„Antek, ty świrze!” – tak potraktował aktualnego ministra obrony jego poprzednik na tym stanowisku, Radosław Sikorski. Jak widać na powyższym przykładzie, Ameryka, może się od Polski uczyć już nie tylko demokracji (co – swoją drogą – niedawno sugerował właśnie Antoni Maciarewicz). Wiele do nadrobienia pozostaje też Amerykanom w dziedzinie wolności słowa. Podczas gdy Stany knebluje poprawność polityczna i żaden polityk nie nazwie publicznie innego polityka idiotą, w Polsce to już niemal norma. A Prawo i Sprawiedliwość twardo zapowiada ochronę swobody wypowiedzi. Co dotyczy także, a nawet zwłaszcza „hate speech” czyli tak zwanej „mowy nienawiści”.

REKLAMA
Nad Wisłą, inaczej niż – na przykład – w Wielkiej Brytanii, można nie tylko zwyzywać ministra, swobodnie dzielić Polaków na sorty i grozić szubienicą niektórym dziennikarzom. Można też, a przynajmniej – jak rozumiem – od teraz już można, bez skrępowania pisać „Andrzej D..a”. I to nie tylko na drzwiach toalety, ale blokami, na łamach. I nie będą za to groziły żadne konsekwencje prawne, czyli że zwyzywać kogoś publicznie, zmieszać z błotem i odsądzić od czci i wiary będzie w Polsce łatwiej, niż w Ameryce, gdzie Pierwsza Poprawka do Konstytucji gwarantuje wprawdzie wolność słowa, ale jednak są od niej wyjątki.
Owszem, jest ich niewiele i bardzo trudno wygrać na tej podstawie sprawę w sądzie. Ale nie jest to – bynajmniej – niemożliwe.
W myśl amerykańskiego prawa można bowiem opublikować opinię, że minister obrony jest niespełna rozumu i powinien od dawna przebywać w zakładzie zamkniętym. Albo napisać, że jego zachowania sugerują, że jest agentem rosyjskiego wywiadu. Ale trzeba też – w razie potrzeby – umieć dowieść prawdziwości swoich słów, albo przynajmniej tego, że uwierzyło się w tej sprawie na słowo powszechnie uznanym autorytetom czy ekspertom i powołać się na źródła. Inaczej oskarżyciel ma jak w banku przegrany proces o zniesławienie. A jeśliby jeszcze odniósł z takiego pomówienia osobiste korzyści jest – w zasadzie – skończony.
Poza tym prawo do nieskrępowanego wyrażania nieprzychylnych politykom opinii jest dla nich uciążliwe. Toteż – inaczej niż nad Wisłą - ciągle pojawiają się nowe pomysły, jakby tu ową „samowolę słowa” trochę powściągnąć. Mówiąc inaczej – jak ukrócić pisanie o ministrach per „ty świrze”.
Tak więc Poprawka Poprawką, ale już od ładnych kilku lat trwa w Stanach burzliwa dyskusja nad ograniczeniem absolutnej swobody wypowiedzi. Pretekstu dostarczyła wydana jakiś czas temu dyrektywa ONZ, wzywająca do ograniczenia „mowy nienawiści”.
Wcześniej trzeba by zresztą wprowadzić ów termin do słownika pojęć prawnych, bo jak dotąd w Stanach „hate speech” (mowa nienawiści) jest wyłącznie określeniem potocznym. W odróżnieniu od „hate crime” – przestępstwa z nienawiści. Ale żeby takie przestępstwo zaistniało i zostało ukarane, nienawistnik musi przejść od słów, do czynów. W Ameryce nie ma tu zastosowania pojęcie „groźby karalnej”, o ile ktoś nie usiłuje jej zrealizować.
Jednym z ważniejszych orędowników ograniczenia prawa do hate speech jest w tej chwili prezydencki kandydat… Donald Trump. Tak, ten sam Donald Trump, który w kampanii obraża po kolei różne grupy społeczne i etniczne, opowiada ewidentne bzdury i rzuca wobec konkurentów i mediów insynuacje i oskarżenia bez pokrycia. Wolno mu. Jeszcze nie został prezydentem i nie wprowadził zapowiadanych ograniczeń. Ale chciałby. Pragnie zwłaszcza – co powtórzył wielokrotnie – rozszerzenia tak zwanych „libel laws” (praw związanych ze zniesławieniem).
Co to takiego? To jeden z zaledwie kilku przepisów ograniczających w Ameryce swobodę wypowiedzi. Pierwsza Poprawka ma bowiem swoje „poprawki” i nawet w Stanach nie jest tak, że można bezkarnie powiedzieć wszystko. Nie wolno bowiem kłamać. A już zwłaszcza nie wolno kłamać w złej wierze, czyli dla korzyści (obojętne – zawodowej, biznesowej czy tez politycznej)
Poza tym– nie można też bezkarnie stygmatyzować konkretnych ludzi czy grup społecznych, zwłaszcza gdy jest się politykiem. Bo obrzuceni błotem mogą skutecznie dochodzić swoich praw przed sądem. To wprawdzie skomplikowane, ale jednak możliwe, właśnie na mocy „libel laws”, które Donald Trump, jak już zostanie wybrany prezydentem, bardzo chciałby rozszerzyć.
The Donald zamierza w ten sposób chronić polityków przed niewybrednymi atakami mediów i przeciwników z wrogiego obozu. Bo nie podoba mu się, że w gazetach pisze się o nim per „błazen” czy „ pajac”. A czasem nawet - wiele ryzykując – „idiota”.
Czemu pisanie o Donaldzie per „ ty świrze” jest bardziej ryzykowne od określania go mianem od bufona, chama, pajaca czy błazna? Otóż dlatego, że „idiota”, to termin medyczny. A jak już była o tym mowa wyżej, można w Stanach mówić wszystko, ale trzeba mówić prawdę. Żeby napisać o Trumpie w ten sposób, należałoby trzymać w szufladzie ekspertyzę psychiatryczna uznającą, że Trump cierpi na poważne deficyty umysłowe.
Z tym, że nawet gdy publicznie rzucone oskarżenie jest nieprawdziwe, i tak nie stanowi ono jeszcze, samo w sobie, podstawy do procesu przynajmniej do czasu, aż ofiara nie udowodni, że pomówienie kosztowało ją utratę dobrego imienia i reputacji (a w konsekwencji naraziło na rzeczywiste szkody finansowe, na przykład utratę pracy, przegraną w wyborach etc.). Bo - jak słusznie zauważa amerykański ustawodawca - człowiek już niewiarygodny, nie może stracić dobrego imienia nawet wówczas, gdy został pomówiony bez dowodów.
Tymczasem Donald Trump miał problemy z reputacją na długo, zanim wystartował w wyborach prezydenckich. Więc nawet nieuprawnione nazwanie go teraz „idiotą” nie popsułoby mu – i tak fatalnego – wizerunku.
Jedyne, co mu w tej sytuacji pozostaje, to wygrać wybory i zmienić prawo.
Mało tego – amerykańscy dziennikarze mają jeszcze w zanadrzu dodatkowy atut – prawo do swobody opinii. Kiedy więc stawiają politykom najcięższe zarzuty albo wyzywają publicznie od najgorszych, raczej nie robią tego wprost, pisząc – Trump to, czy Trump tamto. Używają raczej zwrotów typu : biorąc pod uwagę okoliczności… sądząc z wypowiedzi… wnioskując z rezultatów… Ale konkluzja i tak jest zwykle bywa zwykle mocno niekorzystna dla Trumpa.
Metod obchodzenia „libel laws” jest tyle, że aby rzeczywiście skutecznie zabezpieczyć się przed braniem pod obcasy przez nieprzychylne media, The Donald musiałby najpierw zmienić Konstytucję.
Na razie jednak, podobnie jak „ Antka” w Polsce, nic go nie chroni, choć jest przecież coś, co mogłoby mu pomóc na drodze pozaprawnej. To obśmiewana przez resztę świata, a najgłośniej przez samego Donalda amerykańska „poprawność polityczna”. W kraju, w którym o każdym można powiedzieć wszystko, co najgorsze, po wyzwiska i insynuacje sięga się stosunkowo rzadko. Podobnych metod, jako prostackich, unikają zarówno szanujących się politycy, jak i profesjonalni dziennikarze. Bo to – po prostu – nie wypada. Za takie polityczne chamstwo płaci się tu utratą reputacji. A przynajmniej płaciło. Aż do czasów Trumpa.
To między innymi właśnie grubiański język odstręcza od Donalda amerykańskie elity polityczne, i to – o paradoksie – głównie republikańskie. Bo wśród pielęgnujących tradycję i dobre maniery konserwatystów pewnych rzeczy się nie mówi i nie robi, nawet jeśli nie ma na to paragrafu w kodeksie cywilnym czy karnym. To sprawa kultury. I to nie tylko kultury politycznej.
Za to w Polsce nikt się już – zdaje się – nie krępuje. Tak właśnie wygląda efekt „dobrej zmiany” w języku debaty publicznej.
Niektórzy wprawdzie wciąż powstrzymują się przed eskalacją brutalnego, oszczerczego języka ze względu na zwykłą przyzwoitość. Ale wszystko, jak widać, do czasu. Ten właśnie nadszedł – zdaje się – wraz z tweetem: „Antek, ty świrze!”.