Stek bzdur! – myślałem czytając kolejne medialne doniesienia na temat pewnej bardzo popularnej polskiej aktorki, której tata zachorował na białaczkę jakiś czas temu. Plotkarskie portale, kolorowe magazyny, zarówno te uchodzące za eleganckie, jak i te uznawane za mało poważne, prześcigały się w obwieszczaniu światu w jakiej kondycji i na jakim etapie leczenia jest ojciec ów gwiazdy filmowej.

REKLAMA
Wśród kilkudziesięciu sensacyjnych nagłówków jeden szczególnie przykuł moją uwagę. Oto pewna poczytna gazeta zakomunikowała: "Załatwiła ojcu przeszczep za 1,5 mln zł". Tytuł wydał się bardzo obiecujący, więc nie mogłem nie przeczytać artykułu. Przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Najciekawsze było w nim to, że autor z niezwykłą lekkością i śmiałością zasugerował, że ojciec aktorki wygra z białaczką dzięki... szacowanemu na 100 mlionów złotych majątkowi. Mówiąc kolokwialnie – kopara mi opadła!
Kto i dlaczego postawił tak odważną tezę? Czy była ona wynikiem braku wiedzy? A może – co wydaje się bardziej prawdopodobne – ktoś po prostu postanowił napisać cokolwiek, byleby tylko mieć newsa, którego nie ma konkurencja. Nie wiem i wiedzieć nie chcę, ale jedno jest pewne – z prawdą miało to niewiele wspólnego. Każdy, kto miał styczność z białaczką doskonale wie, że szpiku, który jest w stanie uratować życie choremu, nie można kupić w ekskluzywnym butiku z dobrami luksusowymi.
Kiedy moja serdeczna koleżanka Natasza przebywała na oddziale hematologii, gdzie walczyła o życie, jej "kompanami" były osoby starsze i młodsze. Bardziej i mniej zamożne. Zarówno z dużych miast, jak i z drobnych mieścin. Tyle, że na tego typu oddziale nie miało to najmniejszego znaczenia. Mimo, że może zabrzmieć to dziwnie, białaczka jest chorobą sprawiedliwą. Kiedy komuś przychodzi się z nią zmierzyć, status społeczny, wykształcenie, poglądy polityczne czy zasobność portfela, przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Wszyscy chorzy stają się sobie równi. Każdy z nich, budząc się kolejnego dnia, musi stawić czoła potworowi, który wyniszcza jego organizm. Pacjenci, choć zupełnie sobie obcy, szybko stają się uwięzioną dla ich własnego dobra rodziną, w której każdy członek walczy o przeżycie. W której życie większości z nich zależy od zupełnie obcych osób, które - gdzieś, kiedyś - postanowiły zarejestrować się jako potencjalni dawcy szpiku i bezinteresownie oddać cząstkę siebie, by ratować innych. Chorzy stają się rodziną, w której wszyscy wyznają tą samą wiarę. Wierzą, że przyjdzie dzień, w którym usłyszą upragnione, zbawienne słowa: szanowna pani, szanowny panie, znalazł się dawca! Niestety, nie każdemu jest to dane. Niektórzy przegrywają walkę z chorobą zanim jeszcze znajdzie się dla nich tzw. genetyczny bliźniak. Niektórzy, nie znajdują go w ogóle. Członek rodziny umiera...
I choć zadaję sobie sprawę z tego, że nie wszystkim pacjentom uda się pomóc lub nie każdy otrzyma tę pomoc na czas, to wiem, że warto zrobić wszystko co w naszej mocy, aby walczyć o każdego chorego. Dla wielu z nich to właśnie MY jesteśmy lekiem. Dla wielu z nich to właśnie MY jesteśmy szansą na życie!
Tomek Kamil Lipiński / DKMS