W miniony wtorek amerykański Supreme Court (odpowiednik Trybunału Konstytucyjnego) podjął decyzję w sprawie zastosowania klauzuli sumienia do ustawy o zawodzie farmaceuty.
REKLAMA
Miał nie podjąć, bo wybieg Republikanów teoretycznie uniemożliwił mu wydawanie wyroków w kwestiach takich jak ta, czyli światopoglądowych. (Umówmy się, że stosowanie antykoncepcji to sprawa światopoglądowa, bo medycyna już dawno i jednoznacznie wypowiedziała się przecież w tej kwestii). Ale mimo wszystko podjął. I zdecydował, że nawet głęboko wierzący aptekarze nie mogą odmawiać sprzedawania środków antykoncepcyjnych, w tym także tych uchodzących w środowiskach chrześcijańskich za wczesnoporonne.
Skład orzekający ocenił, że jeśli pacjent dysponuje prawidłowo wydaną receptą na lek legalnie dopuszczony do obrotu, to taka recepta powinna zostać zrealizowana, niezależnie od osobistego stosunku farmaceuty do antykoncepcji.
Co do klauzuli sumienia, o prawo do której od lat walczą amerykańscy aptekarze, to owszem, aptekarze wciąż zachowują do niej prawo. Z tym, że realizacji recepty może odmówić wyłącznie konkretny farmaceuta. Nigdy jednak nie może się na klauzulę powołać apteka. Wczorajszy wyrok utrzymał w mocy rozporządzenie z 2007 roku, zezwalające pracownikom firm farmaceutycznych na odstąpienie od realizacji recepty na antykoncepcję interwencyjną (pigułkę „po”) , ale tylko w przypadku, gdy może to zrobić inny aptekarz pracujący w tej samej placówce. Mówiąc inaczej – kiedy sprawę może bez zwłoki i szkody dla pacjenta załatwić kolega z tej samej zmiany. Jeśli nie, bo – na przykład – obsługa jest jednoosobowa, jak w niewielkich aptekach rodzinnych, farmaceuta nie może się skutecznie powołać na klauzulę sumienia.
Godziłoby to bowiem w prawa pacjentów do leczenia.
Wyrok dotyczył sprawy z powództwa Stormans Inc., spółki farmaceutycznej z Waszyngtonu, która wystąpiła do sądu o uchylenie tego zastrzeżenia. Bo w przypadku aptek z obsadą jednoosobową przestrzeganie prawa naraża aptekarza na konflikt sumienia. Sąd zdecydował inaczej. Wczorajszy wyrok obejmuje, zgodnie z zasadą precedensu, wielu podobnych pozwów i uchwał podejmowanych na szczeblu stanowym, zmierzających do oddolnego ograniczenia praw reprodukcyjnych w USA. Nie udało się tego zrobić legalnie, poprzez ustawy, więc próbuje się osiągnąć ten sam efekt „sposobem”. Proliferom nie brakuje przy tym wytrwałości. Pozew, o którym mowa został już oddalony przez stanowy sąd apelacyjny. I to aż dwukrotnie. Ale cóż – do trzech razy sztuka…
Jak bardzo silne są naciski antyaborcjonistów na amerykańską legislaturę, świadczy okoliczność, że jest to już drugi wyrok Sądu Najwyższego w tym zakresie, wydany w bieżącym tygodniu.
Dzień wcześniej, w poniedziałek, Supreme Court odrzucił uchwalone przez stan Teksas prawo, narzucające tak zwanym „klikom aborcyjnym” wysokie, w większości przypadków niemożliwe do spełnienie standardy medyczne i sanitarne. Chodziło zwłaszcza o niewielkie ambulatoria, których wyposażenie zdecydowanie odbiegało dotąd od tego, jakiego wymaga się w szpitalach przeprowadzających zabiegi chirurgiczne. W teorii nowe prawo miało służyć zwiększeniu bezpieczeństwa pacjentek. W praktyce chodziło o ograniczenie im dostępności aborcji. Prawie się udało, bo w myśl nowych przepisów większość ambulatoriów tego typu musiałaby zostać zamknięta. W ostatniej chwili interweniował jednak Sąd Najwyższy, demaskując prawniczą intrygę i nazywając „po imieniu” prawdziwą intencję ustawodawcy stanowego. Dla przypomnienia – w Stanach obowiązuje prawo zezwalające (z wyjątkiem niewielu ściśle określonych przypadków) na aborcję na życzenie.
Wiadomo, że część Sędziów prywatnie nie popiera prawa do przerywania ciąży w kształcie, w jakim obowiązuje one w tej chwili. Poza tym Sąd Najwyższy USA po niespodziewanej śmierci jednego ze swoich członków znalazł się w takiej sytuacji, że głosy rozłożyły się tam po równo między Demokratów i Republikanów (z poglądów, nie przynależności partyjnej). To zaś oznacza pat legislacyjny we wszystkich sprawach, budzących w społeczeństwie silne kontrowersje i głębokie podziały światopoglądowe.
Ten stan wyjątkowo odpowiada Republikanom, dysponującym w tej chwili większością w Kongresie, ale tracącym poparcie w coraz bardziej progresywnym amerykańskim społeczeństwie. Żeby więc zachować jak najdłużej korzystny dla siebie układ sił w Supreme Court, amerykańscy konserwatyści od tygodni blokują kandydata na sądowy wakat, wyznaczonego zgodnie z prawem przez prezydenta Obamę. Zdecydowali, że nawet ryzykując skandal i oburzenie opinii publicznej nie będą rozpatrywać kandydatury nominata tak długo, aż nie zmieni się gospodarz Białego Domu, czyli do listopada tego roku.
Jak widać metody prawicy na uprawianie polityki są podobne po obu stronach oceanu.
Fortel Republikanów nie zdał się jednak na wiele w przypadku obu spraw zakończonych wyrokami na początku bieżącego tygodnia. Bo poglądy poglądami, ale sędziowie z Supreme Court to przede wszystkim… sędziowie. Prawo jest dla nich, najwyższej klasy profesjonalistów w swoim zawodzie przysięgających na Konstytucję, ważniejsze od sympatii politycznych i osobistych poglądów. Przynajmniej w Ameryce. I przynajmniej do tej pory.
Trudno powiedzieć, czy to wszystko się nie zmieni, jeśli „wola suwerena” wyniesie jesienią do władzy Donalda Trumpa. Z tym, że gra, jaką uprawiają Republikanie z Obamą w sprawie Sądu Najwyższego już wkrótce może ich kosztować utratę parlamentarnej większości niezależnie od wyniku wyborów prezydenckich. Niezadowolenie z metod blokowania przez polityków tej partii nominacji do Supreme Court wyraziło w ostatnim sondażu niemal 70 procent Amerykanów. Także tych, którzy dotychczas głosowali na GOP.
