„Wolność to piękna sprawa. Ale jak się nie ma za co dojechać do Warszawy z Radomia, to trudno docenić uroki Schengen, dzięki którym można polecieć do Rzymu”. Tymi słowami Jan Sowa – socjolog i kulturoznawca z Uniwersytetu Jagiellońskiego, powinien otworzyć szeroko oczy politykom. Bo największymi przegranymi ostatnich wyborów nie są partie opozycyjne lecz Polacy, wyborcy. Oszukani i pozostający w wielkim szoku.

REKLAMA
Większość Polaków pamiętało, co działo się dziesięć lat temu, kiedy rządziło PiS. Nie żyjemy w czasach, gdzie razem z pożółkłą gazetą znikają wspomnienia o ludziach, którzy w świetle kamer i fleszy byli wyprowadzani z domów przez CBA czy ABW, a dopiero później, często na siłę szukano paragrafów. Pamiętali nagonkę na przeciwników politycznych PiS, agenta Tomka, który na polecenie swoich przełożonych przekraczał służbowe uprawnienia czy aferę gruntową wyreżyserowaną przez ówczesnego szefa CBA, skazanego za to wyrokiem sądu na karę 3 lat więzienia. Te mrożące do tej pory krew w żyłach informacje bez trudu można znaleźć w Internecie. Przypominały o tym podczas kampanii wyborczej ugrupowania będące w kontrze do PiS oraz media.
Część wyborców pamiętała, ale w swej desperacji zagłosowała na PiS z prostego powodu. A powód ten nazywa się -" bezpieczeństwo socjalne". Niektórzy zapewne przewidując, że po wygranej PiS nastąpi powrót do przeszłości. Jednak spodziewali się, że wojna będzie toczyła się na górze, a Jan Kowalski z Zawiercia nie zostanie zakuty nagle bez powodu w kajdanki. Przynajmniej dostanie 500 zł na dziecko, otrzyma etat, a nie umowę śmieciową, a po latach pracy pójdzie na zasłużoną emeryturę, ale nie jako staruszek. Nikt absolutnie nie mógł przewidzieć tak dramatycznego i czarnego scenariusza. Mianowicie, braku gwarantowanego bezpieczeństwa socjalnego i prób wpływania Jarosława Kaczyńskiego na Trybunał Konstytucyjny, które w rezultacie miały doprowadzić do zmian w konstytucji, umacniających tym samym pozycję PiS w Parlamencie, na tyle, żeby właśnie ta partia stała się „przewodnią siłą narodu”. Efekt – dzisiejsza wizyta (8.02.2016 r.) Komisji Weneckiej w Warszawie, która sprawdza zgodność nowelizacji ustawy o TK z konstytucją.
Zaryzykuję nawet tezę, że wielu ludzi, protestujących na ulicach w obronie wolności i demokracji, liczy na szybką zmianę władzy. Po pierwsze chcą oni, żeby ktoś po przegranych wyborach przez PiS spełnił chociaż 10% z danych wcześniej obietnic (podarcie umów śmieciowych, godne zarobki, pozwalające związać koniec z końcem oraz obniżenie wieku emerytalnego). Manifestacje KOD robią wrażenie na polskich i zagranicznych mediach, jednoczą społeczeństwo, pokazują dobitnie niezadowolenie Polaków, nawet robią wrażenie na samym prezesie PiS. Nie mają jednak wpływu na prowadzoną przez niego politykę.
Za to prawdziwe, mocne wrażenie bez wątpienia zrobi na pisowskiej władzy wizyta górników. Prezes Kaczyński wyszedł podczas kampanii wyborczej z założenia, że jak szaleć to szaleć. Dlatego Beata Szydło w ramach „dobrej zmiany” podczas tourne po kraju nie ominęła Śląska, obiecując górnikom, że już jako premier rządu nie dopuści do zamknięcia ani jednej kopalni, a żaden górnik nie straci pracy. Tymczasem kilka dni temu górnicy dowiedzieli się, że jeśli nie zgodzą się na obniżenie pensji oraz nie zrezygnują z premii ("barbórki, "trzynastki"), to do nowej spółki dołączy tylko siedem z jedenastu kopalń. A to oznacza grupowe zwolnienia z czterech śląskich zakładów pracy.
Rolnikom obiecano wyrównanie dopłat bezpośrednich oraz rekompensaty związane z embargiem rosyjskim. W tym roku rząd nie przewidział tego w budżecie. To zaledwie ułamek obietnic ale miliony oszukanych ludzi. A wymieniłem jedynie deklaracje, które miały zostać zrealizowane przez PiS w pierwszej kolejności. Jarosław Kaczyński zdawał sobie sprawę z tego, że tymi obietnicami szybko „kupi” górników raz rolników. „Frankowicze” i ludzie młodzi, którym obiecano pracę i mieszkania socjalne na dobry start w życiu nie przyjdą pod gmach Urzędu Premiera Rady Ministrów. Natomiast górnicy i rolnicy pojawią się tam na pewno. I to nie będzie kurtuazyjna wizyta.
Opozycja nie musi się ostatnio wysilać, żeby wytykać błędy w prowadzonej przez PiS polityce. Wbrew wcześniejszym deklaracjom rządu 9 mln Polaków otrzymujących świadczenia emerytalne lub renty czeka niższa waloryzacja, niż było to im obiecane. Według założeń budżetowych najniższa emerytura miała urosnąć o 3,68 zł miesięcznie na rękę. Wzrośnie o zaledwie 1,38 zł. Jak tłumaczy PiS – inne były prognozy, a inne są realia. Bezpłatne leki dla seniorów również okazały się mrzonką. Zegar bije, czas leci, a rząd wykłada się na każdej jednej obietnicy, ponieważ rzeczywistość rozmija się biegunowo z fantazjami wyborczymi.
Prawdziwym HIT -em - obietnicą, która padała z ust Beaty Szydło z prędkością światła i bardzo często, to podniesienie wynagrodzeń do standardów UE oraz przeznaczenie 1 biliona 400 mld zł na inwestycje, łącznie z funduszami unijnymi. Patrząc na te deklaracje z perspektywy czasu wydają się być zabawne, ponieważ pisowska władza prowadzi od początku politykę antyunijną, odwrotu od zachodniej Europy. Kaczyński, pragnący władzy absolutnej patrzy w stronę Budapesztu.
Tymczasem w Sejmie obecnie trwa swoista kampania wyborcza. A rozpoczął ją niespodziewanie Paweł Kukiz, krytykując z mównicy ustawę budżetową na ten rok, przygotowaną przez klub PiS. Lider Kukiz’15 grzmiał, iż zapisy mijają się totalnie z obietnicami wyborczymi. Za jednym zamachem odświeżył pamięć elektoratowi partii Kaczyńskiego, odwrócił się na pięcie od PiS i rozpoczął walkę o swoich wyborców. I poszły konie po betonie. Ponad 20 mln zł na szkołę o. Rydzyka, zakulisowe rozmowy o tym, że Kukiz miał dostać w zamian za cichą koalicję z klubem PiS TVP2, próba upolitycznienia Trybunału Konstytucyjnego – taką serię ciosów na dobry początek Kukiz wyprowadził w stronę Kaczyńskiego, który nie spodziewał się tego, więc nawet nie zdążył ponieść gardy.
Paradoksalnie, wytykając PiS zwiększenie długu publicznego, sam ogłosił, że doprowadzi do bardzo kosztownych referendów w sprawie TK, uchodźców, a ostatnio zdaniem Kukiza, Polacy powinni zdecydować, czy chcą być w Unii Europejskiej. Chce oczywiście podbić sobie tym spadającego jego ruchowi sondaże, walcząc o elektorat antysystemowy i podobno obywatelski.
Platforma Obywatelska natychmiast przygotowała swój projekt 500 plus z nośnym hasłem, że nie ma dzieci lepszego czy gorszego sortu i każdemu należy się pół tysiąca złotych. Nie trzeba było długo czekać na propozycję Nowoczesnej Petru, która też przedstawiła swoją koncepcję na dotację dla polskich dzieci. Ruchy jak najbardziej wskazane, wytrącające argumenty z ręki PiS, że opozycja nie chciała poprzeć projektu prorodzinnego.
Ruszyła kampanijna lawina, której Jarosław Kaczyński nie jest w stanie już zatrzymać. Niepotrzebne są tylko ataki Petru na PO, twierdząc, że Schetyna swoim 500 plus chce przebić projekt PIS. Opozycja w takiej sytuacji póki co powinna trzymać się razem. A Kaczyński może już tylko trzymać gardę i uciekać od narożnika do narożnika.
I tyle o polityce. Po pierwsze Polacy i Polska. Naród oszołomiony jest tym co działo się w kraju od wyborów prezydenckich przez parlamentarne i tym, co widzi obecnie. Zdezorientowani Polacy stracili zaufanie do polityków. Dlatego oferta wyborcza musi być tym razem realna. Większość z nas obejrzy teraz pięć razy kiełbasę wyborczą, zanim ją kupi. Na festyn obietnic z kosmosu już nikt nie przyjdzie. A przecież jeśli dojdzie do wcześniejszych wyborów będzie liczyła się jak najwyższa frekwencja, żeby zdyscyplinowany elektorat PiS zgubił się w tłumie.
Jakimi obietnicami żaglowały w kampanii czołowe partie, a w efekcie jedna z nich zdobyła ponad 37%? Otóż socjalnymi. Chodzi o to, żeby było Polaków stać na ten bilet do Warszawy z Radomia. W prawicową lewicę nikt już nie da wiary. Polska lewico, takiego pola do popisu i możliwości tak wielkiego come back - u nie miałaś od lat.