W Warszawie w sobotę ma się odbyć Marsz Godności, tymczasem w Ameryce od minionego piątku media –zwłaszcza społecznościowe – też bulwersują się tematem z gatunku tych „feministycznych”. Żyją historią Emily Doe, która zdarzyła się na kampusie Stanford University. Emily nie jest zresztą studentką tej uczelni, nie bez powodu uchodzącej za najlepszą w całej Kalifornii. A jednak sprawa panny Doe kładzie się cieniem na reputacji najsłynniejszego uniwersytetu Zachodniego Wybrzeża. Emily padła tam bowiem ofiarą największej plagi amerykańskich akademików.

REKLAMA
Została – mianowicie – zgwałcona. Napastnikiem okazał się student tej uczelni – Brock Turner.
Plaga gwałtów i innych „czynności seksualnych”, to w ogóle wielki, wstydliwie przemilczany problem amerykańskich kampusów uniwersyteckich. Dane dotyczące tego ponurego zjawiska są szokujące. Ze statystyk wynika, że nawet co czwarta amerykańska studentka opuszczająca szkołę wyższą w pakiecie z dyplomem otrzymuje też doświadczenie przemocy seksualnej.
Według Departamentu Sprawiedliwości napaść na tle seksualnym, to jedno z najczęściej popełnianych w Ameryce przestępstw „ w ogóle”. Co dwie minuty ofiarą sexual assault pada kolejna Amerykanka (lub Amerykanin, ale to rzadsze przypadki).
Dochodzące sprawiedliwości poszkodowane studentki rzadko kiedy uzyskują wsparcie swoich uczelni. Wyroki , jeśli w ogóle zapadają, są zwykle niewspółmiernie niskie w porównaniu z i tak niewysokimi karami, jakie przewiduje za gwałt tutejsze prawo. Aż 97 procent gwałcicieli nigdy nie trafia do więzienia. Jak wynika z danych pozarządowych organizacji zajmujących się zwalczaniem przemocy seksualnej, zdecydowana większość ofiar w ogóle nie zgłasza gwałtu na policji, w obawie przez …potępieniem społecznym. To nie pomyłka w „druku”. W Stanach, całkiem podobnie jak w Polsce, za gwałt ciągle obwinia się przede wszystkim jego ofiarę.
Co jakiś czas media podejmują debatę nad tym wstydliwym problemem, inspirowane przez skrzywdzone studentki. Ostatnia taka dyskusja przetoczyła się przez Amerykę w związku z działaniem artystycznym : „Mattress Performance-Carry That Weight”, autorstwa Emmy Sulkowicz, studentki nowojorskiego Columbia University. Zgwałcona Sulkowicz w proteście przeciw bezczynności władz uczelni wobec sprawcy –też studenta Columbii, nosiła ze sobą po kampusie materac – „miejsce zbrodni”. Jej akcją owszem, zainteresował się NYT oraz magazyn Time, ale głównie dlatego, że choć nawiązywał do traumatycznego osobistego doświadczenia, projekt Emmy był projektem artystycznym.
Gwałciciel nie został ostatecznie wydalony z uczelni.
Podobnie miało się stać w przypadku Emily Doe (która nie ujawniła publicznie swojego nazwiska). Sędzia Aaron Persky skazał gwałciciela - którym okazał się świetny student z tak zwanego „dobrego domu”, a do tego sportowiec z perspektywami na karierę olimpijską - na zaledwie pół roku więzienia. Resztę dwuletniego (najniższego jaki przewiduje kodeks) wymiaru kary zawiesił mu zaś na trzy lata.
Nikt przeciw temu specjalnie nie protestował, bo zamiatanie podobnych spraw pod dywan to już utrwalona akademicka tradycja. Wydawało się więc, że to, co nie udało się Emmie Sulkowicz i tysiącom bezimiennych ofiar przemocy seksualnej na kampusach, nie uda się też Emily Doe.
Aż tu nagle, w miniony piątek, pod krążącą w Internecie petycją o rewizję wyroku oraz wszczęcie wobec pobłażliwego sędziego postępowania dyscyplinarnego pojawiło się ćwierć miliona podpisów. I ta liczba ciągle rośnie.
Społeczne poruszenie wywołało upublicznienie przesłania, jakie Emily wygłosiła do gwałciciela w budynku sądu w Palo Alto, tuż po procesie. Na ten odważny krok zdecydował się portal BuzzFeed News (buzzfeed.com), a po nim stacja CNN. Treść listu opublikowały też inne media elektroniczne i papierowe.
Obok dokładnej, klinicznej relacji z tego, co działo się z nią w szpitalu i zaraz potem, ofiara opisała też swój stan psychiczny po gwałcie. Prostymi słowami opowiedziała o upokorzeniu, wstydzie, utracie szacunku do siebie i poczucia własnej wartości. Co kilka zdań powtarza się tam znamienna fraza – „ nie mogłam jeść, nie mogłam spać, nie mogłam mówić…” Emily w swoim oświadczeniu nawołuje sprawcę do odpowiedzialności. Pisze o tym, że gwałciciele powinni ponieść konsekwencje swoich czynów. Zmierzyć się z nimi „ jak mężczyzna”, przynajmniej po fakcie.. Przyjąć karę. Że to nie sprawa zemsty, tylko dojrzałości.
To ważne, bo przed wydaniem wyroku ojciec Brocka napisał do sędziego, prosząc, żeby nie marnował synowi życia przez jeden „ głupi występek”. Że przed nim kariera olimpijska. Że jest wzorowym studentem. A gwałt…cóż, „przecież nic się takiego nie stało”.
Pomimo głębokich zmian, jakie zaszły w ostatnim półwieczu w mentalności Amerykanów w związku z emancypacją społeczną kobiet, tak naprawdę, to ciągle jest to pogląd podzielny i traktowany za oczywisty przez mniej więcej połowę społeczeństwa. Paradoskalnie – głównie przez tę jego część, która publicznie deklaruje przywiązanie do „tradycyjnych wartości”.
Zgwałcili ją? Cóż – sama sobie winna. Było nie imprezować po nocy i nie upijać się do nieprzytomności. A zresztą – może go sprowokowała? Kto wie? Oskarżenie o gwałt to zwykle słowo przeciw słowu. Jeden z popularnych polskich publicystów, Rafał Ziemkiewicz, który publicznie żartował sobie z „wykorzystania pijanej”, w Ameryce spotkałby się z większym nawet zrozumieniem, niż w Polsce.
Feministki, organizacje antyprzemocowe i rodzice dorastających córek są wobec takich poglądów bezsilni. To dlatego, w obawie przed reakcją otoczenia, dwie trzecie ofiar napaści na kampusach w ogóle nie przyznaje się do gwałtu.
Z równouprawnieniem seksualnym jest w Ameryce problem. O ile „z urzędu” zwalcza się (nieszczególnie skutecznie) nierówności w dostępie kobiet i mężczyzn do wykształcenia, pracy czy przywilejów socjalnych, o tyle seksizm wciąż trzyma się tu świetnie. Dziewczynom „wolno” mniej. Wystarczy zresztą posłuchać Donalda Trumpa. Jego wystąpienia ociekają seksizmem i pogardą dla kobiet, niezależnie od ich wykształcenia, zasług i pozycji zawodowej. Dla niego, podobnie jak dla większości białych, marnie wykształconych mężczyzn z amerykańskiego interioru, i tak są one „ gorsze” niejako z definicji. Ponieważ…są kobietami.
To, że na kampusach studentki uczestniczą w życiu towarzyskim na równi z kolegami stanowi dla takich szowinistów płci obojga argument, że jeśli zostaną potem zgwałcone, to „ same sobie winne”. Bawią się? Piją? Używają „dopalaczy”? No to czego się spodziewają? Ceną, jaką każe im płacić za to „wyzwolenie” społeczeństwo, zbudowane na moralności purytańskiej, jest przyzwolenie na wykorzystanie. I na to, żeby sprawca pozostał bezkarny. Akurat w Ameryce bigoteria trzyma się mocno i nie zamierza odpuścić.
To się, oczywiście, zmienia, ale wolno.
Teraz, dzięki osobistemu, wstrząsającemu świadectwu Emily, będzie się pewnie zmieniało nieco szybciej.
W tej akurat dziedzinie Amerykański wymiar sprawiedliwości też – podobnie jak mentalność – pozostaje o kilka dobrych kroków za polskim. Gwałt ściga się nad Wisłą z urzędu. Ale –niestety – tylko na papierze.