W związku z nową „ustawą medialną” i jej konsekwencjami kadrowymi, muszę się do czegoś przyznać. Otóż w ogóle nie oglądam publicystyki robionej przez Lisa (nie tego, co myślicie…) – Fox News to zdecydowanie nie jest propozycja dla mnie. Nie po drodze mi z republikańską propagandą.

REKLAMA
O tym, co dzieje się w Ameryce na świecie informują mnie stacje NBC, CBS lub NBC. Na te kanały nie zaglądają z kolei zwolennicy prawicy. Powód? Tutaj nikt nie bierze na poważnie ulubionych obsesji konserwatystów.
Właśnie dowiedziałam się, że podobnie ma być także w Polsce. Jedni, głównie widzowie telewizji „Trwam” i „Republika”, również w TVP będą teraz oglądać to, co lubią najbardziej. Innym zostanie tylko TVN, Polsat i BBC z kablówki. Bo jakoś nie wierzę, że dotychczasowa, stara widownia pozostanie wierna „nowej” telewizji publicznej.
W amerykańskich mediach taką tożsamość światopoglądową określa się jako „transparency”. Liberałowie mają media liberalne, gdzie rząd dusz sprawują „Lisy”, a konserwatyści –konserwatywne, robione przez „Pospieszalskich”. Wszyscy wiedzą, które są które i wszyscy zdążyli się już chyba przyzwyczaić do takiego stanu rzeczy.
Ale jest jednak zdecydowana różnica między tym, z czym mamy do czynienia w Stanach, a „skokiem na media” w wykonaniu aktualnej władzy w Polsce. W Ameryce (poza PBS, ale to inna historia) telewizje i gazety są prywatne. Nie jest do pomyślenia, żeby media skrajnie – jak teraz w Polsce – upartyjnione i na wyłącznych usługach rządu, utrzymywać tu z obowiązkowych danin (abonament) lub – co gorsza – z budżetu. I jeszcze określać je mianem „publicznych”, czy zwłaszcza „narodowych”. To brzmi jak kpina ze zdrowego rozsądku.
W Sylwestra o „dobrej zmianie” w polskich mediach napisał „International Business Times”, w ten sposób dołączając do listy kandydatów do tytułu największego z imperialistycznych wichrzycieli przeciw rządowej ekipie w Warszawie. Za pośrednictwem IBT amerykańskie środowiska biznesowe dowiedziały się, że odtąd w polskich mediach publicznych o największym zasięgu, dziennikarzy zastąpią posłuszni władzy propagandyści.
W notatce napisano również, że „dobra zmiana” w telewizji publicznej wywołała oburzenie nie tylko w części środowiska dziennikarskiego w Polsce, ale też i w Europie, gdzie przeciwko upartyjnianiu mediów publicznych nad Wisłą protestują wszystkie organizacje stojące na straży wolności słowa.
Inna sprawa, że atakowani użyją pewnie na swoją obronę tych samych argumentów, których używali w czasach stanu wojennego. Że – mianowicie – amerykańska prasa powinna zacząć od siebie. Bo sama chodzi na pasku wielkiego biznesu i reprezentuje interesy swoich mocodawców. Ergo – krytykuje „dobrą zmianę”, bo jest ona nie na rękę Ameryce i jej europejskim stronnikom.
Będzie w tym nawet trochę prawdy. Bo rzeczywiście – amerykańskie media są „biased”, czyli stronnicze.
Nikt tego zresztą nie ukrywa. Owa stronniczość została już nawet uwzględniona w aktualnej amerykańskiej doktrynie medialnej , która – jak pisałam wyżej” – pojęcie obiektywizmu zastąpiła bardziej przystającą do obecnych realiów koncepcją „przejrzystości” (bo chyba tak tłumaczy się na polski określenie „transparency”). W epoce gdy większość amerykańskiej prasy, kanałów telewizyjnych, sieci kablowych i dostawców Internetu stanowi własność zaledwie pięciu koncernów medialnych, trudno przecież mówić o całkowitej bezstronności ich właścicieli, zarządów i wreszcie samych dziennikarzy.
Poza tym pozbawione emocji relacjonowanie faktów jest – czego dowodzi rosnąca popularność telewizji Fox – zwyczajnie nudne. Nie przystaje do czasów postmodernistycznego relatywizmu.
We współczesnej Ameryce nie ma więc mediów dla wszystkich. Ogląda się, słucha i czyta głównie „swoich”.
Niemniej, samo zjawisko wciąż pozostaje przedmiotem niepokoju polityków, ze względu na wyraźną nierównowagę światopoglądową na rynku medialnym.
Bo w teorii –na co wskazują wyniki wyborów politycznych – Amerykanie są w swoich przekonaniach rozdzieleni mniej więcej po połowie, tymczasem w mediach dominuje, i to wyraźnie, opcja liberalna. O przyczynach tego stanu rzeczy pisze się dużo. Problem budzi od lat zainteresowanie socjologów i publicystów. Mobilizuje nawet autorów teorii spiskowych.
No bo niby dlaczego pod nieobecność politycznej i instytucjonalnej kontroli mediów i w realiach wolnego rynku więcej niż dwie na każde trzy gazety czy stacje telewizyjne reprezentują w Stanach opcję liberalną?
Dlaczego konserwatyści maja tylko telewizję Fox, a w niej jeden naprawdę popularny program publicystyczny – show Billa O’Reilly? Przecież wśród bogatych przedstawicieli wielkiego biznesu dominują – podobnie jak w Kongresie – Republikanie?
Prawicowi odbiorcy powinni wymusić zwiększenie podaży tytułów, kanałów i w ogóle – przekazu medialnego o konserwatywnym zabarwieniu. Ich najbogatszych przedstawicieli zdecydowanie stać na tego typu inwestycje (i nie muszą w tym celu sięgać po pieniądze wszystkich podatników, jak stało się w przypadku Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, który ze składek wszystkich klientów polskich banków pośrednio sfinansował jedno z polskich prawicowych imperiów medialnych).
Tymczasem jest inaczej.
Nie wiadomo także, czemu akurat na rynku medialnym liberałowie i centryści ciągle rosną w siłę kosztem opcji konserwatywnej, bo taką tendencję wykazało najnowsze badanie Gallupa.
W ostatnim czasie pojawiła się ciekawa teoria objaśniająca ten stan rzeczy… specyfiką zawodu dziennikarza. Zdaniem jej autora zachowawcze media kurczą się ze względu na problemy kadrowe. Nie ma dla nich kto pracować, ponieważ większość dziennikarzy jest – z definicji – liberalna.
Charakter zawodu wymaga bowiem , żeby dziennikarza cechowała otwartość, ciekawość świata, niezależność intelektualna i odwaga w przeciwstawianiu się autorytetom. Dziennikarstwo wymaga także pogłębiania wiedzy, zdolności do krytycznego myślenia i posługiwania się logiką, a także – kiedy trzeba – obrony kontrowersyjnych politycznie lub nieprawomyślnych poglądów. Konserwatyzm zaś - z definicji – opiera się na akceptacji zastanego porządku rzeczy, na szacunku dla utrwalonych hierarchii oraz na podporządkowaniu aktualnym autorytetom. Dziennikarz konserwatysta to więc – w zasadzie – oskymoron. (co innego publicyści, ale nie o nich tu mowa).
To chyba właśnie dlatego w jednym z najnowszym sondaży do sympatii republikańskich przyznaje się w Ameryce zaledwie 7 procent czynnych przedstawicieli tego zawodu. Tych o zdecydowanych poglądach liberalnych jest zaś 28 procent, podczas gdy zdecydowana większość deklaruje postawę bliską centrum, ale ze wskazaniem na preferencje demokratyczne raczej, niż republikańskie. (Just 7 percent of journalists are Republicans. That’s far fewer than even a decade ago).
Ciekawe , w takim razie, jak szybko media publiczne w Polsce pod nowym kierownictwem przekształcą się z mainstreamowych w niszowe. Pytanie brzmi nie „czy”, ale „kiedy”. Amerykańskie doświadczenie uczy bowiem , że to wyłącznie kwestia czasu.
Na razie można zmienić kanał. Albo iść na spacer.