W Ameryce nie ma (poza Nowym Orleanem) Tłustego Czwartku. Więc może właśnie dlatego, z czystej zawiści, po prostu, Amerykanie postanowili właśnie dokonać desantu na Polskę. Firma Dunkin’ Donuts wyruszyła na podbój Mazowsza, uzbrojona w najnowszego typu broń masowego rażenia – bomby kaloryczne „donut”.
REKLAMA
Moment ataku na Warszawę został wybrany doskonale, bo wiadomo, że w Polsce najwięcej pączków konsumuje się właśnie w Tłusty Czwartek. I w ogóle – w karnawale.
W Stanach jest inaczej, Amerykanie nie potrzebują do tego żadnego specjalnego pretekstu. Pączki konsumuje się tutaj na co dzień, zupełnie bez okazji. I mało, że się konsumuje. Się pochłania. W takich ilościach, że firma Dunkin’ Donuts produkująca najbardziej popularne tu donuty (lokalna nazwa pączka) upowszechniła slogan „America runs on donuts” – Amerykę napędzają pączki.
Tłusty Czwartek nie jest więc potrzebny amerykańskim cukiernikom.
Teraz – jak czytam w polskiej prasie – donuts ze Stanów mają ambicję „napędzać” także Polskę. Firma Dunkin’ Donuts podjęła drugą próbę podbicia rynku pieczywa cukierniczego nad Wisłą i serc polskich konsumentów (pierwsza była nieudana. Ostatnia cukiernia DD , ta w podziemiach Dworca Centralnego w Warszawie, zamknęła się dwie dekady temu).
Tak więc , donuty wracają, a klienci witają come back amerykańskich pączków ustawiając się w długich ogonkach. Ale – sądząc z komentarzy prasowych – oficjalnie spotykają się one z mało przychylnym przyjęciem. To nowość w polsko-amerykańskich relacjach handlowo-kulturowych. Tuż po transformacji wszystko, co amerykańskie, witano nad Wisłą z dużo większym entuzjazmem. Może dlatego, że w czasach PRL-u oryginalna coca-cola i guma balonowa „Donald” były dla nas symbolami wolności. I to nie tylko konsumpcyjnej. Niższa była też świadomość – nazwijmy to – dietetyczna.
W tej chwili jest całkiem inaczej, a oficjalne powitanie donutów jest więcej niż chłodne.
Na pierwszej linii ataku na imperialistyczne zaoceaniczne wypieki znalazły się argumenty racjonalne, czyli żywieniowe . Że, mianowicie, donuty to amerykańska dywersja zmierzająca do utuczenia polskiego społeczeństwa. I że to sama chemia, bo solidne dwie trzecie składu takiego pączka to spulchniacze, sztuczne aromaty, jakieś polepszacze i barwniki rodem wprost z Tablicy Mendelejewa.
Takie opinie są w pełni uzasadnione. Podobnego zdania są o donutach dietetycy w Ameryce.
Ale w komentarzach na temat amerykańskich pączków teraz pojawia się jeszcze inny, nieobecny wcześniej ton. Taki patriotyczno - godnościowy. Że po co nam cudze pączki, skoro mamy własne. Własne i lepsze. Z polskiej ekologicznej mąki, na polskich naturalnych drożdżach i z konfiturą z róży kwitnącej na rdzennie polskich rabatkach.
Narracja jest - z grubsza – taka, że oto polskie pączki są może i szare, nieatrakcyjne z wyglądu, podczas gdy te z Ameryki kolorowe i „nadziane”, ale my tu wiemy swoje i nie damy się nabrać na te fałszywe, zatrute chemią, lukrowane uśmiechy. Słowem – donuty stały się kolejnym elementem narodowej gry w „ mojsze jest lepsze niż twojsze”.
To nie jest duży problem, oczywiście. Tak naprawdę, to przeciętny donut nie ma szans w porównaniu z pączkiem od Bliklego czy ze Starej Pączkarni. Ale okoliczność, że już nawet wypieki cukiernicze stały się nad Wisłą probierzem patriotyzmu, trochę niepokoi.
Może to wina kryzysu imigracyjnego, a może klimat teraz w Polsce taki, mało przychylny „obcym”? Może teraz już tak będzie, przez czas jakiś, że skoro jesteśmy w Polsce to „trzeba mówić po polsku”? No ale żeby traktować w ten sposób donuty…
W Ameryce, kraju szowinistów żywieniowych, którzy wszędzie na świecie szukają McDonald’sa i Starbucksa, nikt nie postponuje polskich pączków z powodu pochodzenia etnicznego. Przeciwnie – zwłaszcza w okolicach Tłustego Czwartku prasa gorąco zachęca do zakupów tego smakołyku, rozpisując się o niepowtarzalnym smaku polskiego specjału. W konfrontacji z polish paczkis, donuty nie mają co liczyć na amerykański patriotyzm.
Wspieranie swoich jest – oczywiście – ważne, no ale bez przesady. Jeśli chodzi o wypieki, to decydować powinna wyłącznie kwestia smaku.
I może jeszcze kaloryczność. Więc na koniec mała ściągawka dla sekretnych wielbicieli tego, co całkiem dobre, choć niepolskie. Przeciętny pączek ze Starej Pączkarni to – w zależności od nadzienia i grubości warstwy lukru – pomiędzy 300 a 600 kalorii. Najmniej kaloryczne donuty mają – odpowiednio:
1/ French Cruller
220 kalorii
Tłuszcz: 14 gramów
Cukier : 10 gramów
220 kalorii
Tłuszcz: 14 gramów
Cukier : 10 gramów
2/ Sugar Raised Donut
230 kalorii
Tłuszcz: 14 gramów
Cukier: 4 gramy
230 kalorii
Tłuszcz: 14 gramów
Cukier: 4 gramy
3/ Glazed Donut:
260 kalorii
Tłuszcz: 14 gramów
Cukier: 12 gramów
260 kalorii
Tłuszcz: 14 gramów
Cukier: 12 gramów
4/ Apple ’n Spice Donut
270 kalorii
Tłuszcz: 14 gramów
Cukier: 8 gramów
270 kalorii
Tłuszcz: 14 gramów
Cukier: 8 gramów
5/Bavarian Kreme Donut
270 kalorii
Tłuszcz: 15 gramów
Cukier: 9 gramów
270 kalorii
Tłuszcz: 15 gramów
Cukier: 9 gramów
6/ Chocolate Frosted
270 kalorii
Tłuszcz: 15 gramów
Cukier: 13 gamów.
270 kalorii
Tłuszcz: 15 gramów
Cukier: 13 gamów.
Ale ja i tak wybieram się po pączki na daleki Greenpoint (półtorej godziny w każdą stronę), choć cukiernię Dunkin’Donuts mam na najbliższym rogu. I sama nie wiem, patriotyzm to, czy raczej kwestia smaku…
