
„Dzisiaj stajemy tutaj i jasno i wyraźnie mówimy – dosyć! Ten wspaniały kraj i ten rząd należą do wszystkich, a nie do garstki miliarderów! (...) Potrzebujemy tutaj politycznej rewolucji i ja zamierzam stanąć na jej czele!” Kolejny kandydat na przywódcę „Oburzonych” – czy raczej „Wkurzonych” – między Odrą i Wisłą?
REKLAMA
Nie, tym razem to Bernard Sanders. Dla przyjaciół (i mediów) po prostu Bernie. Senator z USA i – od kwietnia – oficjalny kandydat w nadchodzących wyborach prezydenckich w Ameryce.
Na ekranie telewizora i w gazetowych zdjęciach Bernie Sanders wygląda jak… Sanders. Harald Sanders, twórca jednej z najsłynniejszych sieci fastfoodowych na świecie – Kentucky Fried Chicken (KFC). Od słynnego „ pułkownika” odróżnia go jedynie brak cylindra w barwach narodowych Ameryki, ale wszystko inne – siwizna, okulary w grubych, okrągłych oprawkach, jowialny głos i sposób bycia, jest podobne. Także produkt –polityczny fast populism dla mas.
Jak donoszą w tonie sensacji wszystkie liczące się amerykańskie media, konkurent Hillary Clinton w wyścigu po nominację Partii Demokratycznej w nadchodzącym głosowaniu może wyrządzić partyjnej koleżance tę samą krzywdę, którą uczynił jej osiem lat temu aktualny lokator Białego Domu – Barack Obama. Choć bowiem Sanders nie ma (na razie) pieniędzy na kampanię ani rozpoznawalności, na spotkania z nim już dziś ściągają tłumy.
Jak donoszą w tonie sensacji wszystkie liczące się amerykańskie media, konkurent Hillary Clinton w wyścigu po nominację Partii Demokratycznej w nadchodzącym głosowaniu może wyrządzić partyjnej koleżance tę samą krzywdę, którą uczynił jej osiem lat temu aktualny lokator Białego Domu – Barack Obama. Choć bowiem Sanders nie ma (na razie) pieniędzy na kampanię ani rozpoznawalności, na spotkania z nim już dziś ściągają tłumy.
Tymczasem, jak przypominają dziennikarze, w początkowej fazie wyborów z 2008 roku Barack też był zaledwie nieznanym nikomu politykiem z ostatnich rzędów, o którym nikt nie słyszał, choć już wtedy – jak teraz Bernie – wzbudzał ogromny entuzjazm wyborców z New Hampshire i Iowa, dzięki którym ostatecznie zdobył nominację.
W tym momencie trudno jednak oceniać szanse senatora z Vermontu (skądinąd rekordzisty w długości kadencji) na podstawie podobieństwa z prezydentem Obamą. Sanders ma bowiem ogromny problem wizerunkowy, przy którym nawet posiadanie czarnoskórego ojca w ciągle rasistowskiej Ameryce to – w zasadzie – żaden problem.
Bernie jest mianowicie zdeklarowanym socjalistą! Bycie zaś socjalistą w Stanach Zjednoczonych to nawet gorzej, niż w Polsce status feministki wychowującej dziecko z in vitro z konkubentem ateistą. Jednym słowem – najgorsze wizerunkowe nieszczęście.
Dlaczego statystyczni Amerykanie reagują na socjalizm jak diabeł na święconą wodę, tego – na dobrą sprawę – nie wiadomo. Zwłaszcza, że nigdy w swojej stosunkowo już długiej historii nawet nie otarli się o realny socjalizm, o komunizmie , to już w ogóle nie wspominając.
Awersja do socjalizmu, znanego za oceanem jedynie ze słyszenia jest – prawdopodobnie – pokłosiem maccartyzmu, którego nauczanie o komunistach trafiło w Stanach na żyzny grunt powszechnej ignorancji. Przeciętny obywatel USA nie ma pojęcia, że godząca – jego zdaniem – w moralność publiczną koncepcja „sprawiedliwości społecznej” nie narodziła się w Rosji radzieckiej. Zwyczajnemu Amerykaninowi nie mieści się też w głowie, że płatne chorobowe, urlop wypoczynkowy czy darmowe wykształcenie wyższe to nie są obliczone na osłabienie amerykańskiej dominacji w świecie pomysły sowieckich towarzyszy, ale instrumenty postępu społecznego i narzędzia podnoszenia jakości życia zwykłych obywateli.
Awersja do socjalizmu, znanego za oceanem jedynie ze słyszenia jest – prawdopodobnie – pokłosiem maccartyzmu, którego nauczanie o komunistach trafiło w Stanach na żyzny grunt powszechnej ignorancji. Przeciętny obywatel USA nie ma pojęcia, że godząca – jego zdaniem – w moralność publiczną koncepcja „sprawiedliwości społecznej” nie narodziła się w Rosji radzieckiej. Zwyczajnemu Amerykaninowi nie mieści się też w głowie, że płatne chorobowe, urlop wypoczynkowy czy darmowe wykształcenie wyższe to nie są obliczone na osłabienie amerykańskiej dominacji w świecie pomysły sowieckich towarzyszy, ale instrumenty postępu społecznego i narzędzia podnoszenia jakości życia zwykłych obywateli.
Dla szeregowego konsumenta popcornu „socjalistyczne” oznacza – z definicji – podejrzane. O ile nie całkiem złe. A już na pewno „ nieamerykańskie” w tym sensie, że godzące w podstawowe i święte dla Amerykanina wartości. Takie – na przykład – jak wszechpanujący tutaj indywidualizm.
Większość obywateli Stanów Zjednoczonych święcie wierzy, że są kowalami swojego losu i że ich powodzenie życiowe zależy wyłącznie od nich samych. Podobnie, jak troska o własne zdrowie, bezpieczeństwo, dach nad głową, wykształcenie i zabezpieczenie na starość. A wcześniej – wykształcenie.
Jak to zrobią, to ich sprawa. Ważne, że skoro inni mogli, to oni też powinni. Bo przecież żyją w kraju równych szans i nieograniczonych możliwości! Generalnie – najlepszym na świecie.
Póki Stany nie wdrożyły w realnej gospodarce ideologii neoliberalizmu ekonomicznego, owa wiara miała zresztą uzasadnienie w otwartych dla wszystkich ścieżkach społecznego awansu i rosnącym dobrobycie amerykańskich klas niższej i średniej.
Póki Stany nie wdrożyły w realnej gospodarce ideologii neoliberalizmu ekonomicznego, owa wiara miała zresztą uzasadnienie w otwartych dla wszystkich ścieżkach społecznego awansu i rosnącym dobrobycie amerykańskich klas niższej i średniej.
To się jednak skończyło i to na długo przed prezydenturą ostatniego – przed Obamą – Demokraty w Białym Domu, Billa Clintona. Który zresztą – biorąc pod uwagę szereg ustaw podpisanych za jego kadencji, a dających preferencje kapitałowi spekulacyjnemu – był Demokratą od przypadku, do przypadku, o ile ten jego demokratyzm nie naruszał interesów wielkiego kapitału.
Problem w tym, że zwykli obywatele dotąd jakby nie przyjmowali do wiadomości, że ich American Dream to już od dawna nieprawda.
Ale teraz sytuacja się zmieniła, i za dosyć nieoczekiwaną zmianą stanowiska Amerykanów co do kontrowersyjnych dotąd zjawisk społecznych (małżeństwa jednopłciowe, in vitro, konkubinat itd.) nastąpiło dość powszechne uświadomienie klasowo-gospodarcze.
Coraz mniej obywateli USA z trudem wiążących koniec z końcem jest skłonnych wciąż wierzyć, że skoro nie starcza im – choć ciężko pracują – na raty kredytu za dom, wakacje, dentystę i szkoły dla dzieci, to jest to ich wyłączna wina. Powszechne zgorszenie wywołała zwłaszcza bezpardonowa kampania prawicowych polityków, zmierzająca do zablokowania ustawy o powszechnych ubezpieczeniach zdrowotnych. W trakcie awantury o dostęp do opieki medycznej wyszło na jaw, że troska o los zwyczajnych obywateli pozostaje w kręgach konserwatywnych polityków daleko w tyle za ideologicznym zacietrzewieniem, politycznym rewanżyzmem i wreszcie interesem wielkich firm ubezpieczeniowych, których krociowym zyskom zagroziła ustawa Obamacare.
Coraz mniej obywateli USA z trudem wiążących koniec z końcem jest skłonnych wciąż wierzyć, że skoro nie starcza im – choć ciężko pracują – na raty kredytu za dom, wakacje, dentystę i szkoły dla dzieci, to jest to ich wyłączna wina. Powszechne zgorszenie wywołała zwłaszcza bezpardonowa kampania prawicowych polityków, zmierzająca do zablokowania ustawy o powszechnych ubezpieczeniach zdrowotnych. W trakcie awantury o dostęp do opieki medycznej wyszło na jaw, że troska o los zwyczajnych obywateli pozostaje w kręgach konserwatywnych polityków daleko w tyle za ideologicznym zacietrzewieniem, politycznym rewanżyzmem i wreszcie interesem wielkich firm ubezpieczeniowych, których krociowym zyskom zagroziła ustawa Obamacare.
Znacznie więcej zrozumienia (i pobłażania) niż dla zwyczajnych Kowalskich wykazali też konserwatyści dla miliarderów z wielkich instytucji finansowych, ratując je przed bankructwem kosztem pieniędzy publicznych i wchodząc tym samym w oczywisty konflikt z kierowanym do reszty społeczeństwa przekazem „radźcie sobie sami”. Co również zostało im zapamiętane.
Milionowe odprawy wypłacane z pieniędzy zwyczajnych Amerykanów menedżerom wielkich instytucji finansowych, którzy doprowadzili do ostatniego kryzysu, pozbawiło obywateli resztek złudzeń.
I choć ruch „Occupy Wall Street” ostatecznie nie przerodził się w wielką rewolucję społeczną, to jednak jego liderzy wykonali robotę nie do przecenienia, dając ludziom do myślenia. W ten sposób w gronie wyzyskiwanych i oszukiwanych „99 procent” społeczeństwa rzesze obywateli nareszcie dostrzegły samych siebie.
Według sondażowni Pew Research Center już 77 procent Amerykanów uważa, że władza w kraju, niebezpiecznie i ze szkodą dla reszty społeczeństwa skoncentrowana w rękach elit finansowych, służy już tylko i wyłącznie interesom wielkiego biznesu i wielkich korporacji.
Ta opinia jest powszechna wśród elektoratu Demokratów (tak uważa 91 procent respondentów z tej grupy), ale coraz częściej podzielają ją również wyborcy głosujący na Republikanów (53 proc.).
Ta opinia jest powszechna wśród elektoratu Demokratów (tak uważa 91 procent respondentów z tej grupy), ale coraz częściej podzielają ją również wyborcy głosujący na Republikanów (53 proc.).
Tymczasem Bernie Sanders konsekwentnie powtarza, że należy odsunąć aktualne elity od władzy i oddać ją zwyczajnym Amerykanom. A więc komu? Emerytom na głodowych świadczeniach, młodym na śmieciówkach (instytucja umowy o pracę niemal tu nie funkcjonuje, a tylko menedżerowie z korporacji są zatrudniani na kontraktach), absolwentom bez pracy, a za to z długami edukacyjnymi liczonymi w setkach tysięcy dolarów i w ogóle – ciężko pracującej i coraz bardziej biedniejącej klasie średniej.
Sanders mówi też, że wszystkim problemom zwykłych ludzi winna jest Wall Street, rozumiana jako symbol wielkiego kapitału (czyli że należy puścić bankierów w skarpetach).
Bill Clinton w swojej zwycięskiej kampanii powtarzał – „gospodarka, głupcze”. Senator z Vermontu zamiast „gospodarka” (czyli kapitał) mówi – „praca, praca, praca”! I wyraźnie staje po stronie tej ostatniej, a więc po stronie proletariatu i jego współczesnego wydania-prekariatu. Bo – jego zdaniem – kapitał od dawna już nie wraca na rynek w postaci nowych miejsc pracy. Teraz powraca on głównie jako „kapitał spekulacyjny”, do reszty rujnując i tak już mało stabilną gospodarkę realną.
Bill Clinton w swojej zwycięskiej kampanii powtarzał – „gospodarka, głupcze”. Senator z Vermontu zamiast „gospodarka” (czyli kapitał) mówi – „praca, praca, praca”! I wyraźnie staje po stronie tej ostatniej, a więc po stronie proletariatu i jego współczesnego wydania-prekariatu. Bo – jego zdaniem – kapitał od dawna już nie wraca na rynek w postaci nowych miejsc pracy. Teraz powraca on głównie jako „kapitał spekulacyjny”, do reszty rujnując i tak już mało stabilną gospodarkę realną.
Praca, przyzwoicie opłacana i obudowana systemem świadczeń, jest zdaniem Berniego jedyną metodą także na poprawę podupadających relacji społecznych, w tym wzmocnienie tradycyjnej rodziny.
Te poglądy po raz pierwszy od czasów New Dealu padają w Stanach na podatny grunt. Jak pokazały wyniki tak zwanego „ ideological poll”, gdzieś od roku 2011 następuje stały, konsekwentny zwrot Amerykanów „na lewo”. Mieszkańców USA, którzy pozytywnie podchodzą do idei postępu jest w tej chwili 72 procent. Tych, którzy postępu nie akceptują – 22 procent. Z kolei światopogląd konserwatywny budzi ciepłe uczucia u 62 procent badanych. A złe u 30 procent. Generalnie więc „progresywiści” są w wyraźnym natarciu, przybyło im bowiem zwolenników, a ubyło krytyków w stopniu większym, niż regresywistom.
Podobna relacja między opcją postępową i zachowawczą po raz ostatni występowała w Stanach w okresie tuż po Wielkim Kryzysie, kiedy do władzy doszedł „kryptosocjalista” FD Roosevelt. Swoją drogą epoka, gdy Ameryką rządził FDR była – jak zgodnie przyznają historycy – jednym z najlepszych okresów w dziejach Stanów Zjednoczonych, tak dla kraju, jak dla zwyczajnych obywateli.
Więc może Bernie ma szansę?
Realiści powtarzają wprawdzie, że owszem, Republikanie mają w tej chwili kiepską prasę, zbierają bowiem gorzkie owoce kryzysu finansowego w gospodarce oraz wojny w Iraku. Przyznają to – acz niechętnie – sami Republikanie. W takiej atmosferze raczej nie wygrywa się wyborów. No, chyba że kandydat strony przeciwnej popierał w obu tych kwestiach politykę konserwatystów. Jak… Hillary Clinton.
I właśnie to – zbyt niewielka różnica między dotychczasowymi elitami obu opcji, demokratycznej i konserwatywnej - może być przyczyną wielkiego festiwalu medialnego Barnie Sandersa. Bo nadszedł czas na zmiany?
I może to właśnie jest pora na kolejnego (po FDR i republikańskim Dwightcie Eisenhowerze) prezydenta-socjalistę, który – jak zadeklarował w talk show na kanale ABC – zamierza uczynić z Ameryki Drugą Skandynawię?
Sanders jest też za rozwijaniem ścisłej współpracy między USA i Europą. Trudno się dziwić, że tak bliskie są mu europejskie ideały społecznej solidarności. Przecież rodzina Berniego wywodzi się … z Polski. Jego ojciec, Eliasz, urodził się w Słopnicach koło Limanowej. Senator Sanders odwiedza rodzinne strony i – podobno – jest zachwycony krajem pochodzenia. Może dlatego sprzyja także imigracji.
Jeśli zostanie wybrany (czego nie można wykluczyć), Bernie będzie kolejnym, po Haraldzie, twórcy sieci KFC, słynnym Sandersem z Ameryki, który deklaruje zaspokojenie – niewielkim kosztem – potrzeb i oczekiwań milionów swoim rodaków. Bo w sumie reformy, o których tu mowa, wymagają nie tyle ogromnych nakładów finansowych, co raczej zmian systemowych. Ale do wyborów zostało jeszcze trochę czasu.
