Przypominanie wiąże się z pokusą mitologizowania przeszłości. Pokusa jest tym silniejsza, im wspomnienia są bardziej traumatyczne, a czas na tyle zaleczył rany, że próbujemy trudne emocje i uczucia uporządkować: wygłuszyć to, co najtrudniejsze i dopuścić do głosu tony chwalebne. Chyba dlatego warto sięgać do tego, co zapisane, bez kombinowania i poetyzowania autobiografii. Taka prosto opowiedziana historia życia jest zawsze prawdziwa – to subiektopedia (określenie Duccio Demetrio) systematycznie wypełniana hasłami.
REKLAMA
21 lutego 2010 r.
Wracam do roli Malinowskiego i jego wysp Triobrandzkich. Dzisiaj niedziela, w Kościele Katolickim przypada święto rozpoczęcia 40-dniowego postu. Rano kilku pacjentów oglądało mszę w telewizji, przy śniadaniu.
Ludzie tutaj - jak wszędzie - wchodzą w jakieś role. Radzą sobie z sytuacją na tyle, na ile potrafią. Uczę się jednego – nie oceniać ludzi po tym jak wyglądają. To banał, ale to naprawdę nic nie znaczy. Albo bardzo niewiele. I raczej niewiele wynika z gładkiego gadania na detoksie. Nawet nie chodzi o to, że ośmieszasz się wtedy, ale że to nic nie daje. Gdyby tak przenieść tutaj paru mądrali, akademików…
Staram się wszystko dobrze obserwować i wykonywać polecenia personelu, sprzątam, składam pościel według schematu. W niedzielę telewizor włączany jest na dłużej, więc obejrzałem „Czterech Pancernych…”. Potem nic się nie działo. Wszyscy czekają na posiłki, które porządkują cały dzień. Prawdopodobnie istotniejsze jest to, co się wokół śniadania, obiadu, kolacji dzieje niż samo jedzenie - jest ruch, przygotowania, sprzątanie. Obiad zjedzony, dzień zaliczony.
Topografia terenu oddziału to Benthamowska metafora więzienia. Panoptyczny zakład karny to wypisz-wymaluj realia miejsca, w którym jestem. Prześwity, padające cienie, pielęgniarki w centrum, widzące i obserwujące każdy ruch pacjenta.
Zapominam, że nie piję już 6 dni. Otrzymuję leki, więc wytrzymuję. Taki okres abstynencji przydarzył mi się 10 lat temu, w czasie studiów chyba. Potem było już tylko więcej, bez umiaru, bez przerw. Żyłem przy tym - rodziły się dzieci, uczyłem studentów, jeździłem na konferencje. Koszmar.
Rozmawiam trochę z ludźmi z pokoju. Pytają się kim jestem, co robię. Mam kilka książek, czytam - nazwano mnie „profesorem”. Chłopak z łóżka obok zapytał mnie czy dam mu kilka lekcji angielskiego, bo jak się „wyleczy” to wyjedzie do Anglii do pracy. Mówię, że znam język na "własne potrzeby" i wielkiego pożytku ze mnie miał nie będzie. Zmartwił się, ale poprosił, żebym przetłumaczył mu napis na koszulce (prosił o to samo dyżurującą lekarkę, ale – jak twierdzi – nie ma do niej zaufania).
