej, a prawo unijne pozwoliło na swobodny wybór miejsca zamieszkania w granicach Europy. Na to nic nie poradzą politycy żadnej opcji. Żeby realnie zatrzymać tę falę , trzeba by chyba – jak za komuny – odebrać ludziom paszporty i zamknąć granice.
Fakt, że dwa miliony nieobecnych, do tego zwykle młodych, zdolnych, ambitnych i najbardziej przebojowych, którzy wyjechali z kraju, to wielka strata. Tym bardziej, że kolejni już pakują walizki.
Jeśli jednak odłożyć na chwilę przedwyborcze emocje i pominąć bolesną okoliczność, że najnowsza fala polskiej emigracji wezbrała z przyczyn ekonomicznych (a tak jest w istocie, na co wskazują wszystkie badania), wówczas opinia prezydentowej, że wyjazd to niekoniecznie dramat i nieszczęście, ale też szansa na rozwój i życie na miarę marzeń i oczekiwań, może się okazać słuszna. Tak jest na świecie. Tak jest w Ameryce.
A że ludzie wyjeżdżają akurat teraz? Cóż, wcześniej po prostu nie mogli? Teraz zaś znów stali się – dzięki Unii – „obywatelami świata” i mogą żyć tam, gdzie się pragną, a nie tam, gdzie muszą. To wielka wartość, ważniejsza niż doraźne kalkulacje polityczne, bo jeszcze całkiem niedawno podróż znad Wisły za ocean, poprzedzona pokornym aplikowaniem o paszport, a potem o wizę, była zwykle podróżą „w jedną stronę”.
Rozumiem oburzenie po słowach Anny Komorowskiej, bo większość rodaków teraz pracujących gdzieś w Europie „ na zmywaku” (choć przecież nie tylko) wyjechała głównie z powodu braku pracy lub perspektyw, a więc nie tyle z wyboru, co przymuszona przez okoliczności. Rozumiem, co nie znaczy, że mnie ta argumentacja tak do końca przekonuje.
Bo co innego wyjeżdżać po otrzymaniu propozycji nie do odrzucenia, jak działacze pierwszej „Solidarności”, a całkiem czym innym jest wyjazd motywowany pragnieniem poprawy warunków życia, mimo wszystko dalekich teraz w Polsce od „galicyjskiej nędzy”, która wyganiała setki tysięcy Polaków za ocean za Drugiej Rzeczpospolitej.
Powie ktoś, że te wyjazdy to też pod przymusem, bo brak pracy. I to jest prawda. Podobnie, jak brak perspektyw. Niemniej jednak, mimo wszystko, warto docenić wartość płynące z doświadczenia emigracji i pozwolić ludziom spróbować życia gdzie indziej, nie obciążając ich sumienia poczuciem wielkiej narodowej winy. I tak pojadą w ten świat. Bo jest.