Trzy funty miesięcznie. Tylko tyle musi wydać rodzic na wyspach brytyjskich, aby skutecznie kontrolować swoje dziecko. Wystarczy, że wykupi specjalną usługę oferowaną w ramach sieci komórkowej Vodafone. Karta SIM obsługiwana z poziomu komputera ma pomóc w "zarządzaniu" czasem i aktywnością pociechy.

REKLAMA
Rozwiązanie popiera Brytyjski Instytut ds. Rodziny i Rodzicielstwa i podnosi w tej sprawie kwestię bezpieczeństwa dzieci właśnie. Te same argumenty pojawiają się w głowach twórców systemu "Benilo". Rodzice lub opiekunowie w każdej chwili mogą wyłączyć telefon swojej pociechy lub zdalnie przeczytać wysłanego SMS-a.
Tyle zwolennicy "systemu". Co na to zdrowy rozsądek i wiedza psychologiczno-pedagogiczna? Tak sprawowana kontrola w sposób oczywisty przekłada się na brak zaufania w niezwykle wrażliwym układzie stron dziecko-rodzic. Przywoływanie argumentu bezpieczeństwa młodych ludzi jest podejmowaniem próby budowania fundamentów więzi międzyludzkich "od końca". Tam, gdzie powinno pojawiać się odwzajemnione zaufanie, ujawnia się pokusa kontrolowania poczynań i towarzyszące jej napięcie między inwigilującym a inwigilowanym.
Osobną sprawą jest kwestia uznania "sensowności" posiadania i używania przez dzieci telefonów komórkowych w szkole. W jaki sposób i kiedy należałoby określić moment, w którym dziecko mogłoby przynosić aparat do szkoły? Pytanie, w kontekście prezentowanego problemu, wydaje się zasadne.