Po wyrazach współczucia z Europy, do wyborców i polityków Platformy właśnie napłynęły kondolencje zza oceanu. W dzień po wyborach w Polsce, z elektoratem prezydenta Komorowskiego połączyły się w bólu The Wall Street Journal, The New York Times i inne wpływowe amerykańskie dzienniki.

REKLAMA
Z niepokojem pochyliła się też nad przyszłością Polaków, ale już głównie w kontekście Unii i polityki zagranicznej, stacja telewizyjna ABC, przypominając o „organicznym” eurosceptycyzmie macierzystej partii prezydenta elekta.
Zagranicznym mediom nic jednak do „demokracji suwerennej”, która od ub. niedzieli zaczęła się (podobno?) nad Wisłą. A poza tym Amerykanie, jak tylko wyrazili zdawkowe ubolewanie z powodu wyniku wyborów w Polsce, to zaraz wrócili do własnych. Bo już za kilkanaście miesięcy też będą przecież wybierali prezydenta, i to jest coś, co ich– generalnie – obchodzi zdecydowanie bardziej, niż wielka bitwa o żyrandol w Belwederze.
Z nowego polskiego prezydenta cieszy się natomiast amerykańska Polonia, która – jak już o tym pisałam przy okazji pierwszej tury, „swojego” prezydenta wybrała rodakom już w pierwszym głosowaniu, więc drugie było – w zasadzie – tylko formalnością. W Stanach kandydat PiS-u wygrał niemal trzy razy wyżej, niż w kraju.
I to jest swoisty fenomen społeczny, którego wyjaśnienie wciąż czeka na swojego socjologa, czy też raczej psychologa społecznego. Z jakichś bowiem, wymykających się dotąd naukowym analizom powodów, Polacy z Chicago i Nowego Jorku w głosowaniach dotyczących Pierwszej Ojczyzny konsekwentnie stawiają na kandydatów i programy, których w żadnym wypadku nie poparliby u siebie, za oceanem.
Czemu by nie poparli? Najprawdopodobniej dlatego, że to w Ameryce teraz żyją i raczej już tu zostaną. Tu prowadzą biznesy, kupują domy i odnoszą sukcesy (a że odnoszą to pewne, bo inaczej już dawno byliby z powrotem w Starym Kraju). Więc trudno wymagać, żeby głosowali wbrew swoim tutejszym żywotnym interesom.
Tak się więc składa, że w Stanach Polonia w swej przeważającej większości oddaje swoje głosy na Partię Republikańską, czyli – w ogromnym uproszczeniu, oczywiście – taką większą od nadwiślańskiej, bogatszą, bardziej doświadczoną i przede wszystkim bardziej bezwzględną dla politycznych przeciwników wersję… Platformy Obywatelskiej.
Republikanie są bowiem – przy wszystkich subtelnych różnicach dzielących składające się na ich partię frakcje – formacją prawicową i konserwatywną (a raczej neokonserwatywną). Wyznającą dość radyklany liberalizm gospodarczy i skrajnie indywidualistyczną. Co to znaczy w praktyce?
Otóż, że każdy powinien liczyć na siebie, a najważniejszą wartością w życiu każdego obywatela jest wolność, za którą jednak idzie odpowiedzialność. Republikanie starają się więc – i robią to skutecznie – ograniczać rolę państwa w gospodarce i życiu codziennym do naprawdę niezbędnego minimum, ale w związku z tym chcą też ograniczenia jego (państwa, znaczy) obowiązków względem jednostki. Są więc z definicji przeciwni interwencjonizmowi państwowemu w gospodarkę (chyba, że chodzi akurat o przywileje dla wielkiego biznesu, ale to inna historia). Radykalnie sprzeciwiają się też wszelkim świadczeniom społecznym i ograniczaniu wolności gospodarczej poprzez prawo pracy.
Kto głosuje za Republikanami, jest więc za obniżaniem podatków i przeciw jakiejkolwiek ingerencji państwa w rynek, ale też przeciw dotowanym ubezpieczeniom zdrowotnym, dotacjom z budżetu na programy społeczne i w ogóle wszystkiemu co wiąże się z pojęciem polityki socjalnej.
Każdy ma zadbać sam o siebie, a jak mu nie wychodzi, to… cóż, ma problem.
Za czym więc opowiadają się Amerykanie, oddający swój głos na Republikanów? Ujmując rzecz we wielkim uproszczeniu – w gospodarce wybierają w ten sposób „wilczy” kapitalizm, a w relacjach społecznych – „darwinizm”. Republikanie konsekwentnie bronią bowiem wolnego rynku pracy (czyli śmieciówek). I – oczywiście – jak najniższych podatków, ponieważ – jak już była o tym mowa wyżej – podstawą programu Partii Republikańskiej jest redukcja państwa.
W praktyce przewaga tej partii w Kongresie za każdym razem oznacza wzrost rozwarstwienia materialnego społeczeństwa, nowe, kreatywne formy wyzysku ekonomicznego (w tym wszechobecne „śmieciówki”), utrudnianie działalności związków zawodowych i ograniczenia przywilejów pracowniczych.
W programie, czy też raczej koncepcji państwa według Republikanów mieszczą się „elastyczne formy zatrudnienia oraz eksmisja na bruk bez żadnych ograniczeń, a także – na przykład – bezwzględne licytowanie prywatnych dłużników z hipoteki, (podczas gdy banki w kłopotach zawsze mogą liczyć na wysokie pożyczki rządowe). Mieści się w niej także kreatywna księgowość, która pozbawiła miliony przeciętnie zarabiających funduszy