Dokładnie cztery lata temu, na ćwierćwiecze, sprawiłam sobie pierwszego bloga. To jedyna rzecz, która do tej pory mi w życiu wyszła.

REKLAMA
W trosce o Wasze niezerwane boki oraz kronikarską dokładność nie uraczę Was teraz arcyzabawnym żarcikiem: "oprócz włosów". Zaś przez wzgląd na poprawność polityczną nie dodam, gdzie Ten Blog Co Mi Wyszedł był pisany. Gdyż nie dosyć, że mi wyszedł, to jeszcze na koniec bokiem.
Bo nie można być ciągle śmieszną i przygodową. I gdy już nie dajesz rady być ciągle Tomkiem Sawyerem, ani fabularnie ani stylistycznie nie wyrabiasz norm, a śmieszniejszy od Ciebie jest nawet Kabaret OTTO (i to bez syntezatora!), to albo nie piszesz nic albo zaczynasz być refleksyjna. Ale w polskiej blogosferze akurat Refleksyjnych Blogerek jak grzybów po deszczu nawalnym.
W tym kraju może brakować kilometrów autostrad, milionów w budżecie, prawych nóg w ataku i lewych w obronie, szarych komórek w Sejmie, czystej wody w kranach, kultury w autobusach, ale rozważań wokół żakietów, koncepcji na temat pomidorowej, spekulacji na temat spekulacji NI-GDY! Polska refleksyjnym blogiem eksperckim stoi.
Więc jak mnie tak naszło na refleksje, to wolałam usiąść w kąciku, nie pisać nic i poczekać aż mi łaskawie przejdzie.
Mam dziś kolejne urodziny. I nic mi nie sprawi takiej radości jak nowy blog w prezencie.
Tym bardziej, że istnieje spora szansa, iż kawarantannę odbyłam jak należy i bardzo refleksyjna, to tutaj nie będę. No chyba, że akurat będę.
Uzbierało mi się nowych historyjek i znów jakby bardziej idzie ku przygodzie. Poza tym jak wskazują najnowsze źródła (patrz ostatni numer Vivy! i wywiad z Edytą Górniak) rozluźnienie stosunków z poczuciem obciachu najsilniej objawia się przed czterdziestką.
Na refleksyjność mam zatem jeszcze dekadę.
A póki w kraju żałoba – żegnam się czule.
Ponoć nie wypada dowcipkować przy narodowym kirze.