Po lekturze tekstu Jacka Żakowskiego “Cała władza w ręce młodych”, opublikowanego w sobotnio-niedzielnej “Gazecie Wyborczej”, nasunęły mi się dwa bardzo ogólne wnioski. Po pierwsze okazało się, że autor artykułu doskonale rozumie kim jest i w jakim miejscu się znajduje - jako reprezentant pokolenia "Made in PRL". Ma przy tym - i tu drugi wniosek - ograniczone rozeznanie, jeśli idzie o sytuację generacji urodzonej i wykształconej po 1989 roku. Taka “niejednolitość rozumień” skutkuje niestety katastrofą logiczną jego wypowiedzi, w której próbuje przekonać czytelników, że pozbawione kompleksów młodsze pokolenie ma tylko zakasać rękawy, bo posiada wszystko, żeby przejąć rządy i dowodzenie nad Polską.

REKLAMA
Przypomnijmy główne wątki pojawiające się w artykule. Starszyzna, czyli pokolenie “drugiej Japonii”, cudu Balcerowicza, amerykańskiego mitu to według autora kulturowe i intelektualne średniactwo (w najlepszym razie). Wyrosłe i wykształcone w “tamtym” systemie jednostki nie tylko nie radzą sobie z demokratycznym kapitalizmem, ale poprzez nałożenie się przekonania o wyjątkowości zrealizowanego dzieła (np. upadek komunizmu, wydanie z narodowego łona “największego z Polaków”) blokują dostęp do fruktów, wypływając - czasami - na szerokie wody, po których dawno powinni żeglować młodzi.
Dyzma i PRL
Pokoleniowa pycha, tendencja do małpowania oraz wszelkie dostępne “polskie” postawy lękowe (rusofobia, germanofobia, eurosceptycyzm, antyglobalizm) mają skutkować niebywałymi wręcz trudnościami zrozumienia siebie i otaczającej rzeczywistości. Przeciętny Kowalski “wyrosły” u schyłku Polski Ludowej nie tylko, co chwila, zadaje pytania o przeszłość (bo przecież to ona tworzy jego teraźniejszość), ale jest Dyzmowaty, słowem - niedouczony i nieobyty.
Pokolenie Gierkowskiego "dobrobytu" było (i jest) więźniem szczęścia poszukiwanego na własną rękę, bo - niezależnie od tego, że ręka ta przez lata była przez kogoś trzymana - to społeczeństwu, tworzącemu przecież “wielki” naród, zawsze wydawało się (i wydaje), że i tak robi kogoś w konia, a w najgorszym przypadku sobie po prostu radzi. Wystarczy przecież wysypać z worka złudzeń kilka historii małych i dużych (heroizm Powstania Warszawskiego, pomarańcze płynące na święta z Kuby, cztery piękne, nowe stadiony piłkarskie), aby wyprostować kark i wypiąć klatkę piersiową.
Ta część opisu, charakterystyka generacji “Starej Polski" dokonana przez Jacka Żakowskiego, choć w szczegółach nie zawsze podopinana, wydaje się w miarę sensowna (jak na formułę i wielkość opracowania) zakładając, że PRL będziemy mierzyć miarą zaproponowaną przez autora. Chodzi głównie o utożsamianie się z cechami rządzącej “starszyzny” oraz jej lękami, obawami, pychą, niekwestionowalnością dorobku, kompleksami.
Niestety, trzymając się postawionej na wstępie tezy, przypomnijmy - pokolenie PRL-aków nie jest w stanie nic nowego, lepszego zbudować; mogą zrobić to w nowej sytuacji tylko młodzi ludzie (o nich za chwilę) - autor zapomina, że istnieje coś takiego, jak przekaz międzypokoleniowy i że - jakkolwiek głupio i naiwnie by to nie zabrzmiało - PRL nie jedno miała imię (nie sądzę, aby Jacek Żakowski nie “poradził” sobie z taką konstatacją). Innymi słowy - dostrzegając słabości i pychę pogromców komunizmu (określenie J.Ż.) nie sposób nie uznać roboty wykonanej przez całą masę Nowaków i Kowalskich, którzy w trudzie i znoju budowali nową ojczyznę - nawet jeśli nie mieli do tego kwalifikacji i poprzez zasiedzenie, do dzisiaj, bronią swoich synekur.
Staje u drzwi... młode pokolenie
Dochodzimy wreszcie do istoty problemu, a dokładniej do tej części artykułu, w której autor próbuje opisywać pokolenie mogące wyrwać Polskę z marazmu. Proponuję sięgnąć do źródła - Żakowski:
“Szczęśliwie u drzwi staje młode pokolenie, które na studiach już nie traciło czasu, ucząc się o ‘ekonomii socjalizmu’ (...). Nie tylko demokracja i rynek są jego naturalnym żywiołem, ale świat wirtualny także (...). Przynajmniej na dobrych uczelniach to pokolenie uczyło się z międzynarodowych źródeł mniej więcej normalnej ekonomii, politologii, socjologii, filozofii, psychologii społecznej, antropologii.”
I dalej:
“Ten świat ich nie przeraża, ani fascynuje. Tylko jest. Nie muszą się go uczyć na kursach przyspieszonych ani żadnych innych. Czują go przez skórę. Jak bez czytania instrukcji uruchamiają nowego smartfona, tak bez poczucia, że robią coś niezwykłego, jadą do pracy w Londynie czy Brukseli, zdobywają stypendia w Oksfordzie, biorą kredyty, czytają, studiują (...) kupują w internecie i żyją na Fejsie.”
Bardzo trudno w tak krótkim tekście dyskutować z takim ogromem nadziei i ufności we wszystko, co przeciwległe starczej, nierozumiejącej ciemnocie, reprezentowanej w wypowiedzi Jacka Żakowskiego przez figurę self-made mana i Franka Dolasa w jednym. Ale spróbujmy. Będzie mi o tyle łatwiej, że z pokolenia rozpoczynających studia wyższe w drugiej połowie lat 90-tych się wywodzę, a wszystko, co dobre i złe w moim zawodowym życiu wydarzyło się już w XXI wieku.
Zacznę od fragmentu eseju amerykańskiego pedagoga. W 2011 roku Henry A. Giroux pisał:
“Postrzegani coraz częściej jako kolejny ciężar obarczający społeczeństwo, młodzi nie stanowią już części dyskursu obietnicy lepszego jutra. Zamiast tego uważani są obecnie za część populacji, której należy się pozbyć, której obecność budzi stłumioną zbiorową pamięć o odpowiedzialności dorosłych.”
I jeszcze jeden cytat, tym razem Zygmunt Bauman (rozmowy z Riccardo Mazzeo, 2012 rok):
“W rzeczywistości, młodych nie da się jednoznacznie i całkowicie pozbyć. Przed wyrzuceniem na śmietnik ratuje ich - ledwie co - ich bieżący, a tym bardziej ich potencjalny wkład w konsumencki popyt.”
Opisywana w takiej optyce sytuacja młodych ludzi już dawno nie dziwi.Tekstów referujących dramatyczne usytuowanie pokolenia Y i Z można udostępnić znacznie więcej. Dziwi natomiast perspektywa oglądu młodego pokolenia przez wytrawnego - bądź co bądź - badacza i dziennikarza, jakim jest Żakowski.
Pokolenie post-PRL to generacja - w dużej mierze - straconej szansy, dla której demokracja i wolny rynek to nic nie znaczące formuły. Edukacja, która miała być nadzieją dla całej rzeszy młodych Polaków stała się jej utrapieniem (co zrobić z bezwartościowym dyplomem?). Kredyty hipoteczne, zaciągane na masową skalę w latach 2005-2010, głównie dzięki nienaturalnemu rozluźnieniu regulaminów bankowych, okazują się być pętlą, coraz mocniej zaciskającą się na szyi tych, którzy chcieli (chcą) “gdzieś” mieszkać.
Smartfon i Facebook stają się gadżetami neurotycznych osobników żyjących “namiastkowym” życiem (określenie Kenneth J. Gergen, amerykański psycholog). Brak kompleksów i zmniejszony poziom lęku to fikcja, a "obciążające" biografie starego pokolenia zastępowane są nieznośnymi, nie dającymi się unieść w cyklu życia lepkimi, niedookreślonymi tożsamościami młodej generacji. Podróż do Londynu jest przykrym wyjazdem “za chlebem”, a wycieczka do Brukseli możliwa staje się dzięki studiom na studiach dziennych w publicznej uczelni - zagęszczenie kapitału społecznego i kulturowego reprodukuje corocznie taką sytuację. Czuje się na odległość, że Żakowski w swoim tekście nie pomyślał o tych, którzy nie chcą rządzić i decydować, nie dał ani grama nadziei tym, którzy chcą godnie żyć - tylko, jedynie, aż.
Co się dzieje w środku generacji?
W samej istocie, przytoczone przeze mnie cytaty, mogłyby bronić logiki artykułu Żakowskiego. Bodaj w jednym zdaniu zaznacza on, że przyczyn takiego stanu rzeczy, a więc sytuacji, w której “rzeczywistość” nie otwiera się na młodych jest “zamykanie się” pokolenia 50-60-latków na przekaz międzypokoleniowy, ale również bierna postawa generacji Y-Z. Z drugiej strony autor wspomina o “aktywności” wyliczając “najważniejsze tytuły młodego pokolenia - Krytyka Polityczna, Res Publica Nowa, Kultura Liberalna, Liberte, Miasta, Kontakt, Instytut Idei.” Nie, Panie Jacku, “przeciętny młody człowiek” nie czyta artykułów w wyliczonych przez Pana czasopismach i w portalach. Nie interesują go: “rola sztuki i uniwersytetu”, “kultura pracy”, “nowa obywatelskość i polityczność”. W tym kontekście tytuł tekstu “Cała władza w ręce młodych” nie powinien być zawołaniem do dyskusji o problemach międzypokoleniowych, ale raczej do rozmowy o tym, co dzieje się w “środku” generacji.
Poza tym, wydaje się, ze dyskusja między “starymi” a “młodymi” odbywa się dzisiaj gdzie indziej. Dzieje się ona na przykład na stadionie w Wielkopolsce, gdzie gościa przyjmuje się po chamsku, informując go, że ma się kłaniać przed “Polskim Panem”. To właśnie tam odbywa się “debata”, to w takich miejscach przekazuje się “pokoleniowe mądrości”. Żeby coś zmienić potrzeba wiele. A co najważniejsze, musi nas być więcej, jednych i drugich, “mądrych-starych” i “mądrych-młodych”. Bez takiego wstępu, bez rozeznania, nie ma mowy o przejmowaniu władzy.
Proponuję zatem, niech - póki co - rządzą starzy!

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?