Prowadzę z żoną firmę. To znaczy moja żona - S. prowadzi firmę, a ja od czasu do czasu, na losowo wybrany temat, się mądrze. Z różnym skutkiem. Najczęściej skutek jest taki, że szlag trafia moją żonę, która wszem i wobec oznajmia, że już nigdy żadnego interesu ze mną robić nie będzie. Z jednej strony jest to moja porażka, z drugiej strony czerpię satysfakcję, że S. jednak przyznaje się do "robienia ze mną interesów". Sukces w porażce!!!
REKLAMA
W każdym razie, w trakcie jednego z moich napadów mądrzenia się, wpadłem na pomysł, który wydał się nam bardzo dobry. Otworzymy sklep!!! To znaczy, chyba powinienem napisać show-room lub studio lub salon, bo jak Polska długa i szeroka, sklepów już nie ma. Teraz wszystko jest show-roomem lub salonem. Nie wiem, czy w nich się cokolwiek sprzedaje, czy tylko występuje element "show". Ale jeszcze przez chwilę o nas i naszym pomyśle. Pomysł był (i chyba nadal jest) genialny. Na co dzień szyjemy mnóstwo ciuchów z przeznaczeniem marketingowym - ubrania dla hostes, hostów, modeli itd... Takie korporacyjne Pret'a'porte. Wpadliśmy więc na pomysł, że otworzymy mały sklepik, to znaczy show-room (muszę o tym pamiętać!!!) i będziemy w nim sprzedawać zaprojektowane przez nas ubrania klientkom naszej firmy. Jak się tzw. fama rozniesie, to i innym kobietom, nie będącym jeszcze naszymi klientkami. Pomysł genialny - małe, przytulne, piękne miejsce, z najmilszą obsługą na świecie (S. w roli sprzedawczyni, a ja czasami jako przystojny brunet w witrynie...). Wymyśliliśmy, że będziemy parzyć najlepsze espresso na świecie i równie dobrą białą herbatę, wraz z zachwyconymi klientkami zajadać się duńskimi herbatnikami maślanymi, rozmawiać o ciuszkach, dotykać materiałów. Będziemy opowiadać anegdoty projektując cudne ubrania dla bliskich naszym sercom Pań. W tle będzie się sączyć dobrana przeze mnie, niespotykana nigdzie indziej muzyka, a nasz mały, biało-czarny pies będzie pomagał przełamywać lody z nowo-poznanymi potencjalnymi klientkami, bo przecież on taki "słodziak". Idylla.
Ze snu o potędze wyrwało mnie pytanie "Ale gdzie?". Nie zdawałem sobie sprawy, że jest to fundamentalne pytanie, które mój wymarzony, genialny biznes, zdusi już w zarodku... "Jak to gdzie, na tej... No tej..." odpowiedziałem, szukając z tyłu głowy nazwy naszej warszawskiej pięknej ulicy sklepowo - kafejkowej. Strzał w próżnie!!! Nie mamy takowej!!! Jak to nie ma takiej??? W 2 milionowym mieście nie ma shopping street'u z prawdziwego zdarzenia? Przyszło mi to do głowy, ale miałem nadzieję, że to tylko chwilowe zaćmienie.
To nie było chwilowe zaćmienie. Nic i nic i nic nie przychodziło mi do głowy jeszcze długo potem. Zdenerwowany, następnego dnia zrobiłem objazd po Warszawie. Najgorsze przypuszczenia sprawdzały się jeden po drugim:
- Marszałkowska w sobotnie przedpołudnie wygląda jak Nowy Jork w filmie Jestem Legendą, tylko bez Willa Smitha i tego ślicznego wilczura.
- Nowy Świat hula mniej więcej 3 miesiące w roku, potem nie hula w ogóle, a ponieważ objazd zrobiłem w miesiącach niewakacyjnych, no to nie hulał.
- Chmielna hula mniej więcej 3 miesiące w roku, jako uliczka którą dochodzi się do Nowego Światu.
- Krakowskie jest ryzykowne, gdyż potencjalna lub istniejąca klientka mogłaby dostać we fryzurę 10 dnia każdego miesiąca.
- Na Świętokrzyskiej budują coś na kształt Włoszczowej, a od czasu do czasu topią marzannę.
- Puławska czeka na zbawienie i zazdrości Marszałkowskiej, że tamta ma chociaż Charlotte na 20 metrach swojej długości.
- W Solidarności trudno skręcić, z którejkolwiek strony.
- Uber-modne Powiśle jest bliżej nieokreślonym terenem, które ciągnie się nie wiadomo skąd i kończy się też nie wiadomo gdzie. W każdym razie jest piękne na jesienny spacer, a nie na day-to-day business.
- Na Pradze boli mnie głowa.
- Żoliborz zazdrości nawet Puławskiej.
- Tereny około-powązkowskie są ryzykowne, bo zanim ktokolwiek trafiłby do nas, już wydałby wszystko u Mielżyńskiego.
- Nowy Świat hula mniej więcej 3 miesiące w roku, potem nie hula w ogóle, a ponieważ objazd zrobiłem w miesiącach niewakacyjnych, no to nie hulał.
- Chmielna hula mniej więcej 3 miesiące w roku, jako uliczka którą dochodzi się do Nowego Światu.
- Krakowskie jest ryzykowne, gdyż potencjalna lub istniejąca klientka mogłaby dostać we fryzurę 10 dnia każdego miesiąca.
- Na Świętokrzyskiej budują coś na kształt Włoszczowej, a od czasu do czasu topią marzannę.
- Puławska czeka na zbawienie i zazdrości Marszałkowskiej, że tamta ma chociaż Charlotte na 20 metrach swojej długości.
- W Solidarności trudno skręcić, z którejkolwiek strony.
- Uber-modne Powiśle jest bliżej nieokreślonym terenem, które ciągnie się nie wiadomo skąd i kończy się też nie wiadomo gdzie. W każdym razie jest piękne na jesienny spacer, a nie na day-to-day business.
- Na Pradze boli mnie głowa.
- Żoliborz zazdrości nawet Puławskiej.
- Tereny około-powązkowskie są ryzykowne, bo zanim ktokolwiek trafiłby do nas, już wydałby wszystko u Mielżyńskiego.
Załamany moim odkryciem - brakiem takich ulic w Warszawie jakie ma Barcelona, Londyn, Berlin, Nowy Jork, ba nawet Lublin i Łódź (!!!) postanowiłem zrobić mały research. Popytałem się tu i ówdzie, wysłałem kilka wiadomości na FB i po przestudiowaniu odpowiedzi olśniło mnie. Rzeczywistość jest całkowicie inna niż mi się wydawało, a Warszawa ma aż nadto shopping-streetów. Są cichsze niż te w Barcelonie, mniej kolorowe niż te w Londynie, mniej międzynarodowe niż te w Nowym Jorku. Czynsz za metr kwadratowy na takim shopping-streecie potrafi być wyższy niż ten w Paryżu. A umowy najmu są dłuższe niż Piotrkowska w Łodzi.
Te ulice handlowe, deptaki pełne kafejek to alejki...
...alejki od A1 do G8 w Galerii Mokotów, A1 do L3 w Arkadii, Piętro I, II i III w Złotych Tarasach itd...
I to odkrycie wyleczyło mnie z naszego genialnego pomysłu. Całkowicie.
