Archiwum autora

Niby to po drugiej stronie świata, ale w święta Polska robi się coraz bardziej podobna do Ameryki. Albo odwrotnie.

REKLAMA
Pogodę mamy w Nowym Jorku tuż przed Gwiazdką taką samą, jak we Wrocławiu. Tylko może cieplej tu trochę. Zamiast śniegu od wczoraj leje deszcz. Mokną ubrane odświętnie choinki, takie same, jak te na Świdnickiej. Mokną tłumy, które jak zwykle o tej porze roku ledwo mieszczą się w centrach handlowych. Mokną turyści, oglądający wystawy wzdłuż Piątej i ubraną tylko w lampki słynną choinkę przy Rockefeller Center. Taką sobie. Największa Choinka Ameryki nabiera blasku dopiero wieczorem. Podobnie jak fasada domu towarowego Saks 5th Avenue, która po zmroku staje się ekranem dla świątecznych iluminacji . Swoją drogą to Nowy Jork w ogóle najlepiej wygląda właśnie w półmroku.
Nie widać worków ze śmieciami.
W stojącej naprzeciw Rockefeller katedrze Św. Patryka trwają przygotowania do pasterki, ale nowojorczycy zaglądają tutaj już teraz, bo najważniejsza msza w roku odbywa się za biletami. Są bezpłatne, ale kto chce odśpiewać „O Holy Night” w obecności kardynała Dolana musi zatroszczyć się o wejściówki najdalej na początku września.
Miasto jest gotowe do świąt już od początku grudnia, kiedy – w Thanksgiving – Manhattan wita Świętego Mikołaja. Aż do Bożego Narodzenia rezyduje on teraz na najwyższym piętrze domu towarowego „Macy’s” przy Herald Square, gdzie w Santalandzie – bajkowej krainie z kartonu udającego lukrowane pierniki. Mikołaj przyjmuje tłumy dzieciaków, składających zamówienia na prezenty gwiazdkowe. Połowa Ameryki i ćwierć świata karnie czeka tu godzinami w kolejce, żeby zobaczyć renifery, elfy i skrzynkę na listy z napisem „Believe”. No i zrobić sobie profesjonalne portfolio z wizyty u „ jedynego prawdziwego” świętego Mikołaja, który – jak wszyscy tutaj wiedzą od premiery filmu „The Miracle at 34th Street” – w okresie świąt rezyduje właśnie tu, w „Macy’s”, przy 34. Ulicy.
Pod choinką w Porcie Morskim, zamienionym na centrum handlowe i muzeum, chór w strojach wiktoriańskich śpiewa kolędy . Takie chóry występują teraz w całym mieście i będą kolędować aż do pierwszej gwiazdki. Wcześniej, przez cały grudzień, niemal codziennie urządzano gdzieś na Manhattanie ceremonię uroczystego zapalania choinki i zbiorowe kolędowanie.
Swoje Christmas Tree ma każde muzeum, wszystkie kościoły chrześcijańskie, większość instytucji i obiektów publicznych oraz centrów handlowych i sklepów. Choinki stoją też w holach apartamentowców i na niemal wszystkich placach i skwerach Manhattanu.
Przygotowania pokończyły się już także w większości domów, bo w sumie sprowadzają się tu one do dekoracji salonu (a jak ktoś ma, to ogrodu i – coraz częściej – samochodu) oraz do zakupów. Najważniejszym punktem amerykańskiej Gwiazdki są bowiem – jak powszechnie wiadomo – prezenty.
Trwają jeszcze ostatnie Christmas parties, które za pośrednictwem tutejszych korporacji dotarły już zresztą także do Wrocławia. To coś jak polskie spotkanie opłatkowe z kolegami z pracy. Tyle, że w miejsce opłatka jest zwykle sushi albo jakiś inny bożonarodzeniowy catering.
Tegoroczne Ugly Sweater Party też już było, i to dawno temu, w Mikołajki. Ale „brzydkie swerty” jeszcze się przydadzą. W czymś takim w okresie okołoświątecznym chodzi coraz więcej Amerykanów. I to bynajmniej nie tylko w świąteczny poranek. Całkiem poważni ludzie coraz częściej robią zakupy na Manhattanie ubrani w czerwone sweterki z reniferkiem, choineczką czy bałwankiem. Niektóre mają nawet komplet lampek i świecą jak choinka!
Za sobą mamy już także tegoroczne wydanie imprezy Santacon, pod którą to tajemniczą nazwą kryje się New York City’s Annual Drunken Santa Festival. Setki Złych Mikołajów wylegają wtedy na ulice Dolnego Manhattanu by rozejść się po barach i pić do upadłego. W pijaństwie uczestniczą także Santa’s Little Hepler’s, głownie elfy, ale czerwononosy renifer też się zdarzy.
Tak, że ze świątecznych grudniowych atrakcji zostały jeszcze właśnie prezenty. A wcześniej pasterka, ale to tylko w opcji dla turystów (Święty Patryk) oraz mocno zdeterminowanych wierzących. Z innych świątecznych przyjemności Amerykanie mają jeszcze na swoich to-do-lists pieczenie ciasteczek imbirowych (z gotowej masy, ma się rozumieć) dla Mikołaja i kręcenie egg-noga, czegoś pomiędzy koglem-moglem a ajerkoniakiem, z jajek, alkoholu i wanilii, chociaż najczęściej kupuje się „gotowca” w kartonie lub butelce. No i zostaje jeszcze pieczenie bożonarodzeniowego indyka. Bo Amerykanie na wszystkie najważniejsze święta mają jedną, uniwersalną, sprawdzoną receptę kulinarną. Indyka z rożna.
Po indyku idzie się zwykle w plener, a w Nowym Jorku na Manhattan. Oglądać Christmas Windows, czyli witryny sklepowe w świątecznych dekoracjach. Wybór nie jest łatwy, bo od całych dekad trwa w mieście rywalizacja największych domów towarowych na te wystawy właśnie. W ścisłej czołówce jest Macy’s (w tym roku tematem Christmas Widnows jest komiks „Peanuts” i jego bohater Snoopy), Saks 5th Avenue, Bloomingale’s, Barney’s, Bergdorf & Goodman oraz Lord&Taylor.
Muzea, sale koncertowe i teatry są – wyjątkowo – zamknięte w Boże Narodzenie – ale działają „winter villages” (wioski świąteczne z małą sezonową gastronomią) oraz miejskie sztuczne lodowiska. Czynne są także przynajmniej niektóre restauracje, kawiarnie, bary i puby. Oraz…sklepy.
Niestety, wolnego w Christmas nie ma telewizja. I między innymi właśnie dlatego pomimo wszelkich różnic w sposobie obchodzenia Bożego Narodzenia po obu stronach oceanu atmosfera świąt w Stanach jest podobna do tej w Polsce. Przynajmniej część Amerykanów poróżni się bowiem w tym roku nad pieczonym indykiem z powodu…polityki.
W Stanach mamy bowiem kampanię wyborczą, i to taką, jakiej nawet tu, w kraju gdzie nie ma zwyczaju oszczędzania przeciwnika i prawienia sobie kurtuazji w czasie debat przedwyborczych, dawno nie widziano.
Dzieje się tak za sprawą kontrowersyjnego polityka prawicy, przedsiębiorcy i miliardera – Donalda Trumpa, który wniósł do politycznej debaty elementy niespotykanego dotąd braku elegancji (by się tak elegancko wyrazić o arogancji i demonstrowanym publicznie braku manier kandydata).
Najnowsza afera z udziałem The Donalda wybuchła w poniedziałek, w związku z sobotnią debatą Demokratów. Trump napadł na Hillary Clinton, która miała wtedy powiedzieć, że materiały z jego antyislamskich wystąpień wykorzystuje ISIS w celach propagandowych. Jako dowód na nienawiść, z jaką Ameryka traktuje islam w ogóle i wszystkich jego wyznawców.
Oczywiście, że The Donald nie raz mówił o zamknięciu granic dla muzułmanów. Proponował także „ostateczne rozwiązanie kwestii islamskiej” w Ameryce poprzez internowanie, a potem wydalenie ze Stanów już mieszkających tutaj wyznawców Proroka, niezależnie od tego, czy są tu legalnie i czy mają obywatelstwo amerykańskie.
Ale Trump i tak zarzucił Hillary kłamstwo w tej sprawie. A potem wygłosił szereg poniżających, obraźliwych uwag odnoszących się bezpośrednio do kandydatki Demokratów jako kobiety.
The Donald znany jest – skądinąd – z seksizmu i jawnej, okazywanej publicznie pogardy dla kobiet.
Ale politycy „ środka” i ci na lewo od centrum od poniedziałku i tak są w szoku, bo Trump znowu przesunął granicę chamstwa i grubiaństwa poniżej ustanowionego przez siebie samego poziomu.
Nie w tym jednak problem. Problem, że to, co i jak mówi The Donald gorszy wprawdzie „ elity” i przeważającą większość społeczeństwa,, podoba się natomiast już niemal 40 procentom wyborców prawicy! Trump zdecydowanie prowadzi w rankingu republikańskich kandydatów do prezydentury!
Niepokoją się amerykańscy publicyści. Te statystyki, to bowiem dowód, że coś niedobrego dzieje się ze współczesną Ameryką. Coś, co do tej pory wyraźnie umykało tutejszym politologom, socjologom i psychologom społecznym.
Nawet część republikanów nie może wyjść ze zdumienia, że ktoś „ taki”, i otwarcie głoszący „tego typu” poglądy mógł w ogóle zdobyć jakiekolwiek poparcie. Dekadę temu takiemu politykowi byłoby trudno uciułać kilka procent. Tymczasem teraz lekko zabrał trzydzieści parę.
Prawie, jak PiS. Niemal jak Paweł Kukiz. Język i poglądy też jakby podobne (z wyjątkiem gospodarczych, ale to akurat cecha, która trwale różni konserwatystów po obu stronach oceanu).
Jak widać, w Stanach święta też będą w tym roku upływać „po wodzie” i w cieniu politycznych sporów. Choć ich temperatura jest tu jednak bez porównania niższa, niż nad Wisłą.
Toteż z miasta, gdzie Wigilię obchodzi się tylko na Ridgewood i Greenpoincie, a na pasterkę w katedrze wpuszczają za biletami, życzę Wszystkim, po obu stronach oceanu, spokojnych Świąt.