Floryda, to zdecydowanie nie jest miejsce, gdzie trzeba by się obawiać zastrzelenia na ulicy. To nie Harlem. Przyjeżdża się tu, do tak zwanych "adult communities", żeby rozpocząć nowy, spokojniejszy etap życia z dala od wielkomiejskiego pośpiechu i zgiełku. Ale wszystko – okazuje się – do czasu…

REKLAMA
Floryda, to amerykańska wersja Raju. Latem jest tu wprawdzie duszno, jak w saunie, a poza tym Biblia ani słowem nie wspomina, że ojczystym językiem Pana Boga jest hiszpański, niemniej jest to właśnie to miejsce na ziemi, które większość Amerykanów wybiera by spędzić tu emeryturę.
Ze wszystkich miejsc, jakie kojarzą się na Florydzie z radością życia i bajkową egzystencją, najbardziej znane jest zaś Orlando, ze swoim słynnym Disney World – kompleksem parków rozrywki. To miejsce znają wszystkie amerykańskie dzieci, których marzeniem są wakacje w krainie Myszki Miki.
Tymczasem to właśnie tu, w samym środku amerykańskiego raju, rozegrał się wczoraj rano dramat na skalę, jakiej od dawna, a przynajmniej od 9/11 nie doświadczyły przywykłe do podobnych „incydentów" Stany Zjednoczone.
W niedzielne południe już wiadomo, że strzelanina w klubie nocnym „Pulse” dla panów w Orlando przyniosła co najmniej 50 ofiar śmiertelnych, nie licząc 53 innych osób, ciężej i lżej rannych, których rokowania są ciągle niepewne. Wśród zabitych jest także napastnik, zastrzelony w czasie szturmu na klub, przypuszczonego tuż nad ranem przez policję.
Napastnik został zidentyfikowany jako Omar Mateen z Port St. Lucie (w innych źródłach – Fort Pierce) na Florydzie. Ze skąpych na razie policyjnych doniesień wiadomo, że Omar dokonał ataku jednoosobowo, choć nie wiadomo jeszcze, czy nie był inspirowany przez jakąś organizację terrorystyczną. Na razie FBI nie łączy tej akcji z terroryzmem islamskim, choć na tym etapie śledztwa nie wyklucza się jeszcze żadnej ewentualności.
Dziennikarze CNN, którzy dotarli do ojca Omara, zastali go w głębokim szoku. Rodzina napastnika jest przekonana, że syn nie działał w żadnej organizacji islamistycznej ani nie popierał religijnego fundamentalizmu. Ojciec przypomniał sobie jednak niedawny incydent z udziałem syna, do którego miało dojść przed kilku miesiącami w Miami. Chłopaka miał wtedy zbulwersować widok dwóch mężczyzn, całujących się publicznie na ulicy. Być może za atakiem na klub gejowski stanęła więc nie tyle nienawiść religijna, co nietolerancja obyczajowa.
Jakby nie tłumaczyć motywów zabójcy, to co uczynił jest – prawdopodobnie – morderstwem z nienawiści, czyli "hate crime", a nie aktem politycznego terroru.
Ofiarom i ich rodzinom jest, oczywiście, wszystko jedno, jakimi motywami kierował się zabójca. Niezależnie od wszystkiego, doszło oto do sytuacji, kiedy z pozoru normalny młody Amerykanin przez kilka miesięcy planował akcję, w której pozbawił życia pięćdziesiąt nieznanych sobie, niewinnych osób tylko dlatego, że poczuł się urażony widokiem męskiego pocałunku.
Kiedy już krew ofiar wsiąknie w ziemię Orlando, a rodziny opłaczą swoich zmarłych. Ameryka po raz kolejny będzie sobie – za pośrednictwem mediów – zadawać pytanie „dlaczego”. Niektórzy publicyści podejmą też kwestię, czy to Omar miał problem, że strzelał do gejów, czy też raczej społeczeństwo, które uparło się, żeby traktować ich, jak resztę „normalnych” obywateli. Znowu zacznie się też dyskusja na temat dostępności broni palnej, w której znowu nikt nikogo nie przekona. Bo przecież nie o przekonania tu naprawdę idzie, ale o idące w miliardy dolarów interesy.
Dyskusja nie przyniesie więc nic nowego, bo też i przynieść nie może.
Motywów popychających do zbrodni niezrównoważonych, chorych lub po prostu złych ludzi jest bowiem tyle, ilu samych zbrodniarzy, gotowych zabijać „dla idei”.
Sheung –Hui Ch, student z Virginia Tech, który w 2007 roku zastrzelił na kampusie w Blacksburg 27 kolegów i ranił 17 innych, cierpiał na zaburzenia psychiczne i był ofiarą prześladowań ze strony innych studentów.
Adam Lanza, dwudziestolatek, który w 2012 odebrał życie dwudziestce uczniów podstawówki Sandy Hook w Newton (Connecticut) i ośmiu dorosłym, też miał poważne problemy mentalne, a zbrodni dokonał w akcie zemsty na matce (która stała się jego pierwszą ofiarą).
George Hennard, który w 1991 oku wjechał ciężarówką do Luby’s Cafeteria po czym ranił 27 osób i zastrzelił 23 trzy inne, a na końcu siebie, jak wykazało śledztwo „nienawidził czarnych, Latynosów, gejów i kobiet”.
Z kolei James Huberty zastrzelił 21 pracowników i przypadkowych klientów baru McDonalds w San Ysidoro, kiedy w 1984 roku stracił tam pracę w ochronie.
Największy z podobnych ataków, wykonany przez Timothy McVeigha w 1995 roku w Oklahomie, odebrał życie 168 ofiarom. Rannych zostało kolejnych 600 osób. Zbrodnię McVeighta zakwalifikowano jako akt wewnętrznego terroryzmu skierowany przeciwko rządowi federalnemu (celem ataku był obiekt federalny).
Motywy takich masowych zbrodni są więc bardzo różne: osobiste, religijne, polityczne, obyczajowe, choć zawsze są to „zbrodnie z nienawiści”. Nienawistników pełno na świecie. Nie jest to zjawisko jakoś szczególnie ograniczone do Ameryki.
Zanim ustalone zostaną motywy działania Omara, trzeba koniecznie wskazać na dwie zasadnicze różnice, między tymi, co nienawidzą na przykład w Polsce, i nienawistnikami ze Stanów Zjednoczonych.
Po pierwsze, w USA szwankuje mocno opieka psychiatryczna i dostęp do specjalistycznego leczenia. Po drugie – każdy, nawet osoba z poważnymi zaburzeniami osobowości lub po prostu chora psychicznie, może kupić sobie karabin maszynowy.
W tej sytuacji to i tak cud boski, że „incydenty” takie, jak ten dzisiejszy na Florydzie, nie zdarzają się tu każdej niedzieli.
Republikańscy politycy mają na to gotową, od lat tę samą odpowiedź – „więcej broni na ulicach”. To samo powtarza w swojej kampanii Donald Trump.
Ciekawe, ile podobnych „incydentów” zdarzy się w klubach nocnych Wrocławia, kiedy minister Macierewicz uzbroi w półautomaty swoje oddziały obrony terytorialnej, stworzone przez „kiboli”.
Nie mam pojęcia, czy chłopaki potrafią strzelać, wiadomo za to, że w nienawiści już teraz nie mają sobie równych nawet w Ameryce.