Edukacja jest jedną z tych sfer życia, na której próbują znać się wszyscy. Każdy z nas bowiem do szkoły chodzi lub chodził – podstawowej, zawodowej, średniej, wyższej - i przynajmniej w zakresie własnego doświadczenia edukacyjnego wypowiedzieć się potrafi. Jest więc przestrzeń dyskusji o szkole tak samo otwarta jak popularne tematy spotkań rodzinnych i towarzyskich: polityka, sport, służba zdrowia.
REKLAMA
Nie ma nic złego, jeśli o problemach narodowej piłki nożnej peroruje po raz kolejny wujek kibicujący A-klasowej drużynie w swojej miejscowości – wujek jak to wujek, na piłce kopanej znać się musi. Prawdopodobnie z podobnym dystansem traktujemy dywagacje kolegi z pracy na temat jakości polskiego parlamentaryzmu, choć bywa, że w dyskusję „o polityce” – chcąc nie chcąc – się angażujemy. Oba przykłady można potraktować jako niegroźne: wujka widzimy kilka razy w roku i uznajemy, że dodaje kolorytu rodzinnemu spotkaniu, kolegę z pracy i jego opinie – jeśli wypowiada je przy śniadaniu – przełykamy wraz z kolejnym kęsem kanapki.
Gorzej jeśli o sprawach ważnych mówią publicznie tzw. autorytety, nie zauważając, że wykraczają poza obszar swoich kompetencji. Tak dzieje się niestety często, kiedy tematem publicznej dyskusji staje się edukacja. Transparentnym przykładem zabrania się za temat, który wykraczał poza możliwości wypowiadającego się jest ostatni artykuł prof. Łukasza Turskiego traktujący, między innymi, o kwestii dolnej granicy wieku szkolnego, innymi słowy – o problemie pójścia sześciolatków do szkół.
Łukasz Turski nawiązał w tekście do stanowiska Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN dotyczącego nowelizacji ustawy oświatowej – opinię przygotowała prof. Dorota Klus-Stańska z Uniwersytetu Gdańskiego. W dokumencie czytamy między innymi:
Braki w przygotowaniu szkół pod względem prawnym, kadrowym i organizacyjnym są drastyczne i dotyczą m.in. nauczycieli przygotowanych profesjonalnie do zajmowania się dziećmi w tym wieku, rozwiązań całodziennej opieki, wykraczającej poza plan zajęć, regulacji dotyczących okresu wakacji szklonych, terenów zabaw itd.
Oraz:
Obraz szkoły, jaki wynika z badań pedagogów wczesnej edukacji (…) jest dramatyczny i ukazuje spustoszenia, jakie wywołuje wczesna edukacja szkolna: skrajne nieprzystosowanie szkoły do młodszych uczniów, przestarzałą metodykę, brak aktywności badawczej na lekcjach, incydentalność współpracy grupowej, stereotypizację postaw społecznych i stygmatyzację odmienności, wydziedziczanie z kultury macierzystej i macierzystego języka, opresyjną dyscyplinę ciszy i znieruchomienia, organizację przestrzeni klasy rodem z XIX wieku, a więc ogólnie: mamy szkołę, która zamiast integrować cokolwiek zgodnie ze swoimi założeniami ma charakter dezintegrujący wiedzę i poczucie tożsamości dzieci, obniżający kompetencje społeczne, wywołujący brak poczucia sprawstwa, postawy rywalizacyjne i lękowe.
Co zrobił profesor Turski z merytorycznym stanowiskiem naukowców-koleżanek i kolegów z PAN? Poużywał sobie w swoim stylu, plotąc o marginalizacji środowiska profesjonalnych pedagogów, opowiadając o rewolucji informatycznej, która rozpoczęła się w listopadzie 2001 roku, wreszcie - pisząc o nauczycielach z prowincji polujących na asteroidy. Próżno szukać w tekście wyważonych opinii, choćby takich, które mieściłyby się w formule publicystycznej wypowiedzi. Prof. Turski zajął stanowisko w sprawach, o których ma orientacyjne pojęcie, powiedzmy - wie o szkole tyle, ile przeciętna osoba w jego wieku - prawdobodobnie tyle, ile wie dziadek, odprowadzający swoje wnuczęta do szkoły.
Dlaczego zwracam uwagę na tekst Łukasza Turskiego? Po pierwsze dlatego, że autor używa swojego autorytetu, autorytetu profesora fizyki popularyzującego naukę (vide: Centrum Nauki Kopernik, Piknik Naukowy Polskiego Radia) do wypowiadania się w sprawach, które wymagają systematycznych studiów i analiz. Edukacja – niezależnie od tego, jak będziemy ją dzielić i dalej nazywać – posiada swoje odniesienie w obszarze badań i dociekań naukowych. Dyscypliną, która zajmuje się edukacją (problemami kształcenia i wychowania – mówiąc najogólniej) jest pedagogika. Łukasz Turski jako fizyk, realizujący swą karierę naukową, od momentu ukończenia studiów do uzyskania tytułu profesora tytularnego, właśnie w tym obszarze wiedzy, na pedagogice znać się nie może. Może natomiast wydawać mu się, że zna się na edukacji – przypomnijmy sobie tutaj casus wujka opowiadającego o polskiej piłce nożnej z perspektywy kibicowania prowincjonalnej drużynie A-klasowej.
Po drugie, nie zdecydowałbym się na ten wpis, gdyby nie wcześniejsza odpowiedź na artykuł Łukasza Turskiego, autorstwa pedagoga, prof. Bogusława Śliwerskiego. Nie powielę tutaj argumentów, które w tekście Śliwerskiego się pojawiają – autor profesjonalnie i celnie punktuje w nim demagogiczno-podwórkową pedagogię Turskiego. To wystarczy, aby wyrobić sobie zdanie na temat jakości analiz naukowca-fizyka z Uniwersytetu Warszawskiego.
Po trzecie. Nie mogę pozostać bez reakcji, gdy ignorowane są wieloletnie badania i studia pedagogów i pedagożek, tym bardziej, że polska pedagogika, przynajmniej od dwudziestu lat, nie ma się czego wstydzić. Mamy w Polsce badaczy i badaczki edukacji światowej klasy. Wywodząc się ze środowiska gdańskich pedagogów nie mogę nie wspomnieć o Joannie Rutkowiak, Marii Mendel, Dorocie Klus-Stańskiej, Tomaszu Szkudlarku oraz młodszej generacji badaczek – Lucynie Kopciewicz czy Astrid Męczkowskiej-Christiansen. Życzyłbym sobie, aby prof. Łukasz Turski, przygotowując się do publicznej wypowiedzi, sięgnął choć do jednego z tekstów prezentowanych tutaj autorów. Dzieląc się swoimi poglądami w gronie fizyków może pozostać przy swojej „autorskiej” wiedzy na temat edukacji.
Po czwarte – i to argument na rzecz zajęcia się artykułem Łukasza Turskiego najważniejszy - chciałbym, aby publiczną opinię na temat tak istotnej sprawy jak obniżenie wieku szkolnego kształtowali znawcy problematyki, np. prof. Klus-Stańska czy prof. Bogusław Śliwerski. Rzecz jasna - nie musi ona być jednolita, ale ważne, żeby była poparta studiami i czytaniem aktualnych doniesień naukowych. Dobrze, że pedagodzy zaczynają mówić o „aktualnościach” i dbają o jakość dyskusji o polskiej edukacji - przypadkowe wypowiedzi przynoszą bowiem więcej szkód niż korzyści.
