Rok 2021 dobiega końca. I co z tego? Czy uda nam się rozwiązywać problemy w sposób odmienny od tego, który stosowaliśmy w ostatnim czasie? Jakie są nasze potrzeby, oczekiwania i zasoby? Które spośród fundamentalnych wyzwań i problemów można uznać za najbardziej palące? Co możemy dziś i w najbliższej przyszłości zaoferować pracownicom i pracownikom?

REKLAMA
Zacznijmy od tego, że nigdy nie było dobrze. Zgodnie z optyką związkowca „dobrze” nie istnieje. I dobrze! Dlaczego? Dlatego, że to niewiele w swojej istocie oznacza. W związkowej rzeczywistości zazwyczaj gdzieś, w którejś z branż sytuacja jest krytyczna, albo zaraz taka będzie. Spory, kłótnie, strajki, negocjacje - nie pamiętam, żeby było inaczej, bez względu na to czy rządzili ci z lewej lub prawej. Piszę o tym nie ze względu na to, że znalazłam sobie przestrzeń do narzekania. Nikogo też nie chcę usprawiedliwiać.
Jako działaczka związkowa nie postrzegam tego co się dziś odprawia w Polsce na zasadach wojny demokratów z populistami, PiSu z „antypisem”, lewicy z prawicą. Dla mnie to jest bitwa o wartości związane z zasadami rozwiązywania problemów społeczno - gospodarczych. To spór nie o docelowy system podatkowy, emerytalny czy politykę energetyczną. Ja się Was pytam - jak Wy sobie wyobrażacie dyskusje na te tematy? Kto ma w niej uczestniczyć? Jaki jest poziom dostępu do konsultacji społecznych? Czy my, pracownice i pracownicy mamy w ogóle prawo współdecydować? To są pytania, które stawiam u progu 2022 roku. Pytam, ponieważ widzę dwa obozy - jeden chce dialogu, a drugi nie. I nie są to obozy podzielone wedle partii czy miejsca zamieszkania.
Jeszcze kilka lat temu pisałam tu, w NaTemat o gotowości do kompromisów. Dziś mogłabym powiedzieć o potrzebie budowania gotowości do udzielenia komunikatu zwrotnego wobec tych, którzy chcą rozmawiać. Tymczasem wspomnianych przeze mnie w słowie wstępnym problemów jest, jak na moje oko, całkiem sporo - pandemia, inflacja, zagrożenie blackoutem. Do tego te, które są z nimi powiązane - drożyzna, problemy w szeroko pojętej sferze publicznej (porozmawiajcie z pracownikami cywilnymi policji, zrozumiecie o czym piszę), brak spójnej strategii energetycznej, a do tego pakiet nierozwiązanych jak należy problemów z ochroną zdrowia. Ponadto, wydarzenia na wschodniej granicy i to co za nią.
W Rzeczypospolitej się utarło, że się rząd chwali albo gani. Stoi się tam lub tam gdzie stoją oni. Już na łamach ostatniego wpisu zaznaczałam, że istnieje w Polsce grupa kilkuset tysięcy ludzi, dla których ten sposób myślenia o polityce z zasady jest szkodliwy. Powiecie, że tak jest wszędzie? Rozumiem, że każdy kto tak twierdzi pomieszkał po kilka lat w różnych państwach europejskich? Nie usprawiedliwiajmy budowy niewidzialnego muru pomiędzy Polkami i Polakami projekcją kojącą nasze sumienia i lęki. Moja obserwacja jest taka - przez ostatnich kilka lat nie mogliśmy się ze sobą dogadać, ale walczyliśmy o swoje. Teraz wchodzimy w fazę milczenia, zwątpiliśmy w sens konfrontacji. I to jest najbardziej zatrważający sygnał, na dodatek obudowany rozpowszechniającą się dezinformacją.
Czy ludzie stojący po stronie dialogu mogą się czuć w 2021 roku przegranymi? Na to pytanie można będzie odpowiedzieć dopiero za rok. Dopiero za 12 kolejnych miesięcy przekonamy się o sile zdobytych doświadczeń. O naszej gotowości do zmiany sposobów komunikacji z tymi, którzy woleliby wyrzucić nasze standardy i wartości na śmietnik historii. Jedno jest jednak pewne - stojący po stronie dialogu muszą się zjednoczyć. Sojusz organizacji pracowników i pracodawców - tych, którym zależy na czymś więcej, aniżeli realizacji partykularnych interesów jest nie tylko możliwy, ale i potrzebny. I nie piszę o zjednoczeniu przeciwko komuś lub czemuś. Ci, którzy chcą rozmawiać o sprawach ważnych, są otwarci, uważni i konsekwentni powinni się zjednoczyć w imię konkretnych reform. Alternatywa może się okazać dla nas wszystkich tragiczna. Wiem, że jest w Polsce grupa organizacji, która jest gotowa rozmawiać i wypracowywać wspólne komunikaty. Kolejny, 2022 rok może się okazać symbolicznym, a zarazem przełomowym momentem.
Miejmy na uwadze, że już dziś ponad 16 procent zatrudnionych rozważa emigracje zarobkową. To dwa razy więcej, aniżeli przed pandemią. Tak wynika z badania "Migracje Zarobkowe Polaków" przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie Gi Group. Ten wynik to nie tylko kwestia skutków pandemii jako takiej. Wprowadzony stan epidemiczny okazał się bowiem nie tylko procesem odnoszącym się do szalejącego i śmiercionośnego wirusa. Wraz z nadejściem COVID - 19 do tkanki społecznej wylano tony betonu, który zastyga w zastraszającym tempie. Polacy czują się zabetonowani, coraz bardziej ograniczeni w wymiarze dostępu do ośrodków decyzyjnych. Coraz trudniej przedrzeć się im do słuchawki, w której będą mogli usłyszeć odpowiedzi na nurtujące ich pytania, obawy, niepokoje. Owszem, tam ktoś przemawia, ale to automatyczna sekretarka strony rządowej.
To taka nowa polityka - bez odbioru.