
On - mały, 5-letni chłopiec. Ona - starsza o 19 lat kobieta. Różni ich niemal wszystko, a jednak los spowodował, że jedno bez drugiego nie mogłoby żyć. Połączyła ich chęć życia i bezinteresowna wola niesienia pomocy. Gest Angeliki, która oddała część swego szpiku kostnego, spowodował, że Adaś nadal cieszy się życiem, a jego rodzice ukochanym synkiem. Niedawno zobaczyli się po raz pierwszy.
REKLAMA
Adaś od urodzenia był zdrowym, energicznym chłopcem. Wszędzie było go pełno. Oczko w głowie rodziców. Pod koniec 2010 roku spokój całej rodziny nagle runął. - Pewnego dnia skóra Adasia zrobiła się żółta. Zadzwoniliśmy do naszej pani doktor, która natychmiast skierowała nas do szpitala. Po badaniach okazało się, że Adaś ma wirusowe zapalenie wątroby nieznanego typu - mówi Pani Joanna, mama Adasia. Sytuacja poprawiła się pod koniec grudnia i cała rodzina mogła wrócić do domu na Święta Bożego Narodzenia. Niestety spokój trwał krótko.
- Na początku stycznia na ciele Adasia zaczęły pojawiać się duże, bardzo ciemne siniaki. Pojechaliśmy na badania. W szpitalu kazano nam powtórzyć morfologię, twierdząc, że musiał wystąpić błąd, bo wyniki były bardzo słabe. Niestety to nie był błąd... Już kolejnego dnia usłyszeliśmy tę nieprawdopodobną dla nas diagnozę - anemia aplastyczna - postać ciężka. Choroba bardzo rzadka polegająca na zahamowaniu pracy szpiku - wspomina te ciężkie chwile Pani Joanna.
Jakby tego było mało, Adaś zachorował równocześnie na zapalenie płuc. Najgorsze chwile w życiu rodziców chłopca zdawały się ciągnąć w nieskończoność i boleśnie utkwiły w ich pamięci. - Nasz synek bardzo źle znosił leczenie. Miał dopiero niecałe 3,5 roku i nie mógł zrozumieć, dlaczego sprawia mu się tyle bólu. Z płaczem i krzykiem zrywał wenflony. Próby wkłucia były podejmowane wielokrotnie i konieczne było trzymanie Adasia przez kilka osób. Płacz, histeria, przeraźliwy krzyk utkwiły na zawsze w naszej pamięci - mówi mama chłopca. Gdy antybiotyki zaczęły wreszcie działać, lekarze podjęli terapię immunosupresyjną. Adaś spędził 3 tygodnie na oddziale zamkniętym, całkowicie odizolowany od świata. Niestety terapia nie przyniosła efektów. Żeby uratować dziecko zostało tylko jedno wyjście - przeszczep szpiku od osoby niespokrewnionej. - Byliśmy przerażeni. Baliśmy się strasznie. Z informacji, które znaleźliśmy wynikało, że szanse na znalezienie bliźniaka genetycznego wynoszą 1: 1000000. Modliliśmy się, by Adasiowi się udało - wspomina Pani Joanna.
Tą jedną szansą na milion okazała się Pani Angelika. 24-letnia kobieta zarejestrowała się w bazie dawców DKMS Polska w kwietniu 2010 roku. Sama do końca nie pamięta co ją do tego pchnęło, ale nigdy wcześniej nie była bardziej dumna z decyzji, którą podjęła. - Kiedy zadzwonił telefon z DKMS w pierwszej chwili nie wiedziałam o co chodzi, zapomniałam w ogóle że jestem w Bazie Potencjalnych Dawców - przyznaje. - Słuchałam w skupieniu, aż w końcu padło pytanie „Czy podtrzymuję swoją gotowość”, w tej samej chwili usiadłam z wrażenia. Chwila ciszy w słuchawce... Oczywiście odpowiedź mogła być tylko jedna - mówi z uśmiechem Pani Angelika. Pobranie szpiku bezpośrednio z talerza kości biodrowej odbyło się w sierpniu 2011 roku. Szpik Pani Angeliki przyjął się w ciele Adasia, który mógł w końcu opuścić szpital i powoli wracać do normalnego życia.
Dwa lata minęły w mgnieniu oka. W końcu przyszedł czas wielkiego spotkania, na które czekali wszyscy. Niespełna dwa tygodnie temu bliźniacy genetyczni zobaczyli się po raz pierwszy, a rodzice chłopca mogli w końcu podziękować za uratowanie ich szczęścia. Jak wyglądał ten szczególny moment w ich życiu?
- Kiedy przyjechali do mnie, Adaś pierwszy wyskoczył z auta, mocno mnie przytulił i podziękował. Później długo jeszcze staliśmy i ściskaliśmy się całą czwórką. Nie da się opisać słowami co się czuje w takiej chwili - wspomina Angelika. - Spędziliśmy wspólnie dwa popołudnia, a ja mam wrażenie jakbyśmy się znali dobrych kilkanaście lat - dodaje i zapewnia, że spotkań będzie więcej.
Rodzice Adasia uśmiechają się na samą myśl o Pani Angelice. - Nie ma słów, które oddadzą wdzięczność, którą czujemy z mężem do tej wspaniałej kobiety. Wielokrotnie podkreślałam, że w życiu Adasia jest ważniejsza niż ja. Dzięki niej nasz synek urodził się po raz drugi, bez niej nie dałby rady pokonać choroby. To, co zrobiła jest wyjątkowe, wspaniałe i najpiękniejsze na świecie. Dzięki niej nasz Adaś po wielu miesiącach mógł opuścić szpital, przytulić dziadków, bawić się z rówieśnikami. Żyć. - mówi mama chłopca.
Pierwsze spotkanie z dawczynią wspomina bardzo ciepło i już nie może się doczekać kolejnego. - Podczas spotkania, mimo że było pierwsze narodziła się między nami niesamowita więź. Nie czuliśmy skrępowania, dystansu. To były jedne z najpiękniejszych dni w naszym życiu. Mamy nadzieję, że mimo dzielących nas 450 km będziemy się spotykać, bo spędzanie czasu z Angeliką jest wspaniałe - mówi Pani Joanna. Dodaje, że Adaś ciągle pyta o swoją bliźniaczkę genetyczną i nie może się doczekać gdy wreszcie pokaże jej kolekcję swoich zabawek.
Rodzice Adasia podkreślają, że sami chcieliby teraz zostać dawcami i móc podzielić się cząstką siebie. - Czym więcej osób w bazie dawców, tym więcej chorych ma szansę na zdrowie. Ja marzę o tym, by móc oddać szpik, wiem, że moi znajomi również z radością podjęliby taką decyzję. W dużej mierze dlatego, że wiemy, jak bardzo jest to potrzebne i przeszliśmy przez gehennę choroby. Wiem jednak, że nie wszyscy mają tego świadomość, dlatego warto o tym mówić - podkreśla Pani Joanna.
A Pani Angelika? Czy nadal byłaby gotowa podzielić się częścią siebie? - Bez chwili wahania, gdyby tylko była taka konieczność jestem w gotowości oddać swój szpik. Teraz już bogatsza o to doświadczenie;). Warto jest pomagać, ponieważ nigdy nie wiadomo czy sami nie będziemy potrzebowali pomocy, poza tym wierzę że dobro wraca z podwójną siłą - mówi z uśmiechem.
Artur Kowalczyk/DKMS
