Trzy historie, niby różne, ale łączą się ze sobą. Każda z nich opowiada o walce o życie!
REKLAMA
Tobiaszek
Wyjazd do szpitala był bardzo trudny. Byliśmy rozdarci pomiędzy oboje dzieci. Z jednej strony nasz kochany, z takim trudem uratowany przy porodzie Tobiaszek, z drugiej Amelka, nasza różyczka, która spowodowała, że staliśmy się taką wymarzoną, pełną rodziną... Paulina nie wyszła z domu kiedy wyjeżdżaliśmy, żeby Tobiasz nie widział jak płacze. Dla niego to i tak było trudne - tak o pierwszym wyjeździe z domu do szpitala opowiada Rafał Jasiński, tata 2-letniego Tobiasza. Chorobę wykryto u chłopca podczas rutynowych badań lekarskich. Był to lipiec 2011 roku. Przez trzy tygodnie chłopiec miał powiększone węzły chłonne. Po wstępnych badaniach laboratoryjnych okazało się, że w krwi dwulatka znajduje się bardzo duża ilość białych krwinek. Tobiaszek od razu został skierowany do szpitala. Dwa dni później lekarze postawili diagnozę - organizm malca trawiła ostra białaczka limfoblastyczna... Leczenie rozpoczęto jeszcze tego samego dnia.
Sytuacja, w której znalazła sie rodzina Jasińskich była podwójnie trudna. Świadomość tego, że Tobiasz walczy z chorobą była tak trudna, jak rozłąka całej rodziny. Rafał i Tobiasz przebywali w szpitalu, który był oddalony kilkaset kilometrów od domu, w którym Paulina została z Amelką. Tęsknota, strach, rozłąka dawały się we znaki całej rodzinie z każdym dniem coraz bardziej. Najważniejsze było jednak to, że Tobiaszek dzielnie znosił leczenie. Rodzina widywała się w komplecie co kilka tygodni. Zazwyczaj w weekendy, o ile pozowliły na to wyniki badań chłopca.
Po ponad dwumiesięcznej rozłące Paulina i Rafał podjęli decyzję o przeprowadzce na Śląsk. Chcieli być razem. Chcieli, aby dzieci miały przy sobie oboje rodziców. Początkowo zamieszkali w hotelu. Z czasem, dzięki życzliwości wielu osób, które pomagały Jasińskim, Rafał i Paulina wynajęli mieszkanie. Nareszcie znów byli razem, a chemioterapia przynosiła spodziewane efekty. Lekarze zaczęli nawet myśleć, że chorobę uda się pokonać bez konieczności przeszczepienia. Święta Bożego Narodzenia wszyscy spędzili razem. W szpitalu, ale jednak razem. W tym czasie Tobiasz obchodził 3. urodziny. Dostał tort w kształcie swojego ulubionego bohatera z kreskówki. Wydawało się, że wszystko wróci do normy.
Podczas jednej z ostatnich planowanych chemioterapii (w drugiej połowie maja 2012 roku) stan chłopca zaczął się pogarszać. Pojawiły się wstrząsy neurologiczne, których przyczyn lekarze nie potrafili znaleźć.
Tobiaszek zmarł 27 maja w szpitalu. Gdy odchodził z tego świata na niebie była tęcza...
Dziś, za każdym razem gdy rodzina Jasińskich widzi tęczę, wie, że to znak od ich kochanego synka.
Mimo wielkiej tragedii Rafał i Paulina postanowili, że będą działać dalej. Będą walczyć o życie osób cierpiących na białaczkę i inne nowotwory krwi. Wspierają akcje rejestracji w swojej okolicy. Oraganizują także Dni Dawcy Szpiku.
Julka
- Czułam się ospała. Szybko się męczyłam. W pewien poniedziałkowy poranek dostałam silnego krwotoku z noska. W żaden sposób nie mogłam go zatamować. Pojechałam z mamą do szpitala. Z każdą minutą czułam się coraz gorzej. Płakałam, byłam przerażona - wspomina Julka Krzemieniecka.
Dziewczynka zachorowała na białaczkę w marcu 2009 roku. Miała wówczas niespełna 10 lat. Po wstępnych badaniach lekarka wezwała karetkę, która zwiozła dziewczynkę i jej mamę do szpitala. Po raz pierwszy w życiu Julce pobrano krew. Bardzo to przeżyła. Płakała, krzyczała. Wieczorem okazało się, że 10-latka musi zostać w szpitalu. Sama...
- Gdy zaczynali podawać mi pierwszą chemię, pojawił się problem z żyłami. Wszystko zaczęło pękać, bolało, piekło. Po chemii ciągle wymiotowałam, miałam zawroty głowy. Wszystkiego się bałam. Najbardziej tego, że już nigdy nie będę w domu, że już nigdy nie będę normalnie żyła - mówi Julka.
Oprócz trudnego leczenia jednym z najcięższych momentów, jakie przeżyła Julka, była utrata włosów. Dziewczynka była przekonana, że to właśnie z tego powodu przestały przychodzić do niej koleżanki. Bała się, że już nikt nie będzie chciał się z nią bawić. Mimo kilku komplikacji, które wystąpiły podczas leczenia (m.in. odma opłucna i wylewy w oczach oraz konieczność leżenia nieruchomo przez około tydzień) stan Julii zaczął się poprawiać. Organizm dziewczynki zaczął wygrywać z białaczką. Doszło do remisji.
- Wyjechaliśmy na upragnione wakacje. Zaczęliśmy wszystko od początku. Na nowo cieszyliśmy się i mogłam oddychać pełną piersią. Szalałam nad morzem, chodziłam tam, gdzie poniosły mnie nogi.Po wakacjach wróciłam do szkoły. Było ciężko. Znowu pojawiły się obawy, panika i pytania: Co będzie? Jak mnie odbiorą? - wspomina dziś Julia.
Po niespełna trzech tygodniach funkcjonowania w normalnych warunkach, Julia złapała infekcję. Nie obyło się bez antybiotyków. Podczas wizyty kontrolnej w szpitalu cała rodzina ponownie usłyszała wyrok - białaczka wróciła. Okazało się, że w przypadku tak szybkiego nawrotu niezbędny będzie przeszczep szpiku kostnego. Rozpoczęły się poszukiwania zgodnego genetycznie dawcy, tzw. bliźniaka genetycznego.
- Miałam ochotę wyjść na ulicę i błagać wszystkich na kolanach, żeby chcieli podzielić się odrobiną siebie - wspomina mama Julki.
Udało się! Dawca się znalazł. Meżczyzna z Niemiec.
Niestety! Pojawił się problem. Okazało się, że w organizmie dziewczynki jest wirus, z którym potencjalny dawca nigdy nie miał do czynienia. Mężczyzna ostatecznie nie mógł oddać cząstki siebie dla Julki.
Pojawiło się jednak nowe światełko w tunelu. Pan z Włoch.
Mimo, iż mężczyzna zarejestrował się jako potencjalny dawca szpiku... zrezygnował z bycia dawcą. Odebrał Julce nadzieję, że wszystko będzie OK...
Nie odebrała jej jednak kolejna osoba, którą udało się znaleźć, i która mogła oddać swoje komórki potrzebującej 10-latce. Zaczęły się intensywne przygotowania do przeszczepienia. Julka dostała bardzo silną chemię, która spowodowała całkowity spadek odporności. Jej życiu zagrażał nawet kurz.
Kiedy nadszedł dzień przeszczepienia, cała rodzina nie posiadała się ze szczęścia. - Przyszła siostra i jakby nigdy nic podłączyła kroplówkę ze szpikiem. Nie było fanfar, czerwonych dywanów, kwiatów, niczego. Była tylko Julka, worek ciemnobrunatnej cieczy i ja wpatrująca się w każdą spadającą kroplę. Modliłam się, żeby wzystko się udało - wspomina mama dziewczynki.
Po tygodniu od przeszczepienia szpik ruszył z produkcją nowych, zdrowych komórek. Julka małymi krokami zaczęła dochodzić do siebie...
- W maju tego roku mijają dwa lata od przeszczepu. Moje życie mija na zwykłym, normalnym dorastaniu, śmianiu się, bieganiu, skakaniu, jeżdżeniu na rolkach i rowerze, spacerach z psem, kłótniach z bratem, gotowaniu pyszności, marzeniu... Jestem zdrowa! To jest piękne, że ktoś zupełnie bezinteresownie podarował dar życia, szansę. Nie odwrócił się, tylko wyciągnął pomocną dłoń - mówi dziś Julka.
Natasza
Również w maju mijają dwa lata od przeszczpu 34-letniej Nataszy. Wielu czytelników być może pamięta ją z kilku wcześniejszych wpisów. Natania (bo tak na nią mówimy) dowiedziała się o chorobie w październiku 2010 roku. Podczas rejsu ze znajomymi cały czas była zmęczona, zdarzyło się, że zasłabła. Po powrocie z wakacji znowu zasłabła. Jej brat, lekarz, zawiózł ją na badania krwi. Diagnoza została postawiona od razu - ostra białaczka limfoblastyczna z mutowanym genem. Jedyną szansą na życie był przeszczep szpiku. Natania trafiła do szpitala jeszcze tego samego dnia i nie wyszła z niego przez ponad 8 miesięcy (nie licząc paru kilkudniowch pobytów w domu).
W tym samym czasie, kiedy Natasza dowiedziała się o chorobie, jej mama była na rejsie. Natania nie przejmowała się za bardzo sobą, a właśnie mamą. Nie wiedziała, jak ta zareaguje, gdy dowie się o chorobie. Całą organizacją "nowego życia" Nataszy w szpitalnych murach zajął się jej brat oraz przyjaciele. Lecznie zaczęło się od podania sterydów. Początkowo wszystko przebiegało gładko. Natasza nawet nie przypomina sobie, aby w tamtym okresie martwiła się czy przeżyje. Starała się odnaleźć w zupełnie nowej sytuacji. Zawsze uśmiechnięta, energiczna, żyjąca w ciągłym ruchu dziewczyna została odizolowana od świata. Zamknięta na szpitalnym oddziale. Granicą między jej światem, a naszym była szyba... Natasza się jednak nie załamywała. Jak to ona: była twarda i silna. Nie my ją, a ona nas starała się podnosić na duchu. I jak zawsze świetnie się jej to udawało.
Przyszedł czas na pierwszą chemioterapię. Po wlewach Natania była tak osłabiona, że miała problemy z chodzeniem o własnych siłach. Po kolejnej chemii, pojawiły się komplikacje. O tym, z jak ciężką chorobą przyszło się jej zmierzyć, Natasza przekonała się, kiedy zmarła jej koleżanka z sali. Mimo, że miała świetne rokowania, zmarła na zapalenie płuc, które dopadło ją z powodu obniżonej odporności. Trzecia chemia chyba najbardziej dała się we znaki Nataszy. Doszedł do tego coraz większy problem z izolacją i brakiem bezpośredniego kontaku z bliskimi. W międzyczasie musiała też zgolić włosy. Zrobiła to sama, w łaziencie, w sali nr 7.
Kiedy okazało się, że Natasza jest chora jej brat i znajomi (nikt z nas nie okazał się zgodnym genetycznie dawcą) wspólnie z Fundacją DKMS Polska zaczęli organizować Dni Dawcy Szpiku dla Nataszy i innych chorych. W sumie podczas nich zarejestrowało się prawie 1 500 osób (jednym z nich był Artur Kowalczyk, współautor tego bloga, który oddał cząstkę siebie dla małego Włocha).
Po kilku miesiącach poszukiwań, dawca w końcu się znalazł. Mężczyzna. Rejestrował się podczas Dnia Dawcy dla innej pacjentki Fundacji DKMS Polska.
W końcu nadszedł ten długo oczekiwany dzień. 31 maja 2011 roku - dzień przeszczepienia. Natasza miała na sobie różowe dresy, które po wyjściu ze szpitala spaliła (podobnie jak wiele innych rzeczy) w kominku. Kiedy Natani została podłączona kroplówka z życiodajnym płynem, wspólnie z innymi znajomymi spotkaliśmy się w jednej z naszych ulubionych knajpek. Tak ważny dzień trzeba było uczcić. Tego dnia Natasza wygrała walkę z białaczką!
Takich historii jest dużo więcej. Rafał i Paulina, Julka oraz Natasza zgodzili się jednak opowiedzieć o tym i wziąć udział kampanii "Zostań Dawcą", która startuje już dziś. Ma ona na celu zachęcić do rejestracji jak najwięcej nowych potencjalnych dawców szpiku. Na powyższych przykładach widać, że im więcej potencjalnych dawców, tym więcej osób będziemy mogli wspólnie uratować.
Powstrzymaj raka krwi. Otwórz usta. Pobierz wymaz. Zostań dawcą.
Tomek Kamil Lipiński / DKMS
