
Jedną z rzeczy, które przyciągają turystów do Indii, jest oryginalna kuchnia tego kraju. Zanim przyjechałam do Indii, sporo czytałam na temat tego, że można tu zjeść pyszny obiad za równowartość kilku złotych w Polsce. Czy to prawda? Tak, ale trzeba wiedzieć, gdzie szukać.
REKLAMA
Moje pierwsze doświadczenia z indyjską kuchnią nie były szczególnie udane. Jedzenie w Delhi czy Waranasi nie było ani szczególnie smaczne, ani tanie – przy moich wielkich oczekiwaniach parę przeciętnych obiadów pozostawiło pewną rysę na wizerunku tego kraju jako kulinarnej mekki.
Niedosyt prawdziwej indyjskiej kuchni towarzyszył mi przez pierwszych kilka dni w tym kraju. Miałam jednak świadomość, że po części sama go sobie funduję, ponieważ na początku jak ognia unikałam miejsc, które wydawały mi się zbyt brudne, by móc zjeść tam posiłek. To chyba zrozumiałe, zwłaszcza że moją przygodę z Indiami rozpoczęłam od wycieczki do Waranasi – jednego z najbrudniejszych miast na świecie.
Po pobycie w Waranasi, cała reszta miejsc w Indiach wydawała mi się już relatywnie czysta, a pierwsza okazja do spróbowania indyjskiego nadarzyła mi się w mieście Jaipur. Nasz taksówkarz zaprowadził nas bowiem do zupełnie niemainstreamowej knajpki w tym mieście, której on sam – jak twierdził – był częstym bywalcem. Oprócz nas nie było tam żadnych turystów, co w praktyce przekładało się też na mizerną komunikację z kelnerami. Jednak z pomocą naszego kierowcy wybraliśmy z menu parę indyjskich standardów.
Każde danie było bardzo smaczne i – uwaga – mocno przyprawione. Zresztą, każdy Europejczyk jadący do Indii powinien wziąć poprawkę na ostrość dań. Jeśli zamówimy danie w wersji łagodnej, i tak przygotujmy się na jedno z najostrzejszych dań w naszym życiu.
Natomiast czymś, co każdy Europejczyk z pewnością doceni, są ceny posiłków. Cena dania obiadowego we wspomnianej knajpce nie przekraczała 120 rupii, a więc zaledwie kilku złotych. Za pyszne lassi w wersji słodkiej lub słonej trzeba było zapłacić 15 rupii, a więc… mniej niż 1 zł (no chyba że było z dodatkiem owoców, ale i wtedy cena była wręcz symboliczna).
Aby historia była kompletna, dodam tylko, że po tym dobrym i tanim obiedzie ani ja, ani żaden z moich towarzyszy podróży, nie mieliśmy sensacji żołądkowych. A bynajmniej nie była to szczególnie czysta knajpa.
Wniosek na koniec brzmi więc tak:
Odradzam jedzenie w knajpkach polecanych przez popularne przewodniki. Jeśli „Lonely Planet” pisał o jakiejś knajpce chociażby dwa lata temu, to jest już ona prawdopodobnie oblężona przez turystów i droższa niż w przewodniku. Zamiast tego warto przejść się w miejsce, w którym jesteśmy jedynymi turystami. W końcu bez ryzyka nie ma zabawy.
Więcej tekstów o Indiach (i nie tylko) znajdziecie na moim blogu D-TOUR. Zapraszam :)
