
Czerwiec bywa lepki od zwierzeń. Lubię ten czas, kiedy spotykamy się ze znajomymi i rozliczamy sobie minione tygodnie w excelach naszych głów. Topimy język w musującym chłodnym winie i snujemy plany na przyszłość. Spotkania towarzyskie są cudowne, ale są dni kiedy potrzebuję się nie spotykać. Szczególnie po intensywnym okresie pracy. Wtedy jestem ze sobą i dla siebie. Paradoksalnie czuję się wtedy najlepiej. Piszę, czasem krzyczę. W takim momentach nigdy nie sięgam po aparat.
REKLAMA
Kiedy jestem przebodźcowany świadomie zapominam o fotografowaniu. Skaczę w przepaść, żeby móc się zrestartować i zatrzymać. I te zatrzymania lubię najbardziej, bo w nich znajduję wiele inspiracji. W samotności rodzą się pomysły. W lecie nie znoszę duszności. Nie lubię kiedy powietrze stoi w miejscu i wytrąca myśli z równowagi. Nie lubię być też otoczony śliskimi ludźmi. To gorsze niż takie wilgotne lato. Im
jestem starszy tym gorzej sobie radzę ze small talkami.
jestem starszy tym gorzej sobie radzę ze small talkami.
Miałem kiedyś epizod w takim prawie korpoświecie, gdzie wchodziło się na karty. I najbardziej dokuczały mi przerwy lunchowe w tej pracy. Niepokoiły mnie też kolejki do ekspresu. Zdarzało się, że trzeba było wyczyścić tacę z fusów albo dosypać ziaren. I na tego na kogo wypadło, na tego bęc. Pamiętam ten niepokój - czy będę musiał zabiegać o atencję ekspresu, czy może wydarzy się to człowiekowi przede mną? Unikałem tych kolejek jak ognia.
Pamiętam nawet kiedyś próbowałem zagadać w takiej kolejce po „małą czarną” i to było coś błyskotliwego, w stylu – o chyba wypadałoby wody dolać... A jak nie zagadywałem to w ocenach ludzi wychodziłem na markotnego albo gbura. Ale o czym gadać z kimś kogo tylko kurtuazyjnie wymijasz uśmiechem. „Ekspresowe” sytuacje zawstydzają.
Ostatnio odwiedził mnie przyjaciel, który – może zabrzmi to nieskromnie – tak jak ja skazany jest na sukces i blichtr, i który tak jak ja - czasami wpada do miejsc w których nie chce być.
Ostatnio odwiedził mnie przyjaciel, który – może zabrzmi to nieskromnie – tak jak ja skazany jest na sukces i blichtr, i który tak jak ja - czasami wpada do miejsc w których nie chce być.
Miejsc, gdzie nie można uciec od spojrzeń. I mówi mi o ogromnej niepewności siebie. I tak go słucham i mówię mu o metodzie, którą ja stosuje od 30 roku życia - Pomyśl, że grasz w filmie! Zawsze tak robię kiedy przekraczam swoje granice. To podejście rozgrzesza z ekscentryczności, pudruje niepewność i kompleksy. Tłumaczę mu: - zauważ, że Ci ludzie obok też się boją i też zakładają maski. Główna rola we własnym filmie łata kompleksy. A każdy film wymaga publiczności, więc publiczność ogląda, klaszcze i komentuje. I graj w te konwenanse, bo prędzej czy później wszyscy spotykają się na tym samym lodowisku, gdzie zakładają papierowe słomki jak łyżwy i przez cztery pory roku ścigają się w kolejkach do kibla po śnieg. Czy kiedyś było inaczej? Było identycznie tylko przecież filmy były czarno-białe i – może - słomki z plastiku.
Nie lubię ani lata ani zimy. Jesień jest przyjemna, ale najbliżej mi do wiosny. Początki mają w sobie zawsze coś naiwnego i czystego. Zacznijmy od początku.
Nie lubię ani lata ani zimy. Jesień jest przyjemna, ale najbliżej mi do wiosny. Początki mają w sobie zawsze coś naiwnego i czystego. Zacznijmy od początku.
