Kiedyś byliśmy podobno zieloną wyspą - miejscem, które Tusk i Rostowski (podobno) ochronili przed wielkim kryzysem wielkimi cięciami. Wprowadzono umowy cywilnoprawne i szereg innych elementów, które miały i ostatecznie uelastyczniły rynek pracy na dobre (Pakiet Antykryzysowy miał trwać jedynie dwa lata). Polki i Polacy zaczęli pracować za uwłaczająco niskie stawki. Potem dołożono jeszcze reformę wieku emerytalnego topiąc opinię publiczną w szkodliwej społecznie narracji. PiS maksymalnie wykorzystało wszystkie te frustracje i wygrał wybory. Co dalej?

REKLAMA
Od dwóch lat słyszymy, że polski rynek pracy kwitnie, a nasza gospodarka staje się mlekiem i miodem płynąca. Sukces pt. „mamy rynek pracownika” odtrąbiono już tyle razy, że chyba sami pracownicy zaczynają w to wierzyć. Po raz kolejny rzeczywistość ulega rozszczepieniu. Jakie są realia?
1. Polacy zarabiają coraz więcej - bzdura. Średnia krajowa jest coraz wyższa - i co z tego? Nie wiemy dokładnie kto zarobił więcej, a kto mniej. To trochę tak jak ze wzrostem PKB - jest on oczywiście dobrą wiadomością, ale nie oznacza to jednocześnie poprawy jakości życia. Po drugie - badania bardzo często obejmują JEDYNIE sektor przedsiębiorstw. A co z nauczycielami, pielęgniarkami, pracownikami administracji, Służbami Mundurowymi? Każda z tych grup walczy w tej chwili o podwyżki. Porozmawiajcie o zarobkach z Policjantami, Funkcjonariuszami Więziennictwa, Strażnikami Granicznymi. Włos się Wam na głowie zjeży jak usłyszycie o ich dochodach, szczególnie, że to ciężka i odpowiedzialna praca. Bańka PR - owa pęka, gdy osławiony GUS podaje dane o najczęściej występującym wynagrodzeniu. Wtedy już nie jest tak cudownie - NAJCZĘŚCIEJ Polacy zarabiają 2650 złotych brutto. To nie wszystko - PONIŻEJ średniej krajowej zarabia aż 70% Polek i Polaków! To oznacza, że jedynie 30% z nas otrzymuje wypłatę powyżej 3 tysięcy złotych netto miesięcznie.
2. Mamy rynek pracownika - kolejny bullshit. „Pracownicy mogą liczyć na podwyżki” nie oznacza wcale, że ktoś te podwyżki otrzymał. Po drugie - nie mamy danych ile te podwyżki wynagrodzeń dokładnie wynoszą. Poza tym, rynek pracy to nie tylko wynagrodzenia. Pamiętajmy, że oprócz kasy liczą się warunki zatrudnienia, liczba przepracowanych godzin, zawarta pomiędzy pracownikiem, a pracodawcą umowa. Tu z kolei do gry wchodzi wydolność rynku pracy w zakresie budowania bezpieczeństwa emerytalnego i zdrowotnego Polek i Polaków. Jest tak świetnie? Niekoniecznie. Powrót do praw pierwotnie nabytych, potocznie nazywany obniżeniem wieku emerytalnego obnażyła nieróbstwo kolejnych obozów władzy, które łatały ZUS pieniędzmi z OFE, albo dorabiając neoliberalną ideologię kazały pracować wszystkim do śmierci. Wszyscy jednak zgadzamy się co do tego, że kasy w FUS jest po prostu za mało. Dokładnie ten sam dramat przeżywa system ochrony zdrowia. Odtrąbienie rynku pracownika miałoby sens w przypadku, gdyby emerytury starczały na więcej niż na przysłowiowy kilogram gruszek, a kolejki do specjalistów były krótsze i zamykały się w dwucyfrowych liczbach.
Tymczasem 250 tysięcy emerytów pobiera emeryturę niższą niż minimalna. Niektóre kwoty są przerażające. Gazeta Wyborcza podaje, że rekord to świadczenie emerytalne w wysokości 7 groszy. Przejdźmy do czasu pracy i jego relacji do hurraoptymistycznych informacji o wzroście płac. Otóż, jesteśmy jednym z najbardziej zapracowanych narodów europejskich. I choć w sektorze przedsiębiorstw nie jest aż tak tragicznie to już w systemie ochrony zdrowia trudno jest mówić o jakichkolwiek cywilizowanych warunkach. Nie znam pielęgniarki, lekarza, ratownika medycznego, który pracowałby mniej niż 200 godzin w miesiącu. Głos wyznawców Petru czy Balcerowicza o tym, że trzeba pracować dłużej, żeby to wszystko się spinało jest więc bezsensowny. Kolejki do specjalistów się nie zmniejszą. To samo w wymiarze liczby przepracowanych godzin. Dlaczego? Jestem gotowa postawić tezę, że Polacy przez 25 - 30 lat aktywności zawodowej w pracy spędzają tyle samo godzin co Niemiec, Francuz czy Włoch będący aktywny kilka lat więcej. Dodatkowo, o czym już zresztą wspominałam dochodzi kwestia opieki zdrowotnej, głównie dla pracowników powyżej 60 - ego życia, którym należą się specjalne programy zdrowotne, chociażby w kontekście leczenia chorób zawodowych. Na polskim podwórku coś takiego jest całkowitą abstrakcją.
Gdzie więc leży problem?
ZUS podaje - na umowach cywilnoprawnych pracuje obecnie 4,6 miliona pracownic i pracowników! To rzesza ludzi, którzy z powodu śmieciowego zatrudnienia nie płacą pełnych składek. Efekt - 5 miliardów mniej rocznie na kontach ZUS.
Konkluzja? Zmieniła się narracja, rzeczywistość wciąż jest smutna. Bez maksymalnego ograniczenia umów cywilnoprawnych pozostaniemy przepracowanym, słabo zarabiającym społeczeństwem żyjącym w przekłamywanej rzeczywistości.