To nie tylko moje spostrzeżenie, że małe dzieci jak gdzieś idą to biegną. Te nieco powyżej kolana wszystkie tak mają! No to ja mam analogicznie jak one, tyle że z wózkiem. Jak jadę wózkiem, to zawsze włączam piąty bieg. I też zwykle się przewracam.
REKLAMA
Kiedyś myślałam, że z wiekiem przechodzi. A już ci! Z wiekiem człowiek zaczyna się ewentualnie trochę bardziej krygować, rozglądać na boki, do próby podchodzić z większą nieśmiałością.
Tak jak ja dziś. Niby rząd pusty, a ja w blokach cała gotowa. Niby nikt nie widzi bo ludzi w Ikei na tygodniu mało, ale trochę jakby nie wypada, trochę jednak głupio. Ostatni rzut okiem czy aby na pewno żadna kamera nie rejestruje i baaaach.. Jak się nie odepchnę, jak za rączkę śmiało nie złapię!
Jak na weterana jazdy wózkowej przystało do startu przygotowałam się profesjonalnie - kurtka rozpięta (żeby przypadkiem się "nie zgrzać"), torba podręczna na wózku (żeby nic nie krępowało najpłynniejszych z płynnych ruchów), siła odpychająca w prawej łydzie ustawiona na full.
Chwała Ci kimkolwiek tam w górze nie jesteś, że na starość człowiek oprócz obawy przed zgrzaniem się", bierze pod uwagę również możliwość "przeziębienie nerek". Jak to dobrze, że ja tej kurtki z siebie nie zdjęłam. Bo mi pięknie zamortyzowała upadek gdzieś na wysokości materacy VYSSA SKÖNT, gdym hamować zachciała, a stópka w kaloszu omskła mi się niefortunnie po posadzce. Tak rypłam, że aż mi kapturek pod głowę wskoczył, a przed oczami przeleciały najfajniejsze kadry z obozu harcerskiego w Myczkowcach'96.
Żyję. Co więcej - wciąż w jednym kawałku. I nic nie mam pękniętego! Czym wyprzedzam mój poprzedni start wózkowy o dwa żebra. Ale o tamtej próbie to może kiedy indziej. Zbyt nieśmiała tutaj jeszcze jestem.
Metaforyczna konkluzja tego arcyświatłego posta jest następująca: nie warto na siłę pchać się na szpilki bo rypnąć można boleśniej niż w byle kaloszku. Pielęgnujmy więc w sobie to, co najfajniejsze. Bo wtedy zawsze znajdzie się "kapturek" co zamortyzuje.
Tak jak ja dziś. Niby rząd pusty, a ja w blokach cała gotowa. Niby nikt nie widzi bo ludzi w Ikei na tygodniu mało, ale trochę jakby nie wypada, trochę jednak głupio. Ostatni rzut okiem czy aby na pewno żadna kamera nie rejestruje i baaaach.. Jak się nie odepchnę, jak za rączkę śmiało nie złapię!
Jak na weterana jazdy wózkowej przystało do startu przygotowałam się profesjonalnie - kurtka rozpięta (żeby przypadkiem się "nie zgrzać"), torba podręczna na wózku (żeby nic nie krępowało najpłynniejszych z płynnych ruchów), siła odpychająca w prawej łydzie ustawiona na full.
Chwała Ci kimkolwiek tam w górze nie jesteś, że na starość człowiek oprócz obawy przed zgrzaniem się", bierze pod uwagę również możliwość "przeziębienie nerek". Jak to dobrze, że ja tej kurtki z siebie nie zdjęłam. Bo mi pięknie zamortyzowała upadek gdzieś na wysokości materacy VYSSA SKÖNT, gdym hamować zachciała, a stópka w kaloszu omskła mi się niefortunnie po posadzce. Tak rypłam, że aż mi kapturek pod głowę wskoczył, a przed oczami przeleciały najfajniejsze kadry z obozu harcerskiego w Myczkowcach'96.
Żyję. Co więcej - wciąż w jednym kawałku. I nic nie mam pękniętego! Czym wyprzedzam mój poprzedni start wózkowy o dwa żebra. Ale o tamtej próbie to może kiedy indziej. Zbyt nieśmiała tutaj jeszcze jestem.
Metaforyczna konkluzja tego arcyświatłego posta jest następująca: nie warto na siłę pchać się na szpilki bo rypnąć można boleśniej niż w byle kaloszku. Pielęgnujmy więc w sobie to, co najfajniejsze. Bo wtedy zawsze znajdzie się "kapturek" co zamortyzuje.
Zawsze uważałam, że najlepsze sentencje to te, w których ni ch.. nie wiadomo o co chodzi. Nich żyje wolność interpretacji! Viva wieloznaczność!
To pisałam ja. Alternatywna odsłona Paulo Coelho.
