
O tym, że władza wykonawcza w postaciach prezydenta i premier to political fictions nie trzeba nikogo przekonywać. To, że prezes jest przekonany (coraz mniej) o swojej wszechmocnej władzy w PiS też wiemy. Wiemy również, że sytuacja w klubie parlamentarnym Jarosława Kaczyńskiego nie ma się dobrze, podobnie, jak demokracja w Polsce. Rozłam jest na tyle silny, że prezes ma odwagę straszyć potencjalnych uchodźców pozbawieniem ich mandatów poselskich. W szeregach PiS przestało podobać się gowinowcom. I niech Kaczyński składa ręce do Boga, żeby drugi koalicjant nie odwrócił się na pięcie.
REKLAMA
Metoda przyjęcia ponownie zdrajców, którzy mają okazywać wdzięczność dozgonną, korzyć się przed prezesem, wykonywać bezkrytycznie jego rozkazy sprawdza się jedynie w przypadku tych, którzy nie zasiedli w ławach parlamentarnych. Takim „rozgrzeszonym” jest np. Jacek Kurski. Dla niego powrót z politycznego niebytu i dostanie stanowiska, gdzie czuje się, jak ryba w wodzie to „złote akwarium”, wielka nagroda. Kurski, jako prezes TVP tak sumiennie wykonuje swoje obowiązki, że aż zapomniał o tym, iż propaganda i manipulacja, to takie „damy w czerni”, które nie powinny rzucać się w oczy.
Minister Gowin i jego sześciu posłów chcą się ewakuować i nie obawiają się utraty mandatów, dlatego, że dał im je suweren i tylko wyborcy mogą dać im je albo nie. Lider Polskiej Prawicy, jeśli ma czyste sumienie, to odejdzie. Z tym, że w kraju, gdzie „demokracja ma się dobrze” nadal w politycznym języku funkcjonują takie słowa jak: haki, preparowanie, niebyt w przestrzeni publicznej. Historia najnowsza, czyli lata 2005 – 2007 potwierdza teorię w praktyce.
Czołówka obecnej władzy. Szczególnie osoby, które dowodzą resortami siłowymi, ogarnięte są manią prześladowczą. Widzą wszędzie wrogów, zdrajców. Ogólnie rzecz ujmując funkcjonuje zasada ograniczonego zaufania. Nawet wśród najbliższych. W tym wiedzie prym Jarosław Kaczyński. Dzisiaj poseł szeregowy. Jeśli wszystko idzie po jego myśli, prezes rządzi „na osiedlu”. Jak jest źle, Kaczyński jest jedynie zwykłym parlamentarzystą, a cięgi bierze premier Szydło i prezydent Duda. Ostatnio są wręcz biczowani, więc nie jest dobrze. Prezes nawet nie stanie na czele rządu, żeby pokazać popisowo, jak wyciąga się Polskę z ruiny, ponieważ jest to nierealne, patrząc na finanse państwa, liczbę obietnic oraz skład gabinetu. Pozostanie szeregowcem Kaczyńskim, to był jedyny plan B prezesa, żeby później nie stanąć przed Trybunałem Stanu.
Powracając do manii prześladowczej i wroga, który czai się za węgłem. Cały czas nie mogę rozkminić, dlaczego tak dużo władzy prezes dał Zbigniewowi Ziobro? Jest jednym z nawróconych. Jest chorobliwie ambitny. Ma chrapkę na przejęcie sterów w PiS. Ma wielkie parcie na szkło i misję ukarania zdemoralizowanych elit politycznych, biznesowych oraz wykształciuchów. Ludzie, którzy mu podpadną też nie mają taryfy ulgowej. Jest jedynym ze "zdrajców", który po pożegnaniu z prezesem najbardziej go krytykował, obnażał kulisy politycznej kuchni PiS. Został jednak przyjęty ponownie. Metoda Kaczyńskiego - kija i marchewki, na niego nie działa. Zresztą prezes jej w stosunku do Ziobry nawet nie stosuje. Najbardziej niepokorny nawrócony dostał poza tym co już miał dekadę temu – połączenie funkcji Prokuratora Generalnego i ministra sprawiedliwości, ustawę o prokuraturze, która skupia władzę nad prokuratorami od najniższego do najwyższego szczebla w jego rękach, sam może wdrożyć śledztwo i je prowadzić. W żadnym kraju demokratycznym nikt do tej pory nie zastosował takiej praktyki. Dodatkowe prezenty dla Ziobry to ustawa inwigilacyjna i o policji. Kaczyński dał mu te stanowiska, żeby rozprawił się z lewackimi elitami, podobnie jak w 2005 roku. Ziobro okazał się skuteczny. Później zabrakło zaledwie dwóch głosów w Sejmie, a stanąłby przed Trybunałem Stanu. Dziesięć lat temu nie miał jednak takich narzędzi prawnych. Ustawa o prokuraturze została zaskarżona do Trybunału Konstytucyjnego i uznana przez Komisję Wenecką i Europejską, jako niezgodna z Konstytucją RP, ale funkcjonuje. Jeśli zostanie uznana przez TK za niezgodną z ustawą zasadniczą, będzie tak samo jak z nowelą o TK. PiS nie uzna wyroku, a rząd go nie opublikuje. Lada moment podobnie będzie z ustawą o sądach, jeśli utrzyma się większość sejmowa Kaczyńskiego. Jest niearealnym, aby prezes miał takie zaufanie do Ziobry, jak do Macierewicza czy Kamińskiego, którzy wywodzą się z najbliższego środowiska Jarosława Kaczyńskiego jeszcze z czasów Porozumienia Centrum.
Lubię spać w piżamie. Budzę się o godzinie 6.30 (spanie w ubraniu jest po prostu niewygodne), więc zaznaczam, że jest to teoria, teza. Dla bezpieczeństwa nawet hipoteza. Zatem dochodzi do sytuacji, kiedy prezes dowiaduje się, że Ziobro zbiera na niego haki. Albo odwrotnie. Prokurator Generalny i minister sprawiedliwości bez żadnego problemu wedle zasad – paragraf zawsze się znajdzie i nie ma ludzi niewinnych, są tylko źle przesłuchani, stawia Kaczyńskiemu zarzuty, np. działanie na szkodę państwa, stawia go przed sądem, który wydaje wyrok skazujący. Skoro miałoby już dojść do takiej sytuacji, to immunitet nie ratuje szeregowego posła Kaczyńskiego, ponieważ ziobrystów już nie będzie w klubie parlamentarnym PiS, dających mu większość. Podobnie może stać się z Macierewiczem – szefem MON czy Mariuszem Kamińskim – ministrem od specsłużb, które nadal są w budowie.
Jarosław Kaczyński za bardzo uwierzył we wszechmocną władzę w podzielonym na wiele frakcji klubie PiS. Frakcyjność partyjną widać jak na dłoni w regionach. Lidera i wiceszefów prezydium nie chowa się w czasie kampanii wyborczej, jeśli mają siłę i poparcie elektoratu. Wyborcy skupieni wokół kół „Gazety Polskiej, o. Rydzyka i jego mediów zagłosowali ostatnio na szyld PiS. Partię promowaną, jako jedyna, prawdziwa prawica, rodzina. Na PiS oddały głosy środowiska radykalne i nacjonalistyczne przeciwne rozkradaniu ich zdaniem Polskę przez lewacki i unijny establishment. I oczywiście te osoby, które już nie powrócą – elektorat socjalny.
Po pierwszych trzech miesiącach rządów PiS myślałem, że już nic nie jest mnie wstanie zadziwić. I zdziwiłem się. Pod wrażeniem jestem każdego dnia. Przy słabym samcu alfa gromadzi się coraz więcej tych bestii beta głodnych władzy.
Przypominam, że w 2007 roku po dwóch latach koalicji PiS, Samoobrona i LPR, to nie opozycja doprowadziła do wcześniejszych wyborów. To sex afera, a później afera gruntowa rzekomo sprowokowały prezesa do skrócenia kadencji Sejmu i powtórnego głosowania. Rządząca wataha pogryzła się między sobą. I niech teraz Państwo zastanowią się, czy ten scenariusz jest realny.
