Pobranie szpiku z talerza kości biodrowej
Pobranie szpiku z talerza kości biodrowej

Nie jestem aniołem. Swoje przeżyłem. Miałem wzloty i upadki. Moi rodzice mieli ze mną czasem pod górkę, a narzeczona ma do dzisiaj. Wychowano mnie w wierze katolickiej, ale z kościołem mi nie po drodze. Czy jest ze mnie zatem pożytek na tym świecie? Od lutego tego roku z czystym sumieniem i dumą odpowiadam: TAK!

REKLAMA
Jestem szczęściarzem!
Artur: jesteś bohaterem. Wspaniałą osobą. Jesteś naprawdę dobrym człowiekiem – te i podobne słowa usłyszałem od znajomych i rodziny, kiedy oddawałem szpik w lutym, a następnie w październiku tego roku. Imponowałem. Czy sam mam się za bohatera? Nie. Raczej za szczęściarza. Za wielkiego wygranego, który wypełnił formularz w odpowiednim dniu i zgarnął główną nagrodę. Oddając szpik wygrałem poczucie spełnienia, którego nie dadzą żadne pieniądze. Rodzicom nieświadomego, półtora-letniego dziecka ofiarowałem dziewięć miesięcy nadziei na życie malucha. Nie wiem czy chłopczyk przeżyje. Wiem, że zrobiłem wszystko co mogłem. Jestem spełniony.
W Bazie Dawców Komórek Macierzystych DKMS zarejestrowałem się pod koniec 2010 roku. Znajoma mojego przyjaciela Tomka zachorowała na białaczkę. Pewnego dnia po prostu zasłabła, zrobiła badania i usłyszała od lekarza tę tragiczną regułkę – przykro mi ale...
Tomek z przyjaciółmi zaczęli działać. Skontaktowali się z fundacją, nagłośnili problem w mediach i zorganizowali dzień dawcy szpiku w firmie, w której pracuję. Tomek nie namawiał mnie, po prostu poszedłem, wypełniłem rubryczki, pobrano mi krew i tyle – zostałem potencjalnym dawcą jak ok. 200 innych osób tego dnia. W tamtej chwili nawet nie przeszło mi przez głowę, że za nieco ponad rok „potencjalnym” będę mógł już skreślić.
Panie Kowalczyk, jest pan potrzebny
Któregoś z kolei dnia listopada 2011 roku zadzwonił telefon. Miła pani poinformowała mnie, że pracuje w DKMS i ma dla mnie wiadomość. - Być może będzie mógł pan komuś pomóc – usłyszałem. W tej samej chwili serce podeszło mi do gardła i nie wiedziałem co mam powiedzieć. Zacząłem się śmiać i krzyczeć tej biednej kobiecie do słuchawki, że to najlepsza wiadomość jaką mogła mi przekazać. Kiedy już ochłonąłem, stwierdziła, że miło słyszeć taki entuzjazm.
I zaczęło się. Po telefonie wszystko ruszyło z kopyta. Otrzymałem ostateczne potwierdzenie, że pasuję do biorcy, zostałem przebadany dokładniej niż kiedykolwiek w życiu i usłyszałem datę – 22 lutego 2012 roku. Stawiłem się w szpitalu dzień przed pobraniem. Kilkanaście godzin później jechałem już na salę operacyjną. Anestezjolog przystąpił do działania i zapadłem w krótki, błogi sen. Lekarze pobrali szpik bezpośrednio z talerza kości biodrowej, a zabieg trwał ok. 60 minut.
logo

Mój półtoraroczny bliźniak
Chłopiec, 1,5 roku, Włoch – tylko tyle, i aż tyle dowiedziałem się na krótko po wybudzeniu z narkozy. Mój bliźniak genetyczny okazał się małą istotką chorą na białaczkę. O tym, ile mój gest mógł znaczyć dla jego rodziców przekonałem się widząc łzy w oczach moich własnych.
Od przeszczepu minęło kilka miesięcy i mogłem zwrócić się do DKMS o informację na temat zdrowia biorcy. Wiadomości były dobre – mały walczył dzielnie, przyjął szpik i wszystko układało się świetnie. Niestety do czasu. Kolejny telefon z fundacji ściął mnie z nóg. - Coś jest nie tak, jak powinno. Chłopiec znów potrzebuje pańskiego szpiku – usłyszałem w słuchawce. Decyzja była dla mnie oczywista. Zapytałem jedynie: kiedy? Tym razem pobrano ode mnie komórki macierzyste z krwi. Cztery godziny siedzenia na wygodnym fotelu i po zabiegu. 360 ml moich komórek ponownie powędrowało do Włoch.
Od drugiego pobrania minęły niespełna dwa miesiące. Do tej pory nie wiem jak miewa się mały Italiano. Pozostaje mi tylko trzymać kciuki i czekać. Zrobiłem wszystko co mogłem. Teraz jego kolej.
Dlaczego piszemy?
Wraz z Tomkiem Kamilem Lipińskim prowadzimy tego bloga, aby dotrzeć do niezdecydowanych i nieświadomych. Chcemy rozwiewać wątpliwości, tłumaczyć potrzebę pomocy ludziom chorym na białaczkę i wzbudzać zainteresowanie tematem choroby. Ja oddałem już szpik dwiema możliwymi metodami. Tomek jest w pełnej gotowości aby to zrobić. Jeśli choć jedna osoba po przeczytaniu naszych wpisów zarejestruje się w bazie dawców, to znaczy, że warto pisać.

Artur Kowalczyk/DKMS