W czasie Wielkanocy byłam w rodzinnym Wrocławiu. Jeszcze o tym napiszę. Ale najpierw będzie o Kolorado. Co ma stan Kolorado do aktualnej sytuacji w Polsce? Otóż od 2009 roku drastycznie, bo niemal o połowę, spadła tam liczba aborcji. W okolicach Denver dokonało się więc to, do czego usilnie dąży właśnie część Rodaków, wspierana przez większość sejmową. Czyli zdecydowane ograniczenie (najlepiej do zera) zabiegów przerywania ciąży.
REKLAMA
W Ameryce, jak zapewne wiadomo wszystkim, którym bliska jest ta specyficzna tematyka, aborcja jest dozwolona przez prawo federalne, a liberalna ustawa w tej sprawie obowiązuje od lat siedemdziesiątych. Konkretnie od słynnego wyroku Sądy Najwyższego w sprawie Roe vs.Wade, z 1973 roku.
Stosunkowo niedawno wprowadzono do niej pewne ograniczenia, zakazując niektórych drastycznych metod stosowanych w przypadku rozwiniętych płodów. Nakazano też, by potencjalne matki przed podjęciem decyzji o aborcji obejrzały swoje przyszłe dzieci na ekranie USG i wysłuchały opinii lekarza. W niektórych miejscach obcięto też fundusze na finansowanie takich zabiegów z pieniędzy publicznych.
Niemniej, ciążę można w Stanach przerwać na każdym (niemal) jej etapie i w zasadzie na życzenie.
Toteż jeśli Donald Trump mówi o ograniczeniu tego prawa, to ma na myśli ewentualne ukrócenie tej "życzeniowości" właśnie, nie zaś – jakby się mogło wydawać z polskiej konserwatywnej perspektywy – o zakazie przeprowadzania takich zabiegów w ogóle.
Coś takiego w Ameryce, coraz bardziej liberalnej obyczajowo i światopoglądowo, zwyczajnie "nie przejdzie". Nikt nie ma tu co do tego najmniejszych wątpliwości. A co do Trumpa, to – mówiąc na marginesie – ta jego nieprzemyślana wypowiedź przed kamerami moim, i nie tylko moim zdaniem pogrzebała ostatecznie jego szanse na prezydenturę. Ale nie o Donaldzie tu mowa, ale o spadku liczby aborcji w stanie Kolorado i w ogóle, w całych Stanach Zjednoczonych.
Liczba "zabiegów" w Ameryce spada systematycznie od chwili, kiedy zostały one w pełni dozwolone! Zmniejsza się także społeczne poparcie dla przerywania ciąży w ogóle, z początkowych niemal 70, do zaledwie 52 procent, co odnotowano w trakcie ostatniego takiego badania (2013). Sytuacja jest więc taka, że odkąd Sąd Najwyższy dopuścił aborcję na życzenie (a niektóre liberalne stany zaczęły finansować wszystkie zabiegi z publicznej kasy) ich liczba systematycznie… maleje.
Pytanie – dlaczego?
Tak zwani "prolajferzy" przypisują to zjawisko swojej nieustającej aktywności w walce – sądowej i ulicznej – o "życie poczęte". Zwolennicy wolnego wyboru wskazują z kolei na zbawienne działanie edukacji seksualnej i powszechniejszy dostęp do antykoncepcji.
W tego typu sporach bardzo trudno udowodnić, kto ma rację. I tutaj z pomocą socjologom przychodzi stan Kolorado. Bo właśnie tam ów dylemat rozstrzygnięto empirycznie.
W roku 2009 wystartował w Denver program adresowany do nastoletniej młodzieży, sponsorowany z pieniędzy anonimowego darczyńcy, który wyłożył na ten projekt 23 miliony dolarów.
Za te środki stan sfinansował darmową antykoncepcję dla wszystkich aktywnych seksualnie nastolatek, oraz szeroką akcję edukacyjną dotyczącą bezpiecznego seksu. Promowano przede wszystkim środki o przedłużonym działaniu i sprawdzonej skuteczności (głównie wkładki). Udzielono także znaczącej pomocy technicznej i finansowej oraz edukacyjnego wsparcie publicznym ośrodkom oświaty seksualnej.
Co się okazało?
Od początku działania programu do roku 2013 liczba aborcji u nieletnich spadła w Kolorado o 35 procent. Spadł też współczynnik ciąż u nastolatek, i to o niemal połowę! Zdecydowanie obniżył się zwłaszcza wskaźnik ciąż obarczonych dużym ryzykiem z powodu trudnych warunków zdrowotnych i socjalnych młodych matek.
Nie potwierdziły się natomiast przewidywania "prolajferów", że powszechny, swobodny dostęp do antykoncepcji pogłębi "rozwiązłość seksualną" nastolatków i przyczyni się do epidemii chorób przenoszonych drogą płciową. Przeciwnie – antykoncepcja wspomagana edukacją przyczyniła się do poprawy sytuacji w dziedzinie zdrowotności reprodukcyjnej młodych mieszkańców Kolorado. Co do rozwiązłości, to trudno powiedzieć, bo tego akurat nikt nie badał, no ale w programie nie chodziło o obronę moralności, tylko "życia poczętego".
Eksperyment z Kolorado, opisany nie tylko w prasie fachowej (między innymi w piśmie "Perspectives on Sexual and Reproductive Health") ale także w popularnych periodykach sugeruje, że ów efekt edukacyjno-farmakologiczny obejmuje całe Stany Zjednoczone.
Pomimo, że prawo na to zezwala, Amerykanie zdecydowanie wolą "zapobiegać niż leczyć". W roku 2011 takich zabiegów dokonano mniej, niż w 1973, zanim doszło do legalizacji aborcji.
Co ważne, mówimy tu o danych z roku 2011, kiedy jeszcze nie weszły w życie ograniczenia, jakie niektóre stany wprowadziły w federalnej ustawie aborcyjnej (konieczność wykonania USG płodu i konsultacji lekarskiej). Inna sprawa, że tego typu te restrykcje niewiele zmieniają w statystykach. Zbadano to w Kalifornii i wyszło, że oglądanie przyszłego potomka na monitorze zmienia decyzję co do aborcji u zaledwie jednego procenta przyszłych matek.
Tak więc – liczba aborcji spada w Ameryce wszędzie, i w stanach liberalnych i tam, gdzie rządzą fundamentaliści. W tym samym tempie rośnie za to zużycie środków antykoncepcyjnych.
Jak stąd wynika, najlepszym sposobem na ograniczenie aborcji jest mniej ciąż nieplanowanych i niechcianych. A najgorszym zakaz prawny i kryminalizacja. To nie jest kwestia przekonań. Tę zależność po prostu widać w statystykach.
Oczywiście wszyscy nad Wisłą o tym wiedzą, ale przecież nie o ochronę nienarodzonych tu idzie, ale o przemocowe dostosowanie prawa do "reguł moralnych" wywiedzionych z religijnego fundamentalizmu. I o spłatę – kosztem zdrowia, życia i bezpieczeństwa socjalnego kobiet – politycznych długów partii rządzącej, zaciągniętych w trakcie kampanii wyborczej właśnie w kościele katolickim, który teraz upomina się "o swoje".
Nawet islamiści nie posunęli się zresztą w tym zakresie aż tak daleko, jak chcą to zrobić radykałowie religijni i ich przedstawiciele w rządzie I parlamencie w Polsce, bo islam zezwala na aborcję do 12 tygodnia ciąży, i to nie tylko z powodów zdrowotnych, eugenicznych i kryminalnych, ale także "społecznych".
Przykład Kolorado empirycznie dowodzi, że kto naprawdę pragnie chronić życie od poczęcia, jest za oświatą seksualną i powszechnym, bezpłatnym dostęp do nowoczesnych środków antykoncepcyjnych.
