Kiedy wiosną 1989 zaczynała się kampania wyborcza, to wielu z nas angażowało się bezpośrednio w kampanię. Pomagaliśmy w organizacji spotkań, rozlepialiśmy plakaty, roznosiliśmy ulotki. Robiliśmy tak dlatego, że znaliśmy naszych kandydatów. Byliśmy blisko nich, a oni blisko nas. A potem nasze drogi co raz bardziej się rozchodziliśmy.
REKLAMA
W tym roku chyba dla wielu przepełniła się czara. Znużyła, a często zirytowała nas polityka i politycy żyjący z dala od nas. Wszystko wydawało się nudnie przewidywalne i zniechęcające do jakiejkolwiek aktywności. Nagle w ferworze początków kampanii pojawił się Piotr Vagla Waglowski ze swoją decyzją o starcie w wyborach do Senatu. znowu wielu z nas poczuło entuzjazm z przed 26 lat. Zaczęliśmy mniej lub bardziej aktywnie wspierać człowieka, który patrzy na ręce urzędom, który obronił nas przed ACTA.
Zaczęły się dyskusje na Fb, wymiana informacji, upublicznianie wypowiedzi Piotra. Nagle w tym wszystkim powstała grupa ludzi na Facebooku, która postanowiła iść do swojego urzędu gminy po zaświadczenie i głosować w okręgu 45, z którego startuje Piotr. To, ze mi się chce jechać z Mokotowa na Ochotę, to nie problem, ale okazuje się, że chęć głosowania na "swojego' kandydata skłania wiele osób do zrobienia sobie wycieczki do Warszawy! Przyjadą z Krakowa, Olsztyna, Wrocławia. Bo im się chce, bo znowu uwierzyli, ze możemy mieć wpływ na to co dookoła. Nie wiem, czy wystarczy nam głosów, ale jestem pewna, że ten ruch ożywił nasze poczucie bycia odpowiedzialnym za wybory, te swoje osobiste i te społeczne.
