
W miniony weekend po raz pierwszy można było spojrzeć na Nowy Jork z wysokości setnego piętra najwyższego wieżowca Ameryki – Freedom Tower. W dniu otwarcia, 29 maja, w kolejce czekało 30 000 chętnych. Z materiału pokazanego w telewizji NBC wynikało, że większość z nic stanowili – o dziwo – nie turyści, przeważający na tarasach widokowych Top of the Rock i Empire State Building, ale „lokalsi”, zwykli nowojorczycy. Niektórzy – bo pora relacji była przedpołudniowa – nawet urwali się z pracy. Nie przyszli podziwiać widoków. Przyszli w imię pamięci.
REKLAMA
O ile bowiem przeciętni Amerykanie nie są szczególnie zainteresowani historią, pamięć o przeszłości jest dla nich ważna. Tyle tylko, że dają temu wyraz w sposób specyficzny. Ale o tym za chwilę.
Dla mieszkańców miasta, zwłaszcza tych, którzy już kiedyś patrzyli z tego miejsca na panoramę Manhattanu, otwarcie tarasu na Wieży Wolności to jeden z takich momentów historycznych, które mają dla nich wymiar osobisty.
W ten sposób zakończył się bowiem (choć wciąż jeszcze nie całkiem, o czym świadczą wciąż trwające prace przy budowie terminalu metra) proces odbudowy World Trade Center Plaza po ataku z 9/11. W miejscu, gdzie stały zwalone budynki WTC, już wcześniej powstało muzeum (National September 11 Memorial & Museum) otoczone parkiem, a w obrysach wież szumią dziś wodospady, obramowane taflami granitu, na których wypisano nazwiska 2753 ofiar.
Bo ten park nad szumiącymi kaskadami, wysadzony młodymi dębami (white oaks), pod którymi stoją zwyczajne ławki i kwietniki, to także pomnik. W pewnym sensie pomnikiem, a może raczej symbolem wszystkiego, co pogrzebały gruzy WTC, jest zresztą również Freedom Tower. I właśnie dlatego zakończenie prac na Wieży Wolności było tak ważne dla miasta i jego mieszkańców.
Tak się złożyło, zapewne nie przypadkiem, że termin oddania tarasu widokowego na FT zbiegł się w czasie z ważnym amerykańskim świętem, które dotyczy pamięci właśnie – Memorial Day, wypadającym zawsze w ostatni poniedziałek maja.
Jest to – zasadniczo – dzień poświęcony bohaterom poległym w obronie amerykańskiej wolności. Został ustanowiony po zakończeniu Wojny Secesyjnej, jako święto poległych na polach bitew tej najkrwawszej z amerykańskich wojen w ogóle, a później do żołnierzy walczących w armiach Południa i Północy dołączyli ci, co stracili życie na frontach obu wojen światowych, w Korei, Wietnamie, Afganistanie i Iraku. Dlatego obchody Memorial Day mają charakter państwowy, a polegają głównie na składaniu wieńców, wygłaszaniu przemówień, dekorowaniu zasłużonych i oddawaniu wojskowych honorów poległym.
Cywilom, Memorial Day kojarzy się zaś głównie z… rozpoczęciem sezonu grillowego. Od tego święta zaczyna się bowiem w Ameryce lato, a wraz z nim barbecue (czyli grillowanie) w przydomowych ogródkach, w parkach, przy plaży a nawet na asfaltowych parkingach przy wielkich blokowiskach. W Memorial Day amerykańskie elegantki wyjmują też z szaf białe buty. Bo w myśl tutejszych standardów wypada je nosić tylko latem.
Ten mariaż grilla, białych butów i wieńców na grobach narodowych bohaterów może dziwić, ale nie w Ameryce, gdzie nawet pamięć ma głównie wymiar, by tak rzec – praktyczny. Podobnie zresztą, jak pomniki.
Wracając do Memoriału 9/11, to całe to przedsięwzięcie od początku miało wymiar znacznie szerszy, niż tylko upamiętnienie kompleksu WTC i pogrzebanych w jego ruinach ofiar. Od przynajmniej stulecia w Ameryce nie stawia się bowiem pomników „pomników”, wznoszonych tylko po to, żeby stały i „upamiętniały”, choć ciągle powstaje ich mnóstwo. Teraz pewnie nawet więcej, niż jeszcze przed pół wiekiem.
W ciągu minionych kilku dekad w „pomnikologii stosowanej” zmieniły się jednak dwie rzeczy. Po pierwsze stało się ważne, żeby pomnik służył nie tylko przeszłości (wówczas z punktu widzenia szeregowego Amerykanina nie miałby sensu ani racji bytu), ale głównie przyszłości. I jeszcze żeby był – by tak rzec – użyteczny społecznie. W ten sposób w ciągu ostatnich dekad amerykańskie pomnik zeszły z piedestałów.
Po drugie zaś – znacznie poszerzyło się też – w tym czasie – grono pomnikowych inwestorów i krąg osób upamiętnianych publicznie. W ostatnich czasach bowiem pomniki się w Stanach bardzo zdemokratyzowały.
Oczywiście wciąż stawia się je dla upamiętnienia ważnych zdarzeń historycznych, takich – na przykład – jak atak na WTC. Buduje się je także wybitnym (cokolwiek to znaczy) przedstawicielom narodu. Z tym, że te oficjalne monumenty też przybierają teraz głównie formy parków lub innych inicjatyw użytecznych publicznie, które to podejście do kwestii pamięci ma w Ameryce bardzo długą tradycję. Bo w Stanach najwięcej pomników stawiają sami obywatele, z własnej inicjatywy. Wznoszą je sobie albo bliskim. Tylko, że zazwyczaj w niczym nie przypominają one tradycyjnych figur z brązu ustawionych na kamiennych piedestałach.
Wśród wyższej klasy średniej jest to zwyczaj na tyle powszechny, że dziś w większości nowojorskich szpitali, zwłaszcza tych prywatnych, nad niemal każdym gabinetem lub pracownią wisi plakietka, informująca, że sprzęt który stoi w środku został zakupiony z funduszy podarowanych przez taką to a taką osobę czy rodzinę. Podobne plakietki tuzinami wypełniają publiczne biblioteki, muzea i szkoły. Większość sal gimnastycznych, pracowni komputerowych a nawet całych pawilonów , zwłaszcza w szkołach prywatnych, ma swojego prywatnego sponsora, który w ten sposób stawia sobie „pomnik” , zostawiając coś po sobie potomności.
Przykład poszedł z góry. Tak właśnie – jako prywatny dar dla Nowego Jorku – powstała słynna sala koncertowa Carnegie Hall, nosząca nazwę po fundatorze, Andrew Carnegie. Także muzea Whitney i Guggenheim to takie właśnie pomniki darowane społeczeństwu, choć tak po prawdzie to wystawione głównie ku czci rodziny i bezpośredniego fundatora.
Najbardziej spektakularnym przykładem tego typu monumentu jest w Nowym Jorku Rockefeller Center. Ten „park narodowy wieżowców” , największą prywatną inwestycję tego typu na świecie (pomijając piramidy), ufundował miastu jeden człowiek – John D. Rockefeller. Choć na inwestycję zrzuciła się cała rodzina słynnych przedsiębiorców i bankierów.
Nie każdego stać na las wieżowców, ale w ślady Rockefellerów, Vanderbiltów i Carnegiech coraz częściej idą w naszych czasach zwyczajni Smithowie. Większości z nich nie stać na darowanie miastu nawet skromnej sali gimnastycznej czy wyposażenia szpitalnego gabinetu, więc najpopularniejszym z nowojorskich pomników jest w tej chwili… ławeczka.
Tak jest, zwyczajna ławka w parku. Albo ustawiona na chodniku.
Najbardziej spektakularnym przykładem tego typu monumentu jest w Nowym Jorku Rockefeller Center. Ten „park narodowy wieżowców” , największą prywatną inwestycję tego typu na świecie (pomijając piramidy), ufundował miastu jeden człowiek – John D. Rockefeller. Choć na inwestycję zrzuciła się cała rodzina słynnych przedsiębiorców i bankierów.
Nie każdego stać na las wieżowców, ale w ślady Rockefellerów, Vanderbiltów i Carnegiech coraz częściej idą w naszych czasach zwyczajni Smithowie. Większości z nich nie stać na darowanie miastu nawet skromnej sali gimnastycznej czy wyposażenia szpitalnego gabinetu, więc najpopularniejszym z nowojorskich pomników jest w tej chwili… ławeczka.
Tak jest, zwyczajna ławka w parku. Albo ustawiona na chodniku.
Najwięcej ławeczek-monumentów stoi w alejkach Parku Centralnego, choć właśnie tak najłatwiej je przeoczyć, tym bardziej, że wcale nie wyglądają na pomniki.
Wystarczy jednak spojrzeć na przytwierdzone do nich metalowe plakietki. Większość mówi o nowojorczykach, których już nie ma, a którzy – kiedy jeszcze byli – po prostu przychodzili tutaj, do Parku.
Wystarczy jednak spojrzeć na przytwierdzone do nich metalowe plakietki. Większość mówi o nowojorczykach, których już nie ma, a którzy – kiedy jeszcze byli – po prostu przychodzili tutaj, do Parku.
Na tych ławkach, ufundowanych ze skromnych funduszy dzieci, wnuków, przyjaciół lub znajomych adresata wspomnień, siadają teraz inni zwykli ludzie. A kto rzuci okiem na plakietkę, zwykle zamyśli się na chwilę…
Ławki stawia się zresztą nie tylko tym, którzy już odeszli. Niektóre upamiętniają ważne zdarzenia, bo oto w tym miejscu ktoś tam, kiedyś, wyznał komuś miłość.
Albo opijał egzamin. Lub żegnał przyjaciela, który wyjechał do Kalifornii, czyli jakby na drugi koniec świata.
Ławki stawia się zresztą nie tylko tym, którzy już odeszli. Niektóre upamiętniają ważne zdarzenia, bo oto w tym miejscu ktoś tam, kiedyś, wyznał komuś miłość.
Albo opijał egzamin. Lub żegnał przyjaciela, który wyjechał do Kalifornii, czyli jakby na drugi koniec świata.
Ławeczki w Centralnym mają dobrze wspominani nauczyciele, psy – wierni towarzysze spacerów po parkowych alejkach, kumple z klasy maturalnej, rocznik 1959…
W pomniki pamięci o zwyczajnych amerykańskich Kowalskich zmieniają się także drzewa (też mają swoje plakietki, a sponsorowanie polega na opłacaniu pielęgnacji konkretnego egzemplarza), a nawet …trawniki.
W pomniki pamięci o zwyczajnych amerykańskich Kowalskich zmieniają się także drzewa (też mają swoje plakietki, a sponsorowanie polega na opłacaniu pielęgnacji konkretnego egzemplarza), a nawet …trawniki.
W ramach kultywowania pamięci o bliskich można bowiem zaopiekować się skrawkiem miejskiej zieleni. Na przykład fragmentem nasypu przy autostradzie. Przy zjazdach z miejskich odcinków dróg szybkiego ruchu często widać więc niewielkie tabliczki. Informują one, że te konkretne trzy drzewka i cztery krzaczki zostały posadzone przez bliskich lub rodzinę jako pamiątka po jakimś amerykańskim Johnie albo Mary.
W opisie to może nie wygląda spektakularnie, ale takie ślady pamięci potrafią być naprawdę wzruszające.
W opisie to może nie wygląda spektakularnie, ale takie ślady pamięci potrafią być naprawdę wzruszające.
Czego natomiast raczej nie budują – w ramach wspomnień i wdzięczności – Amerykanie, to tradycyjnych, wystawnych pomników cmentarnych i takich „ ku czci”. Oczywiście są i takie, ale zwykle pochodzą sprzed co najmniej stulecia. Współczesne amerykańskie miejsca ostatniego spoczynku zamiast nagrobków znaczą proste tablice w poziomie trawnika, po którym służby porządkowe regularnie jeżdżą kosiarkami. Dlatego większość cmentarzy przypomina – i pełni funkcję – parków.
Wyjątkiem do tej reguły pozostaje chyba tylko Amerykańska Częstochowa, czyli polska nekropolia narodowa w Doylestown (PA). Polonia, też jako bodaj jedyna grupa etniczna w USA, trzyma się także zwyczaju budowania tradycyjnych monumentów dedykowanych wybitnym ludziom i zdarzeniom historycznym. Takich z figurą (najlepiej w dramatycznej pozie) na postumencie. Jednym z najnowszych dzieł tego rodzaju jest – na przykład – Pomnik Katyński (Katyń Memorial) w Jersey City, tuż nad Hudsonem. Przedstawiający – bo chyba nie ma wątpliwości, że porządny pomnik powinien przedstawiać wszystko akuratnie – polskiego oficera przebitego bagnetem. Ma się rozumieć – przebitego od tyłu. A wszystko na tle panoramy Dolnego Manhattanu. Zachowały się liczne zdjęcia Memoriału Katyńskiego z widokiem na Dwie Wieże. Teraz bohater z pomnika ma za plecami Freedom Tower (i pewnie widać go nawet z nowego tarasu na 102. piętrze).
Przy Katyń Memorial nie ma ani parku, ani nawet choćby marnej ławeczki. Na razie, ale to się pewnie wkrótce zmieni. A przynajmniej wypada mieć taką nadzieję.
