Nadzieja, że coś dostanę budzi moje emocje. Nawet, jeśli osobiście nic nie dostanę za darmo, to jednak sam fakt ogłoszenie promocji „500 +” działa na wyobraźnię. Mogę coś dostać (chociaż nie dostanę), ale nadzieja pozostaje. Już z samego faktu, że istnieje taka możliwość daje mi poczucie przynależności do grona obdarowywanych.

REKLAMA
Jeśli czegoś nie mam i uświadamiam sobie ten brak, to zaczynam cierpieć. Ale też pojawia się nadzieja, że gdybym jednak to dostał to byłbym szczęśliwy. Przecież szczęśliwym jest właśnie ten, kto posiada wszystko. Kiedy wiem, że jestem szczęśliwy? Wtedy, gdy niczego nie chcę. Jeśli nic nie pragnę, a nie mogę pragnąć czegoś, co mam, to znaczy, że mam wszystko. Oczywiście jest tu zawarta pewna złośliwość bogów (a bogowie greccy byli bardzo złośliwi, wszak posiadali całą masę ludzkich cech), którzy uważają, że istoty skończone nie mogą być szczęśliwe, nie mogą przecież posiąść wszystkiego (wynika to z ich śmiertelności). Czyli nawet wtedy, kiedy jesteśmy szczęśliwi, to i tak tego nie uświadamiamy. Gdy jednak jesteśmy nieszczęśliwi i cierpimy, to już zawsze z pełną świadomością tego stanu.
Jak powyższy przydługi wykład o szczęściu i nadziei ma się do obietnicy wyborczej PiS-u ofiarowania 500 złoty na dziecko? Jest właśnie tym „brakiem”, który nam uświadomiono - nie mam 500 złoty na dziecko, ale gdybym miał, to niczego więcej już bym nie potrzebował. Miałbym wszystko, byłbym więc szczęśliwy. Jednak kiedy otrzymam 500 złoty, to przestanę tej kwoty pragnąć, przestanie budzić moje emocje, stanie się normalnością. Czy będę z tego powodu szczęśliwy? Może za pierwszym razem, czy drugim, ale szybko stwierdzę, że te 500 to po prostu mi się należy. Wtedy zacznę myśleć o tych innych rzeczach, których nie mam. A znowu, gdy jestem bogatszy (o 500), to moje potrzeby wzrastają i wtedy uświadamiam sobie na jak mało mnie stać. Tylko bogaci mają świadomość tego jak są biedni, na jak wiele rzeczy ich nie stać, a wcześniej, jako biedni, nawet nie wiedzieli o istnieniu pewnych dóbr.
Dlatego zrealizowanie obietnicy jest jej końcem. Rodzi raczej rozczarowanie, a na pewne nie zadowolenie. Poza tym, kto lubi być wdzięczny swemu darczyńcy? Nikt nie chce etykiety żebraka, któremu ktoś łaskawie w wyniku jego dobrej woli coś ofiaruje. Szybko obdarowywany przechodzi do postawy, że „przecież mi się należało”. Natomiast osoby, dla których ta kwota nie stanowi znacznego przyrostu dochodu, raczej traktują darczyńców jako osoby niezbyt rozgarnięte. To jak Veblen opisuje konsumpcję na pokaz, że jak ktoś wydaje znacznie więcej niż jego rzeczywiste nadwyżki zasobów, jest taktowny jako marnotrawca. Nie szanujemy niegospodarnych utracjuszy! Co to oznacza, gdy takim utracjuszem jest rząd?
Koniec końców, obietnica zrealizowana obraca się przeciwko „darczyńcy”. Dali i co? Mam być im dozgonnie wdzięczny, bo potraktowano mnie jak żebraka? Należy się! Albo, jeśli ktoś bezmyślnie rozdaje, to trzeba z poczuciem wyższości brać i tyle. Obietnica ma wartość polityczną: mobilizuje, daje nadzieje, uruchamia proces pragnień, itd. Zrealizowana nie budzi żadnych emocji i nikt nie jest za to wdzięczny. A nawet zaczyna budzić niezdrowe emocje: „co, on dostał, a ja nie, chociaż wychowałem dzieci” (moja osobista zazdrość o radość drugiego).
Dobra rada dla PiS-u: mnożyć przeszkody i wrogów realizacji narodowej „promocji 500 plus” oraz odkładać jej realizacje jak najdłużej w czasie. Ideałem byłoby przesuniecie wypłaty na czas po przeszłych wyborach, ponieważ te właśnie niechętne siły uniemożliwiły rozdanie prezentów w tej kadencji. PiS dokładnie wie, że polityka to emocje, a dobra marketingowo obietnica je rozpala (dlatego to musi być aż 500, a nie 499,90 zł, i na dodatek jeszcze z plusem). Polityczna promocjo trwaj do końca i o dzień dłużej! PiS też liczy, że jak da 500 złoty, to ludzie zapomną o wszystkich „złych” jego czynach, jak chociażby paraliż Trybunału Konstytucyjnego. Owszem zapomną, ale tylko o obietnicy „500 plus” (jeśli będzie zrealizowana).