Dla Amerykanów od niedzieli Polska jest państwem z demokracją parlamentarną już tylko formalnie. Tak naprawdę bowiem, stała się monarchią absolutną. Udzielnym władcą kraju nad Wisłą został – z woli wyborców – Jarosław Kaczyński.
REKLAMA
O tym, że Polska dokonała właśnie symbolicznej koronacji szefa PiS-u Amerykanie dowiedzieli się dwa dni po wyborach z popularnego, zwłaszcza w kręgach nowojorskich mediów i waszyngtońskich polityków, portalu Politico. Już we wtorek można tam było znaleźć pogłębioną analizę powyborczej sytuacji w Polsce, autorstwa Jana Cienskiego. Tytuł?
„The King of Poland”. A na zdjęciu Prezes w blasku fleszy.
„The King of Poland”. A na zdjęciu Prezes w blasku fleszy.
To, oczywiście, tylko metafora. Ale autor tekstu nie pozostawia złudzeń co do ostatecznego rezultatu niedzielnego głosowania, który z perspektywy Waszyngtonu wydaje się dość oczywisty. Wprawdzie formalnie władza będzie nadal sprawowana w Pałacu Prezydenckim i Kancelarii Premiera, ale tak naprawdę jej centralny ośrodek mieścić się teraz będzie w szarym betonowym biurowcu z basenem w piwnicy (mowa o siedzibie PiS-u na Nowogrodzkiej, a z tym basenem, to nie wiem, czy autor nie przesadził), gdzie ma swoje biuro Jarosław Kaczyński. Bo to waśnie on będzie przez kolejne lata rządził Polską, bez ponoszenia osobistej odpowiedzialności i ewentualnych politycznych konsekwencji. Te obciążą parlament, prezydenta Dudę i premier Beatę Szydło, którzy „nie będą mieli szansy na prowadzenie niezależnej polityki”.
Jakie to będą rządy? Autor nie pozostawia czytelnikom złudzeń. Przypomina, że Jarosława Kaczyńskiego sprawy gospodarcze i polityka zagraniczna zawsze interesowały mniej, niż sytuacja wewnętrzna, ideologia i rozprawa z rzeczywistymi i wyimaginowanymi „układami” i wrogami. I że Polskę czeka fala rozliczeń za wszystko, a zwłaszcza za Smoleńsk.
Na tym samym portalu już wcześniej, niemal tuż po wyborach, ukazał się jeszcze jeden duży tekst, autorstwa Michała Baranowskiego – „Don’t be scared of Poland”, który już w tytule odnosi się do tego, co najbardziej interesuje Amerykanów w kontekście polityki zagranicznej.
Bo że jest to tylko i wyłącznie interes Ameryki, to chyba oczywiste?
Bo że jest to tylko i wyłącznie interes Ameryki, to chyba oczywiste?
Toteż lęki amerykańskich elit ( politycznych, bo reszty Amerykanów takie sprawy nie obchodzą w ogóle) w kwestii wyborów w Polsce, jeśli w ogóle zaistniały, to dotyczyły wyłącznie tego, czy nadchodzące zmiany nie naruszą umów i sojuszy korzystnych dla USA.
Zdaniem autora tekstu – nie naruszą, a nawet wręcz przeciwnie. Michał Baranowski cytuje obficie kandydata PiS na ministra spraw zagranicznych, Witolda Waszczykowskiego, który zapewnia, że zdaniem nowej ekipy „obecność militarna Ameryki w Polsce jest niezbędna i oczekiwana, w takim wymiarze, aby zapewniła (krajowi) bezpieczeństwo w wypadku agresji”.
Autor wspomina też – znów w kontekście militarnej współpracy Polski ze Stanami, o przygotowaniach do przyszłorocznego szczytu NATO w Warszawie. To Ameryce wystarczy. Tym bardziej, że zdaniem Baranowskiego (popartym rozmowami z prominentnymi politykami PiS) nic nie wskazuje na zastrzeżenia nowej władzy co do traktatu o wolnym handlu Europa- Stany , i że niewiele, o ile w ogóle, zmieni się też relacja Polski z Unią Europejską, a zwłaszcza z Niemcami. Amerykańskie interesy w Polsce wydają się więc być bezpieczne. A pewna niezależność nowej ekipy wobec Unii jest nawet na rękę Stanom Zjednoczonym.
Wszystkie inne ewentualne konsekwencje „ dobrej zmiany” w Polsce nie mają dla Ameryki żadnego znaczenia. Więc autor tekstu uspokaja. Jego zdaniem, niezależnie od „ histerii, w jaka wpadły po wyborach media europejskie”, nie ma się czego bać!
Trzeba – natomiast – wyjaśniać.
Autorzy relacji zmieszczonych na europejskich stronach The New York Timesa (Rick Lyman) i The Wall Street Journal (Martin Sobczyk) obok słupków poparcia, rozkładu mandatów oraz krótkich komentarzy na temat wszystkich partii startujących do parlamentu, wyraźnie rozumieli bowiem potrzebę doprecyzowania swoich relacji. Zwłaszcza zaś objaśnienia, co w polskich warunkach oznacza określenie „prawica”.
Dlaczego?
Dlatego, że w Ameryce parte prawicowe to takie, które w sferze światopoglądowej są – owszem – konserwatywne, ale w dziedzinie gospodarki liberalne albo ultraliberalne.
W Polsce – co podkreślali wszyscy amerykańscy komentatorzy wyników wyborczych – jest inaczej.
W Polsce – co podkreślali wszyscy amerykańscy komentatorzy wyników wyborczych – jest inaczej.
Złożone przez PiS obietnice zmian społecznych i ekonomicznych, w Ameryce uchodziłyby za dowód nawet nie socjalizmu (który tradycyjnie ma tu bardzo kiepską reputację) ale wręcz „lewactwa”. Kiedy w niedawnej debacie Demokratów Bernie Sanders zaproponował nieśmiało podniesienie minimalnej stawki godzinowej do 15 dolarów oraz wprowadzenie odpłatnych zwolnień lekarskich i urlopów macierzyńskich, także reprezentanci lewego skrzydła amerykańskiej polityki pukali się w głowę.
Takimi „szalonymi pomysłami” Bernie przekreślił sobie – zdaniem części komentatorów – realne szanse na zdobycie nominacji Demokratów i trafił do grona politycznych fantastów. Program ekonomiczno-społeczny PiS-u zdecydowanie nie jest więc tutaj traktowany jako „prawicowy”.
Podobieństwa leżą bardziej po stronie „wartości” wywiedzionych z chrześcijaństwa, chociaż amerykańscy Republikanie, inaczej niż PiS, nie są raczej politycznie związani politycznie, ani też nie reprezentują interesów żadnej konkretnej instytucji religijnej. Być może właśnie dlatego większość powyborczych komentarzy akcentuje szczególny, nieobecny w amerykańskim życiu politycznym związek między polską prawicą a Kościołem instytucjonalnym.
Komentatorzy zwracają też uwagę, że Kościół (znów rozumiany instytucjonalnie) stanowi jeden z filarów zwycięskiej partii, aktywnie ingerując w bieżącą politykę. Dla Amerykanów to swoista egzotyka.
Autorzy relacji powyborczych w NYT, WSJ i CNN starają się też pokrótce objaśnić swoim czytelnikom przyczyny niezrozumiałej z punktu widzenia postronnego obserwatora klęski PO. Co łatwe nie jest, bo gdy się na to patrzy z boku, powody tak głębokiej niechęci do Platformy mogą się wydawać nie do końca racjonalne. Ten swoisty dysonans poznawczy łatwo zauważyć w wyważonych – skądinąd – komentarzach.
Za główną siłę sprawczą politycznej zmiany w Polsce korespondenci amerykańskich mediów uważają bowiem … emocje. Bo chyba właśnie emocje mają na myśli, gdy piszą, że choć Polska osiągnęła pod rządami PO spektakularny sukces gospodarczy i rozwija w imponującym tempie, szybko nadrabiając zapóźnienie wobec Zachodu, to wyborcy masowo odwrócili się od partii rządzącej, ponieważ w ich ocenie nie przełożyło się to na jakość ich życia. A przynajmniej nie tak dalece, jak się spodziewali. W tym miejscu autorzy komentarzy czują się jednak w obowiązku nadmienić, że pomimo błyskawicznego nadrabiania cywilizacyjnych zaległości do wyrównania dochodów potrzeba jeszcze Polsce kilku dekad stabilnego wzrostu.
Autorzy zwrócili też uwagę, że być może ten „zwrot w prawo” ma jakieś głębsze, wynikające ze specyficznych doświadczeń Europy Środkowej przyczyny, bowiem podobnego wyboru już wcześniej dokonały Węgry i inne kraje Grupy Wyszehradzkiej.
NYT oraz WSJ zwracają też uwagę na kompromitację części polityków Platformy w związku z „aferą taśmową” i kryzys przywództwa w PO, spowodowany odejściem Donalda Tuska do Brukseli. Wskazują także na kryzys związany z problemem uchodźców. Nikt nie posuwa się do określania postawy Polaków jako – wprost – ksenofobicznej, niemniej komentatorzy sugerują, że masowy opór społeczny przeciwko unijnej polityce imigracyjnej mógł zdecydowanie wpłynąć na wynik wyborów. PiS, przez komentatora z WSJ określane wprost jako partia nacjonalistyczna, reprezentowało bowiem w tej sprawie poglądy niechętnej uchodźcom większości.
Autorzy tekstów w NYT i WSJ zauważyli także na klęskę lewicy, która tym razem znalazła się poza parlamentem, oraz sukces nowych partii, Kukiz ’15 i Nowoczesna, wprowadzonych na Wiejską przez – odpowiednio – elektorat „narodowościowy” oraz liberałów.
Piszą też – choć oględnie – o niektórych oczywistych konsekwencjach wyborów, wskazując, że nowy rząd będzie wkrótce musiał stanąć do konfrontacji z Unią zarówno w kwestii polityki migracyjnej, jak też energetycznej, choć – ich zdaniem – nie powinno to znacząco pogorszyć pozycji Polski w Unii Europejskiej.
Pada sugestia, że jak przyjdzie do konkretów, to partia rządząca zapewne znacznie złagodzi swoją antyunijną retorykę. Zdecydowana większość obywateli popiera bowiem (choć nie bez zastrzeżeń) polską obecność w ZE i postępujący proces europejskiej integracji.
Nikt, oczywiście, nie ocenia, a już zwłaszcza nie ocenia krytycznie, suwerennej decyzji Polaków.
Więc tekst, który pojawił się na stronach NYT, tuż obok relacji z wyborów nad Wisłą, trafił tam – zapewne – zupełnym przypadkiem. Informował o wyborach w Gwatemali.
Podczas gdy w Polsce głosowano za intronizacją Jarosława Kaczyńskiego, właśnie w Gwatemali (Amerykanie musieli pewnie zajrzeć do atlasów, żeby sprawdzi, gdzie to), władzę otrzymał z rąk wyborców showman, nie mający żadnego doświadczenia w polityce – Jimmy Morales. Delikatna sugestia, zawsze może być gorzej ? Możliwe... No ale prezydent – komik na pewno ma poczucie humoru. W Gwatemali po wyborach będzie więc – przynajmniej – śmiesznie.
