Postanowiłem ostatnio, że nie będę pisał o otwartej kulturze, nie będę nawiązywał do problematyki prawa autorskiego w dobie rewolucji cyfrowej i nie będę przyglądał się internetowym trendom. Wypowiedzi na ten temat w „polskim” internecie jest tyle, że – poza kilkoma wyjątkami – przestają być one przyswajalne (mimo wielości spojrzeń, z tekstów i komentarzy, nie można wyczytać nic nowego). Zostawiam więc na chwilę opisy i znawców zjawisk: crowdfundingu, otwartych zasobów edukacyjnych, wolnych licencji oraz filter bubble i ze spokojem zabieram się za nowy, interesujący temat - mam nadzieję - nie tylko dla mnie.
REKLAMA
Ponieważ bliski jest mi taki sposób przyglądania się problemom kultury popularnej i zjawiskom kultury współczesnej, który zakłada czytanie raczej „starego”, aniżeli „nowego” (co nie oznacza oczywiście, że do świeżych tekstów nie sięgam – szukam w nich jednak tego, co już było, a właściwie doszukuję się sensownego powiązania nowych ujęć z ugruntowanymi teoriami, np. teoriami społecznymi), pragnę pokazać, w tym i kolejnym wpisie, że bez operowania modnymi kategoriami (czasami tylko modnymi), można sensownie rzeczywistość społeczną i kulturową opisywać.
Warto zaznaczyć, że takie podejście nie jest niczym nowym. W naukowych, „twardych” analizach sięganie do „literatury przedmiotu” świadczy o „wyrobieniu” badacza. Jednak już w popularyzujących wypowiedziach (np. blogowych) prezentowanie „nowego,” w większości przypadków, tak silnie determinuje autora, że nie przyjmuje on, iż o tym samym można było opowiedzieć dużo zgrabniej przy pomocy „mocnych-starych” teorii i źródeł.
Mój przydługi wstęp metodologiczny ma oczywiście swoją funkcję. Chciałbym, żeby wpisał się on w dyskusję o sposobach rozmawiania o internecie w ogólności, ale też na poziomie szczegółów. Chodzi głównie o kwestię niebezpiecznego ograniczania narzędzi interpretacji „nowych” zjawisk do tych będących na podorędziu, najprostszych, chciałoby się powiedzieć – bieżących. Mam wrażenie, że takie założenie przyświecało Edwinowi Bendykowi, który w swoim niedawnym wpisie formułował tezę (ogólną), że internet co do zasady niczego nie zmienił i tezę (szczegółową) – jedną z wielu w tekście – mówiącą o tym, iż żaden technologiczny determinizm nie pozbawia twórcy prawa do decydowania o sobie (bezpośrednie nawiązanie do artykułu Alka Tarkowskiego i Igora Ostrowskiego w Gazecie Wyborczej). Tekst Edwina Bendyka nie był zatem obroną status quo na gruncie prawa autorskiego (część komentujących tak go odebrała), ewentualnie jakąś nowelą poglądu autora na tę sprawę, ile – prawdopodobnie - sygnałem, że przy pomocy wciąż tych samych, wybiórczych, szczątkowych pomysłów, ogarnąć problemów ery cyfrowej się nie da.
Do meritum zatem. Pierwszą część wpisu zakończę krótkim wprowadzeniem do autorskiego pomysłu interpretacji zjawiska dotyczącego zdolności systemowego i podmiotowego odnoszenia się do funkcji (narzędzi) komunikacji sieciowej i wyprowadzenia pytania o autokrytycyzm i dyskursywność systemów uniwersalnych, do których internet w różnych swoich wymiarach należy. Posłużę się tutaj pojęciem „maszyn społecznych” i obudowanymi wokół niego kategoriami.
Termin omówię dokładnie nieco później (w następnym wpisie), w tym momencie nadmienię jedynie, iż nie ma on wiele wspólnego z socjologicznymi pomysłami dotyczącymi budowy aplikacji na wzór maszyn fizycznych. Jest raczej nawiązaniem do „urządzenia” w rozumieniu Giorgia Agambena czy Michela Foucaulta, a ściślej – jest modyfikacją tego pojęcia zaproponowaną przez Tomasza Polaka i współpracowników z Pracowni Pytań Granicznych UAM. Maszyna społeczna według tej definicji to struktura, która ma dostęp do pewnego zasobu energii i używa jej, by potwierdzać i usprawiedliwiać siebie samą (swój własny projekt) oraz zapewniać sobie sukces wśród innych maszyn. Maszynom społecznym chodzi więc o przejęcie i kontrolowanie przestrzeni publicznej (zob. Beata Anna Polak, Tomasz Polak, Identyfikacja elementów „uniwersalizującego myślenia eschatologicznego” odpowiedzialnych za struktury przemocy systemów uniwersalnych, Poznań, 2011).
W drugiej części tekstu pokażę jak można wykorzystać teorię „maszyn społecznych” do opisywania globalnych, sieciowych zjawisk komunikacyjnych i co dobrego wynika z takiej charakterystyki.
