
W piątek zakończyło się największe święto dla graczy, a przy tym piekło dla wielu osób piszących o grach – E3. Tegoroczna edycja imprezy była niezwykle ważna, bo to na niej na dobre rozpoczęła się kolejna „wojna” konsolowa, w której wezmą udział next-geny – Xbox One i PlayStation 4 (wiemy, jak wygląda ta druga konsola!). Kto wygrał targi? Wizerunkowo – zdecydowanie Sony. Pod względem gier – trudno stwierdzić.
REKLAMA
Zakończone kilka dni temu targi E3 stały nie tylko pod znakiem next-genów, ale też gier używanych, które są solą w oku dla wielu producentów i wydawców. Powód jest prosty – kasa. Z ich sprzedaży developerzy nie dostają ani grosza, a jako że ceny nowych egzemplarzy są dosyć wysokie (zwłaszcza w Polsce), dla wielu graczy kupno tzw. „używek” to dobry sposób na zaoszczędzenie pieniędzy. W mijającej powoli generacji konsol koncerny growe postanowiły stanąć do walki z rynkiem kopii używanych implementując różnego rodzaju mechanizmy pokroju online passów (jednorazowych kodów dających dostęp do multiplayera czy bonusowych dodatków) oraz obowiązkowego stałego połączenia z siecią. Jeszcze nigdy „używki” nie były jednak tak ważne na wielkich imprezach, jak na tegorocznym E3, a to wszystko za sprawą Microsoftu, który postanowił zaimplementować w Xboksie One kontrowersyjne zabezpieczenia. Pozwoliło to zdecydowanie wygrać targi jego największemu konkurentowi – firmie Sony.
Ale po kolei.
Czarny charakter
Po bardzo kiepskiej (delikatnie pisząc) majowej prezentacji Xboksa One, na której pokazano funkcje multimedialne, a niewiele gier, Microsoft odgrażał się, że na E3 będzie inaczej – firma miała zamiar skoncentrować się tylko i wyłącznie na wirtualnej rozrywce. I rzeczywiście tak było – w sumie pokazano około 20 tytułów. Problem w tym, że tylko część z nich to prawdziwe exclusivy nowej platformy giganta z Redmond. Niektóre produkcje – w tym World of Tanks (X360), Minecraft, Titanfall – ukażą się nie tylko na platformach koncernu, ale też na PC.
Większość to multiplatformy pokroju świetnego Metal Gear Solid V: The Phantom Pain, Dark Souls II, Wiedźmina 3: Dzikiego Gonu (tak, polska gra została pokazana na konferencji Microsoftu!) czy Battlefielda 4 (zaprezentowano robiący wrażenie gameplay z „singla”).
Z innych „ekskluzywnych” gier wymienić trzeba Forzę Motorsport 5, Sunset Overdrive (zabawny shooter od Insomniac Games osadzony w dużym, usieciowionym świecie), Crimson Dragon (zapowiedziana pierwotnie na X360 produkcja, w której sterujemy smokiem), Killer Instinct (kontynuacja znanej bijatyki sprzed kilkunastu lat), Ryse: Son of Rome (slasher od Cryteka osadzony w realiach starożytnego Rzymu) i Project Spark (pozwala tworzyć własne gry). Zaprezentowano także krótkie teasery nowego Halo i pierwszej gry nowoutworzonego studia Black Tusk.
Jest tego co prawda dużo, ale większość pozycji nie wydaje się być czymś unikalnym dla Xboksa One (przynajmniej wynika tak z udostępnionych materiałów). Forza Motorsport 5 to kolejna wyścigówka, jakich wiele, Sunset Overdrive też nie wydaje się być niczym świeżym, Killer Instinct to kontynuacja cyklu, który dzisiaj niewielu interesuje (do tego ma być to gra F2P w podstawowej wersji z jednym wojownikiem…), a gameplaye nie powalają. Ryse: Son of Rome mogłoby być interesujące, ale rozgrywka wydaje się być prosta niczym budowa cepa – zadanie gracza ogranicza się tylko do poruszania postacią i wciskania w odpowiednim momencie przycisków w sekwencjach QTE. Wygląda to filmowo, ale podejrzewam, że zabawy jest w tym niewiele, zwłaszcza, że gdy spóźnimy się z wykonaniem stosownej akcji, produkcja i tak wyświetli nam przygotowaną animację, nie dając nam jedynie pewnych bonusów. Czy to wystarczy, by przekonać graczy do Xboksa One? Nie.
Zwłaszcza, że konsola ma inne, znacznie większe problemy, które przez Microsoft promowane są, jako „ficzery” może nie rewolucyjne, ale na pewno dobre. Po majowej prezentacji urządzenia gigant z Redmond potwierdził, że pojawią się ograniczenia w związku z grami używanymi – będzie można się nimi wymieniać, ale tylko w określonych sklepach i to tylko, jeśli zezwoli na to wydawca danej produkcji. Jeśli się na to nie zgodzi, sprzedaż „używki” obarczona będzie dodatkową opłatą. Owszem, gigant z Redmond wprowadzi pewne udogodnienia, jak na przykład możliwość przekazywania – cyfrowo – swojej kopii produkcji znajomemu czy udostępnianie swojej biblioteki tytułów maksymalnie 10 użytkownikom (oczywiście jeśli jedna osoba będzie grać w nowe Call of Duty, pozostałe z „grupy” nie będą mogły). Byłoby to nawet dobre rozwiązanie, gdyby nie jeden szczegół.
Obowiązek połączenia z internetem. Co prawda, z siecią nie trzeba być cały czas połączonym, ale Xbox One będzie musiał raz na dobę „meldować się” na serwerach Microsoftu, by pobrać najświeższe dane – nie tylko patche, ale i informacje z „chmury” (np. o umiejętnościach innych graczy w Forzie Motorsport 5, na podstawie których zdefiniowane zostanie zachowanie AI). Jeśli urządzenie nie zaloguje się w stosownym czasie, zostanie ona zablokowana, aż do ponownego nawiązania połączenia z internetem.
Teoretycznie nie powinien być to problem – dzisiaj większość osób ma dostęp do globalnej sieci. Gorzej z jakością łącza i o to boją się gracze – w tym wyżej podpisany. Wyobraźmy sobie taką o to sytuację – chcemy pograć, ale przez niedawne burze doszło do awarii linii. Jej naprawa potrwa przez trzy dni. To oznacza, że przynajmniej przez dwa nie będziemy mogli pograć, a Xbox One będzie bezużyteczną kupą złomu. Sytuacja nierealna i rzadka? Może, ale dobrze wiemy, w jaki sposób funkcjonują nasi operatorzy – ich technicy nie spieszą się do naprawy uszkodzeń. Ktoś może powie, że tak jest tylko w naszym kraju, ale z komentarzy i postów na zagranicznych forach wynika, że nie tylko Polacy mogą mieć problem ze stałym połączeniem internetowym.
Sytuacji nie poprawia też arogancja przedstawicieli Microsoftu. Don Mattrick, szef dywizji firmy ds. elektronicznej rozrywki, mówi wprost – „nie masz internetu, kup Xboksa 360”. Gdy po raz pierwszy usłyszałem te słowa w wideo wywiadzie w amerykańskim programie GTTV nie mogłem uwierzyć własnym uszom – tak mówi pracownik koncernu, który za kilka miesięcy wprowadzi na rynek nową konsolę! Zbywa tym samym wszystkich potencjalnych klientów, tylko dlatego, że nie mają dobrego łącza sieciowego. Dlaczego osoba dysponująca odpowiednimi funduszami, ale nienajlepszym internetem (bo na przykład mieszka na wsi, gdzie dostępna jest tylko Radiówka), musi być skazana na platformę z poprzedniej generacji?
Nie pomagają też drobne kłamstewka koncernu i jego partnera, firmy Electronic Arts. W wywiadach na E3 przedstawiciele obu podmiotów zarzekali się, że prezentowane na targach gry na Xboksa One działały właśnie na tej konsoli, podczas gdy wiemy już, że rzeczywistość była inna – produkcje odpalano na komputerach firmy HP z GeForcem GTX serii 700 i Windowsem 7 na pokładzie (next-genowa platforma Microsoftu składa się z układów AMD i „ósemki”).
Dodajmy do tego dosyć wysoką cenę 499 euro (około 2100 zł) i fakt, że w dniu premiery zaplanowanej na listopad tego roku Xbox One nie będzie dostępny w Polsce. Czy trzeba dodawać coś więcej?
Biały rycerz
W obliczu wizerunkowej porażki Microsoftu, Sony nie musiało się tak naprawdę wiele starać, by pokonać swojego konkurenta na E3. I rzeczywiście – wystarczyło, że firma potwierdziła, iż PS4 pozwoli na swobodne korzystanie z gier używanych (koncern uważa, że jeśli kupiliśmy daną produkcję, jest ona nasza i możemy z nią zrobić, co tylko zechcemy) i braku obowiązku łączenia się z internetem, co 24 godziny. Uwierzcie – takiej reakcji zebranych na sali, gdzie odbywała się targowa konferencja Sony, nigdy jeszcze nie widziałem. Przez kilka minut zgromadzeni w pomieszczeniu dziennikarze i gracze klaskali i wiwatowali. Coś pięknego!
Nareszcie ujawniono też wygląd PlayStation 4. I to chyba jeden z niewielu elementów, do którego można się przyczepić – jej projekt przypomina nieco Xboksa One (z którego nabija się pół internetu), ale wygląda na zgrabniejszy i mniejszy. Konsola ma jednak nie wyglądać, ale dobrze służyć, prawda? Na szczęście niedociągnięcia wizualne urządzenie nadrabia ceną. PS4 kosztować ma w dniu premiery – uwaga! – tylko 399 euro, a więc około 1699 zł. To naprawdę bardzo mało, jak na next-gen. Oczywiście polska cena będzie zapewne nieco większa, ale i tak nie więcej niż o 200-300 zł. Porównując to do PS3, za które na starcie trzeba było zapłacić nawet 2500 zł jest to naprawdę niewiele. I najważniejsze – konsola pojawi się u nas na równi z resztą Europy, a więc jeszcze w okresie świątecznym.
Sony wygrało pojedynek z Microsoftem także pod względem growym, choć zapowiedziano tylko jeden nowy exclusive – The Order: 1886 (steampunkowa produkcja od studia Ready at Dawn, twórców przenośnego God of War). Pokazano natomiast wcześniej zapowiedziane produkcje, w tym Killzone: Shadow Fall (kontynuacja flagowej dla platform PlayStation serii FPS-ów), DriveClub (nowa ścigałka od studia Evolution), Knack (sympatyczna platformówka od głównego inżyniera PlayStation 4) oraz inFamous: Second Son (nowa część cyklu o ludziach z nadnaturalnymi zdolnościami, ale z nowym bohaterem). Warto tu nadmienić, że trzy pierwsze pozycje dostępne będą w dniu premiery PS4 – na inFamous poczekamy do 2014 roku. Wszystkie produkcje prezentują się olśniewająco, ale i tak nic nie przebija dema technologicznego stworzonego przez studio Quantic Dream – Dark Sorcerer. To trzeba zobaczyć…
Sony zamierza też skoncentrować się – w przeciwieństwie do Microsoftu – na grach niezależnych. W czasie swojej konferencji firma pokazała kilka tego typu produkcji, w tym Transistor, czy Don’t Starve.
Reszta pokazu to głównie produkcje multiplatformowe – w tym Diablo III, Final Fantasy XV (nietypowa odsłona japońskiego cyklu, w którym turową walkę zastąpiono starciami w czasie rzeczywistym. To tak naprawdę nowa wersja powstającej od kilku lat Final Fantasy Versus XIII, która miała właśnie stawiać na walkę), Kingdom Hearts III (połączenie światów Final Fantasy i Disneya), Assassin’s Creed IV: Black Flag (krótki, ale dobry gameplay), Watch Dogs (kolejny, niesamowity fragment rozgrywki), The Elder Scrolls Online, Mad Max (egranizacja kultowego filmu, o którym plotkowano od dłuższego czasu) i Destiny (nowa gra Bungie stawiająca na kooperację).
Najsłabiej wypadł w tym roku Ubisoft, firma, która rok temu „pozamiatała” na E3. Tak naprawdę pokazano jedynie cztery warte uwagi gry – Assassin’s Creeda IV: Black Flag (dwa fenomenalne zwiastuny), The Crew (stawiająca na współpracę użytkowników nowa wyścigówka twórców Drivera), Watch Dogs (tytuł, który zdominował ubiegłoroczną edycję imprezy) oraz Tom Clancy’s The Division. Z tym ostatnim projektem mam poważny problem – wielu zdążyło już okrzyknąć tę grę produkcją targów. I rzeczywiście, wygląda ciekawie, ale wydaje mi się, że Ubisoft zaczyna powoli gonić w piętkę. Oglądając pokazany gameplay miałem wrażenie, że oglądam nastawiony na multi Watch Dogs z nieco odmiennymi mechanizmami rozgrywki. Mnie to nie przekonało.
I to tyle. Przepraszam za poślizg, ale przez targi miałem cały ostatni tydzień bardzo zapracowany. :)
Piotrek.
